Wydanie: MWM 07/2017

Perła Saksonii

Article_more
„Za panowania Augusta II i Augusta III pomiędzy Warszawą a Dreznem związek był ścisły, stosunki je łączyły mnogie. Dwór przenosił się z Polakami, kapelą i myślistwem polskim do Drezna, potem z Saksonii z teatrem, aktorami i pięknościami swymi do Warszawy. [...] Aż do początku XIX wieku i dłużej, z pewną sympatią niewyrozumowaną oglądano się u nas na Saksonią, jakby na kraj spowinowacony. Uchodzili do niej zbiegowie nieszczęśliwi, szukając przytułku, ufając, że go tu znajdą, rachując nawet czasem na protekcją z góry!”

Tak w drugiej połowie XIX wieku pisał o stolicy Saksonii Józef Ignacy Kraszewski. Dziś mało kto pamięta, że autor Chaty za wsią sporą część życia spędził w Dreźnie, gdzie działał na rzecz polskich emigrantów, prowadził drukarnię i wydawał swe liczne powieści.

 

Historia chwalebna…
Zabytkowe Drezno, nieco na wyrost zwane „Florencją Północy”, jest miastem bez wątpienia romantycznym, splecionym z polską historią. Nie tylko z powodu Sasów, którzy nie przysłużyli się jej najlepiej, lecz także licznych Polaków, pielgrzymujących tu w poszukiwaniu azylu politycznego. To tutaj, przed insurekcją kościuszkowską, konspirowali polscy emigranci. Tu Adam Mickiewicz pisał III część Dziadów, a Napoleon sygnował konstytucję Księstwa Warszawskiego. Tu bywał Juliusz Słowacki, tu wreszcie Chopin oświadczył się Marii Wodzińskiej, której rodzina pozostawiła w Dreźnie wyraźny ślad. Młody Fryderyk bywał zresztą w Dreźnie czterokrotnie, polecony miejscowej arystokracji, gościł na polskich salonach, improwizował na prywatnych spotkaniach, chodził „na teatr” i występy gwiazd. Pamiątką tych pobytów jest tablica wmurowana w ścianę kamienicy przy Schlosstrasse 5. Widoczny na niej data „1835” przypomina o drezdeńskich spotkaniach Chopina i miłosnym zawodzie. Kiedy rok później opuszczał miasto po raz ostatni, poza wspomnieniami młodzieńczej miłości wywoził z niego pakiet listów. „Moja bieda”…

 

Ale nie tylko przez te emigracyjne związki Drezno budzi w Polakach pewne asocjacje. Do dziś trwają moralne spory, czy tragedię miasta, którego historyczną tkankę zniszczyły naloty alianckie, można uznać za słuszny odwet za wojnę i agonię powstańczej Warszawy.

 

Historia ciągle jest w Dreźnie obecna. Żywe do niedawna rany miasta goją się pomału, stopniowo przywracając perle Saksonii jej dawną, barokową urodę. Ale dzisiejsze Drezno to nie tylko odbudowany olbrzymim wysiłkiem jego symbol – protestancka świątynia Frauenkirche, nazywana „największym puzzlem świata”, której nieliczne, ocalałe fragmenty heroicznie dopasowano do zrekonstruowanego pierwowzoru. To nie tylko słynąca niegdyś operami Straussa, przepiękna Semperoper i jej nowo otwarta, awangardowa scena Semper Zwei, która świeżą premierą Lohengrina Salvatore Sciarrino nawiązuje do wystawionego tu niedawno dzieła Wagnera z wielką rolą Piotra Beczały. To nie tylko działająca pod okiem wszechwładnego Christiana Thielemanna znakomita drezdeńska Staatskapelle, która niedawno wystąpiła z koncertem we Wrocławiu. I nie tylko słynny, królewsko-elektorski Zwinger, pyszniący się polską koroną na kopule i bezcenną kolekcją światowego malarstwa.

 

…i kłopotliwa
To także, poza pełnym skarbów Pałacem Rezydencjalnym, kalekie ślady realnego socjalizmu i prawie półwiecznej dominacji sowieckiej polityki. Również w kulturze i architekturze, czego przykładem historia znajdującego się w sercu miasta, otwartego właśnie po pięcioletnim remoncie, Kulturpalast – Drezdeńskiego Pałacu Kultury, niegdyś wielofunkcyjnego, przeszklonego gmachu, którego budowa, ukończona w 1969 roku, budziła przez lata dyskusje wokół jedynie słusznych, architektonicznych koncepcji.

 

„Kulturpalast” czy „Kulturballast”? To pytanie, towarzyszące wystawie w Muzeum Miejskim, świetnie oddaje temperaturę tych sporów i problem drezdeńczyków z pozbywaniem się dziedzictwa socjalizmu. Przypominają je jaskrawe kolory wnętrza Pałacu i socrealistyczny mural na jego fasadzie. O współczesnych aspiracjach mówi zaś nowocześnie zaprojektowana w formie tzw. winnicy sala koncertowa na 1800 miejsc, kusząca wygodnymi fotelami i znakomitą akustyką. Prawdziwa duma miasta, które pokryło ponad stumilionowy koszt modernizacji ze swego budżetu, nie oglądając się na niechętną do partycypacji Unię Europejską. Ogromnym wysiłkiem społecznym, za prawie półtora miliona euro, zbudowano także w Pałacu nowe organy, imponujące swymi pięćdziesięcioma pięcioma registrami i efektownym prospektem.

 

Drezdeński brzmienie

Nic dziwnego, że ponowne otwarcie sali jest dla Drezna wielkim wydarzeniem, znaczącym tyle, ile dla nas nie tak dawne otwarcie wrocławskiego NFM czy nowej siedziby NOSPR w Katowicach. Czekali na nie wszakże nie tylko drezdeńscy melomani. Po prawie stu pięćdziesięciu latach od swego powstania znajdzie tam upragnioną siedzibę orkiestra Filharmoników Drezdeńskich, do tej pory tułająca się po innych miejskich salach. „To będzie dla nas historyczny moment – mówi z dumą dyrektor artystyczna zespołu, Frauke Roth. – Po raz pierwszy w historii mamy salę koncertową, której akustyka spełnia wymogi wyznaczone przez wysokie standardy wykonawcze naszej orkiestry. Ponadto zmodernizowane audytorium da nam nowe możliwości programowania koncertów dostosowanych do różnych pokoleń i odmiennych gustów, łączących klasykę z jazzem i muzyką świata, ale zawsze utrzymanych na najwyższym poziomie artystycznym. Mam nadzieję, że nasza nowoczesna sala przyciągnie do Drezna światowej klasy muzyków”.

 

Pierwsze próby już na tej drodze uczyniono. Na otwarcie swej nowej siedziby Filharmonicy Drezdeńscy zamówili utwór u Krzysztofa Pendereckiego. Atrament na partyturze Pieśni chińskich wysychał jednak do ostatniej chwili, czasu nie starczyło na przygotowanie tak trudnego dzieła. Premierę przesunięto zatem na przyszły sezon, a oba wieczory inauguracyjne 28 i 29 kwietnia uświetnili niemieccy muzycy pod batutą swego szefa, Michaela Sanderlinga. Klasą dla siebie był wybitny baryton, Matthias Goerne, zarówno w orkiestrowych wersjach pieśni Schuberta, jak i w wykonanej po przerwie IX Symfonii Beethovena. Co ciekawe, swą Odę do radości Fryderyk Schiller stworzył właśnie w Dreźnie, ona też użyczyła tytułu całemu koncertowi. W wykonaniu, poza solistami, wzięły także udział połączone chóry radia MDR i Filharmonii Drezdeńskiej. Sama orkiestra, mimo zaledwie trzech prób, okazała się znakomicie przygotowana, prezentując wysoką klasę i charakterystyczne brzmienie, swoisty „Dresdens Klang”.

„Nasza nowa sala spełnia najwyższe standardy przestrzenne i wymagania akustyczne, nareszcie pozwala orkiestrze w pełni pokazać swe wyjątkowe jakości brzmieniowe”, cieszy się główny dyrygent zespołu, Michael Sanderling. To on stanie za pulpitem większości nadchodzących koncertów. Wśród gości Filharmoników pojawią się prawdziwe gwiazdy: pianista Kirył Gerstein, kontratenor Bejun Mehta, flecista Emmanuel Pahud, mandolinista Avi Avital, śpiewaczka Veronique Gens czy dyrygent Charles Dutoit. Do współpracy zaproszony został także Marek Janowski, zabrzmią więc wreszcie w Dreźnie symfonie Brucknera i Mahlera. Będzie też całkiem nowy cykl Koncertów Pałacowych z udziałem zaprzyjaźnionych orkiestr lipskiego Gewandhausu i berlińskiej Staatskapelle, Anne-Sopie Mutter, Marthy Argerich czy Wyntona Marsalisa i jego Lincoln Center Orchestra.

 

Mekka muzyków
W ten sposób Drezno chce powrócić do czasów dawnej świetności. Warto bowiem pamiętać, że stolica Saksonii to miasto o wspaniałych tradycjach muzycznych, sięgających XVI-wiecznej szkoły chóralnej przy luterańskim kościele św. Krzyża (Dresden Kreuzchor), czy elektorskiego Cantorei, prekursora drezdeńskiej kapeli dworskiej. Dla słynącej z wirtuozerii orkiestry pisał swe popisowe koncerty Antonio Vivaldi. Muzykę liturgiczną dla drezdeńskiego kościoła komponował Jan Dismas Zelenka. Z miastem związane są także nazwiska Georga Philippa Telemanna, Johanna Gottlieba Grauna i wielu innych barokowych kompozytorów.

 

Dwór saski w XVII i XVIII wieku był bowiem niezwykle prężnym ośrodkiem życia muzycznego. Tu przez ponad pół wieku działał Heinrich Schütz, tu na zaproszenie Augusta Mocnego masowo przybywali włoscy śpiewacy i muzycy. Tu tworzyli Antonio Lotti i Johann Adolf Hasse, najważniejszy rywal Bacha w staraniach o funkcję nadwornego kompozytora. Lipskiemu kantorowi miała ją zapewnić Msza h-moll, ofiarowana elektorowi saskiemu i królowi polskiemu, Augustowi III. Sukces – jak się okazało – był tylko połowiczny. Bach co prawda tytuł otrzymał, jednak bez żadnych związanych z tym gratyfikacji. Grywał za to na organach Silbermanna nieistniejącego już kościoła św. Zofii, gdzie stałym organistą był przez lata jego syn, Wilhelm Friedemann.

 

Z wizytą wpadali czasem do Drezna Mozart, Haydn i Beethoven. Tu szczęśliwe lata spędzili Robert i Klara Schumannowie, tu szukał inspiracji Felix Mendelssohn. Tu miały swe premiery dzieła Wagnera i Richarda Straussa. Tu wreszcie, w początkach XIX wieku Carl Maria von Weber pisał swego Wolnego strzelca. I właśnie uwerturą do tego dzieła rozpoczął się 30 kwietnia kolejny pałacowy koncert otwarcia, będący zarazem prologiem Festiwalu Drezdeńskiego – zasłużonej imprezy muzycznej, która w tym roku obchodzi swe czterdziestolecie.

 

Fiat lux
Inauguracyjne matinée należało do gospodarza: do grającej na instrumentach historycznych Drezdeńskiej Orkiestry Festiwalowej, zespołu stosunkowo młodego, ale cenionego już za swą wirtuozerię i spójne, energetyczne brzmienie. Koncert poprowadził wytrawny brytyjski dyrygent, stale współpracujący z orkiestrą, Ivor Bolton. W programie  znalazła się także IV Symfonia d-moll Roberta Schumanna w wersji z 1841 roku oraz Koncert potrójny C-dur Beethovena, w którym partie solowe wykonali wybitni muzycy – Nicola Benedetti, Jan Vogler i Alexander Melnikov. Oczywiście wszyscy na instrumentach historycznych, co w przypadku szkockiej skrzypaczki i niemieckiego wiolonczelisty oznaczało grę na strunach jelitowych. I jeśli dla Voglera nie było to nowe doświadczenie, swoboda, z jaką „na jelitach” grała Nicola Benedetti, mogła być dla wielu prawdziwym zaskoczeniem. Znakomita skrzypaczka, znana ze słodkiego dźwięku i wrażliwej muzykalności, na żywo czaruje nie tylko olśniewającą urodą, lecz także żywym temperamentem i giętko kształtowaną frazą. Ona też zdecydowanie wyróżniała się na tle partnerów i nadawała triu wyraziste oblicze. Trochę szkoda, że w wielkiej sali drezdeńskiego Pałacu ginęły dźwięki fortepianu Grafa, na którym niezwykle muzykalnie i z wyczuciem stylu grał Aleksander Melnikov. Zajęty organizacją festiwalu Jan Vogler starał się nie zawieść oczekiwań; wiele dialogów z jego udziałem zabrzmiało naprawdę pięknie. Najlepiej jednak w nowej sali wypadła symfonia Schumanna, stając się bardzo obiecującą zapowiedzią festiwalowych wydarzeń.

 

A pojawią się na drezdeńskim festiwalu artyści z najwyższej półki. Filharmonia z Zurichu oraz Anne-Sophie Mutter, Valery Gergiev i Orkiestra Teatru Maryjskiego, Diana Damrau i Filharmonia Praska, Filharmonicy Londyńscy i Jan Lisiecki, City of Birmingham Symphony Orchestra i Gustavo Gimeno, Orkiestra Anima Eterna oraz Christoph i Julian Prègardienowie, Orkiestra Paryska i Kate Lindsay czy słynne zespoły barokowe: La Folia z Anną Prohaską i B’Rock Orchestra z René Jacobsem. Program jubileuszowego Musikfestspiele także wygląda bardzo atrakcyjnie, gdyż uwzględnia wielką rocznicę Monteverdiego czy pięćsetlecie Reformacji, ale też rzadko słyszane, pierwotne wersje znanych dzieł oraz utwory, które zmieniły historię muzyki.

 

„Tematem tegorocznego festiwalu jest światło – zapowiada jego dyrektor, Jan Vogler – rozumiane jako symbol Oświecenia, ale także wiara w przyszłość, światło dla nowych prądów. Dlatego będziemy mieli tak wiele utworów, które na nowo oświetliły całą historię muzyki. Z naszą orkiestrą wykonujemy oryginalną wersję Fidelia Beethovena. Ale gramy też Święto wiosny Strawińskiego, którego premiera okazała się wręcz oślepiająca”.

 

Nowa sala stwarza zatem nowe perspektywy, zarówno dla muzyków, jak i dla melomanów. A Drezno kusi wieloma atrakcjami, nie tylko muzycznymi. W dodatku jest całkiem blisko, bliżej niż nam się wydaje. Warto wybrać się jeszcze w wakacje, tym bardziej że nasze sale koncertowe często latem świecą pustkami. Z Wrocławia to ostatecznie tylko dwieście trzydzieści kilometrów.