Wydanie: MWM 07/2017

Dyrygent gra na wszystkich instrumentach

Marzena Diakun - wywiad
Article_more
Była w swojej młodej karierze szefową Wrocławskiej Orkiestry Młodzieżowej, asystentką podczas 75. Tanglewood Music Festival (zaczynali tu między innymi Leonard Bernstein, Seiji Ozawa, Claudio Abbado), zdobyła Taki Concordia Fellowship – stypendium ufundowane przez Marin Alsop (promuje najlepsze kobiety-dyrygentki na świecie). Asystowała Marin Alsop podczas koncertów festiwalu BBC Proms. Kilkanaście miesięcy spędziła w Paryżu, wygrała bowiem konkurs na stanowisko asystenta w Orchestre Philharmonie de Radio France, jednej z najlepszych europejskich orkiestr radiowych. W Narodowym Forum Muzyki poprowadziła, w ramach ESK 2016, operę Zagubiona autostrada, wkrótce pojawi się na festiwalu Wratislavia Cantans. Odważna artystka, przed którą przyszłość. Srebrna Batuta konkursu dyrygenckiego im. Grzegorza Fitelberga w 2012 roku, od tego roku posiadaczka „Paszportu” Polityki.

Grzegorz Chojnowski: Gdzie pani trzyma ten „paszport”?
Marzena Diakun
: Na specjalnej półeczce obok Srebrnej Batuty.

 

Ostatnie lata w pani zawodowym życiu to Boston, Paryż, kilka miesięcy temu wróciła pani do Wrocławia. Na dłużej?
Myślę, że na dłużej, ale nigdy nie wiadomo, bo za Paryżem tęsknię. Wrocław daje mi ostoję, spokój do tego, żeby móc na przykład wyciszyć się i przygotować do pracy, do tego, by usiąść i nauczyć się partytur, którymi za chwilę będę dyrygować.

 

No i prowadzi pani klasę dyrygentury na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.
Tak, od października wznowiłam klasę dyrygentury.

 

Batuta jest dyrygentowi niezbędna?
Przedłuża rękę, jest dobrze widoczna dla orkiestry, a jeśli orkiestra jest duża, to batuta na pewno pomaga. Wyostrza też ruch. Nie potrzebujemy męczyć się i używać całej długości ręki. Ale oczywiście jest muzyka, która wręcz prosi się o to, aby jej miękkość, krągłość pokazać samą dłonią.

 

Ćwiczy pani jeszcze przed lustrem czy już ten etap ma pani za sobą?
Zdarza się, że chcę się skontrolować i patrzę w lustro, jak wyglądam cała ja, moje ręce. Bo czasami mamy pewne wyobrażenie siebie, swoich ruchów, a tak naprawdę wyglądamy inaczej. Więc to lustro powinno nam pomagać i zachęcam moich studentów, aby czasem się w ten sposób skontrolowali.

 

Od dzieciństwa chciała pani zostać dyrygentem?
Od przedszkola uczęszczałam z rodzicami na koncerty orkiestry symfonicznej Filharmonii Koszalińskiej. Potrafiłam wysiedzieć dwie, trzy godziny, zasłuchana w to, jak gra orkiestra. I zawsze byłam wpatrzona, z wielką admiracją, w osobę dyrygenta, który wyczyniał cuda na podium i który, nie dotykając żadnego instrumentu, grał na wszystkich.

 

To prawda, że musiała się pani postawić, by z sukcesem przejść egzamin na studia dyrygenckie?
Musiałam być pewna tego, czego chcę. Wybiera się na ten kierunek ludzi świetnie znających się na muzyce, obeznanych w historii i harmonii, poziom jest zawsze dosyć wysoki. To jeszcze był czas, kiedy chętniej przyjmowano na studia osoby dojrzałe, po ukończeniu innych kierunków, po dwóch, trzech latach na innym wydziale. I oczywiście miało to swój sens, bo my, dyrygenci, pracujemy z orkiestrami, z ludźmi też bardzo dojrzałymi. Wymaga się od nas, żebyśmy wiedzieli, czego chcemy, przyłożyli się do pracy. Przede wszystkim w dyrygenturze trzeba być sobą, nie można nikogo udawać. Naprawdę nie każdy się do tego nadaje. To jest konglomerat różnych cech charakteru, które albo zagrają z danym zespołem, albo nie. Nawet jeżeli skończy się te pięcioletnie studia, to nie wiadomo, czy później różne zespoły zaakceptują daną osobowość. I zdarza się, że bardzo utalentowane osoby, nawet muzycy instrumentaliści, chcą zacząć dyrygować i przekonują się, że to nie dla nich. Więc to jest chyba zawód dla wybrańców, jeśli tak mogę powiedzieć.

 

W udzielonych przez panią wywiadach pojawia się sprawa płci. Na przykład takie zdanie, że kobieta potrzebuje dziesięć lat więcej, by osiągnąć to, co mężczyzna.
To prawda, ale nie tylko w tym zawodzie. Nawet wielu moich kolegów mężczyzn mówi, że mamy czasami „pod górkę”. Czy jesteśmy w polityce, czy na przykład robimy karierę prawniczą, musimy wykazywać więcej zaangażowania, by zostać podobnie ocenione, jak mężczyzna.

 

Jednym z ważniejszych pani doświadczeń było ostatnio spotkanie z Marin Alsop. Czego się pani od niej nauczyła?
Spotkałam ją przy okazji jej występu na koncertach promenadowych w Londynie. I to wtedy po raz pierwszy kobieta prowadziła Last Night of the Proms. Jestem stypendystką Marin Alsop. To takie wsparcie mentorki, do której zawsze mogę zadzwonić z jakimkolwiek pytaniem. I to jest też bardzo ważne, bo mam kontakt z osobą, która dyryguje najlepszymi orkiestrami na świecie, działa pod managementem od dłuższego już czasu, dlatego wie, jak poruszać się w tym świecie, który jest, niestety także, biznesem. 

Korzystała już pani z tych rad?
Tak, dwukrotnie rozmawiałyśmy. Marin jest bardzo nowoczesna. Wszelkiego rodzaju media społecznościowe to dla niej nic nowego. Raczej ja musiałam się przyuczyć, jak to obsługiwać, mogę się z nią skontaktować dosłownie zawsze, kiedy tylko potrzebuję.

 

Z czym miała pani problem?
To były rozmowy na tematy techniczne, porady, jak dobrze wybrać osoby, które mnie reprezentują.

 

Czyli agenta?
Agenta, agencję. Jak z nimi rozmawiać. Musimy dobrze zaistnieć na tym rynku. I to nie jest rzecz łatwa dla osoby, która jest zupełnie nowa. A muszę powiedzieć, że rzadko można spotkać kogoś tak otwartego, kto będzie chciał się podzielić radami. Jednak my, dyrygenci, zachowujemy dużo dla siebie.

 

Spotkaliśmy się po raz pierwszy, pamiętam tę rozmowę, na Akademii Muzycznej we Wrocławiu, tuż po zdobyciu Srebrnej Batuty. Wówczas była pani debiutantką. Teraz już sporo osób panią zna, także w Polsce. Bywa pani w Dzień Dobry TVN, w stacjach radiowych, trochę też w gazetach, na przykład w „Wysokich Obcasach”.
Kontakt z mediami to dla mnie nowość. Przekonuję się już po raz kolejny, że mają niesamowitą moc, docierają do wielu odbiorców. W Paryżu współpracowałam z orkiestrą radiową, czyli wszystkie moje koncerty były transmitowane lub retransmitowane w Radio France. I tak naprawdę ja nawet już nie liczę tych przypadków, ale przełożenie było natychmiastowe. Wielokrotnie zdarzało się, że ktoś usłyszał mnie dyrygującą i kilka dni później przychodziło zaproszenie na koncert.



Na najbliższym festiwalu Wratislavia Cantans poprowadzi pani koncert z utworami Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil i Oliviera Messiaena. Jaki ma pani stosunek do muzyki współczesnej?
Ambiwalentny. Dużo nią dyrygowałam podczas mojej współpracy z hiszpańskim Smash Ensemble. To była muzyka bardzo, bardzo współczesna, w większości trudna w odbiorze. Ale nie wszyscy kompozytorzy, nawet XXI wieku, tworzą aż tak nieprzystępną muzykę. Myślę, że na przykład Uru-Anna, utwór Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil, będzie dużym zaskoczeniem dla publiczności. Jest pięknie napisany.

 

Co w nim ujmuje dyrygenta już na etapie czytania partytury, a co jest wyzwaniem?
Pomysłowość w wykorzystywaniu przeróżnych barw orkiestry, dosłownie malowanie nią. Wielka obsada i orkiestry, i chóru daje niezwykle bogatą paletę kolorów, a profesor Pstrokońska-Nawratil zawsze wykorzystuje możliwości wykonawców w stu procentach. To też będzie dla nas największym wyzwaniem: zrealizować partyturę w każdym najdrobniejszym detalu.

 

Tytuł sugeruje inspiracje starożytnością, mitologią, Uru-Anna to światło niebios, przedgrecka nazwa Oriona. Jak duże znaczenie ma dla wykonawcy kontekst?
Jest punktem wyjścia do rozpoczęcia jakiejkolwiek pracy nad utworem. Sama świadomość, że Uru-Anna to ostatnie, siódme ogniwo cyklu Fresco, dla którego ideą naczelną jest motyw człowieka i jego życia w świetle, poprzez światło, dzięki światłu, narzuca myślenie o formie dzieła i jego technicznej realizacji. Sam tekst, zaczerpnięty z różnych źródeł, sugeruje inną narrację.

 

Dzieło Messiaena Et expecto resurectionem mortuorum zostało skomponowane z myślą o ofiarach obu wojen światowych. Co ciekawe, autor zaplanował je na orkiestrę z pominięciem sekcji smyczkowej.
Mimo to i tutaj skala barw jest bardzo szeroka. To niezwykle ciekawy utwór. Czasami wszystkie instrumenty „mówią jednym głosem”, podkreślają tekst, który przekazują bez słów, niezwykle ważną rolę odgrywa cisza. Doskonale widać, że kompozytor napawał się w trakcie pracy widokami potężnych Alp, architekturą kościołów gotyckich, romańskich czy starożytnymi, potężnymi budowlami Meksyku i Egiptu.

 

Czekamy na tę Wratislavię i na Marzenę Diakun we Wrocławiu, bo to, niestety, ostatnio nie zdarzało się często.
Pamiętam, że ostatni mój koncert we Wrocławiu, nie licząc Zagubionej autostrady, odbył się w 2012 rok, po konkursie im. Grzegorza Fitelberga.

 

Mam nadzieję, że to się zmieni i że te koncertowe spotkania z panią we Wrocławiu będą częstsze. Tymczasem dużo pani koncertowo podróżuje. W tym roku między innymi do Turcji, Francji, Szwecji, Hiszpanii, Brazylii…
Planów i propozycji na szczęście nie brakuje.