Wydanie: MWM 07/2017

Niewolnicy muzyki

Article_more
Niewielu spędza z muzyką tyle czasu, co jej twórcy oraz znani z sal koncertowych i nagrań wykonawcy. Zazwyczaj przygotowują się do swojego zawodu od najmłodszych lat, więc sposób, w jaki odbierają dźwięki, wynika z doświadczeń wyniesionych ze szkoły muzycznej i codziennej, wielogodzinnej pracy. Obecne przy percepcji muzyki emocje to jedno (choć rozwijają się one w różnym stopniu, towarzyszą zarówno fachowcom, jak i amatorom); inną sprawą jest słuchanie typowe dla profesjonalisty: poszukiwanie frazy, analiza formy, ocena interpretacji, sprawdzanie intonacji – i tak wymieniać można bez końca. Nic dziwnego, że ucho muzyka ma prawo się zmęczyć. Wtedy wybawieniem jest cisza albo… piosenki Beatlesów.

Naukowcy od kilku dekad coraz chętniej poruszają dziesiątki zagadnień związanych z odbiorem muzyki. Siłą rzeczy, grupą najbardziej atrakcyjną pod względem badawczym są posiadacze słuchu muzycznego – ten zaś, w swej najbardziej rozwiniętej formie, występuje oczywiście u zawodowych muzyków, choć tak zwane „dobre ucho” może mieć wielu.

 

„Podstawowa różnica między muzykami a niemuzykami występuje na poziomie procesów zachodzących w mózgu. Badania jednoznacznie wskazują, że u profesjonalistów podczas słuchania muzyki bardziej zaangażowana jest lewa półkula, którą w dużym uogólnieniu można nazwać »analityczną«. Amator będzie angażował do odbioru muzyki półkulę prawą, odpowiedzialną za emocje”zaznacza doktor Amelia Golema, psycholog muzyki i terapeutka. Odmienna percepcja wynika oczywiście z różnic w procesie edukacji, jakie zachodzą między uczniami szkół ogólnokształcących i muzycznych. Już w podstawówce od przyszłych wykonawców wymaga się między innymi posługiwania się pismem nutowym, umiejętności zapisywania usłyszanych melodii oraz schematów rytmicznych, poprawnej intonacji, określania odległości między dźwiękami (czyli interwałów) i znajomości tonacji muzycznych. Wprowadzone zostają również podstawowe informacje z zakresu historii muzyki, wiedzy o instrumentach oraz zagadnienia dotyczące kształtowania dzieła muzycznego. Szkoła średnia rozwija te umiejętności, dla muzyka naturalnym więc jest, że będzie słuchał prezentowanych mu utworów przez pryzmat nabytej wiedzy. W jego rozumieniu dowolna sonata Mozarta nie będzie zatem jedynie kompozycją, która może mu przypaść do gustu lub zwyczajnie się nie spodobać.

 

Nic dwa razy
„Przyznam, że czasem chciałbym słuchać muzyki i po prostu ją chłonąć, jednak jako dyrygent, kompletnie nie mam takiej możliwości – przyznaje Marek Pijarowski, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich dyrygentów, wykładowca akademicki, juror konkursów dyrygenckich. – Od lat stykam się z muzyką symfoniczną, instrumentalną i wokalno-instrumentalną. Podczas słuchania jakiegokolwiek utworu z tego repertuaru nie tylko czerpię przyjemność, ale przede wszystkim mimowolnie go analizuję. Od razu pojawiają się pytania dotyczące jakości wykonania i formy utworu. Gdy znam dobrze daną kompozycję, często zastanawia mnie, jak artyści zagrają w najtrudniejszych momentach. Jednak nawet gdy nie znam dzieła, mimowolnie analizuję, jak zostało skomponowane. Owszem, zdarzy się, że zachwycę się jakąś frazą, ale to nie jest tak, że po prostu zatapiam się w muzyce i przeżywam coś, co trudno ująć w słowa”. Mimo że muzyk odruchowo analizuje to, co słyszy, nie można mówić o zupełnym braku udziału emocji w jego percepcji dzieła. „Emocje towarzyszą artystom przede wszystkim w czasie, w którym tworzą. Dla instrumentalisty czy dyrygenta będzie to moment jego własnego wykonania. Gdy muzyk słucha kogoś innego, wtedy przede wszystkim będzie analizował” – zaznacza Amelia Golema.

 

Badaczka podkreśla, że twórczy aspekt wystąpienia wiąże się z kolejną unikatową interpretacją prezentowanego słuchaczom dzieła. Artysta nie tylko nie jest w stanie dwukrotnie wykonać w ten sam sposób konkretnego utworu – nigdy również go tak samo nie wysłucha. Badania wskazują, że w przypadku rozłożonych w czasie kilkukrotnych próśb o ocenę tego samego utworu, dostrzegalne są rozbieżności nawet między opiniami wyrażonymi przez jedną osobę. Wskazuje to na ogromny wpływ otoczenia, czynników psychologicznych i kondycji psychofizycznej w procesie analizy. Co więcej, za każdym razem gdy muzyk słucha, jego uwaga reaguje na zupełnie inne bodźce niż poprzednio. Co prawda, gdy odtworzy nagranie V Symfonii Beethovena – a zakładamy, że każdy profesjonalista doskonale zna ten utwór – nie będzie od razu percypował wszystkich szczegółów w każdej partii orkiestry, ale z pewnością zwróci uwagę, gdy ktoś zafałszuje. Sposób, w jaki percypuje, wynika również z jego motywacji i aspektów, które chce zbadać. Może skoncentrować się na dynamice, jakości wykonania i wielu innych elementach – na to właśnie pozwala niewiarygodna wielowarstwowość muzyki. Duży wpływ na proces analizy u konkretnych artystów mają również uwarunkowania neuronalne. Obszary mózgu skrzypka, odpowiedzialne za brzmienie instrumentu, na którym gra, są bardziej rozbudowane niż u innego muzyka – będzie on zatem zupełnie inaczej reagował na dźwięk skrzypiec.

 

Czas na relaks
Zmęczenie, jakie może u muzyka wywoływać praca i aktywne słuchanie, jest dla współczesnej psychologii muzyki problemem niezwykle zindywidualizowanym. Wynika to przede wszystkim z problemów metodologicznych i powiązanych z nimi trudności w uogólnianiu pewnych zjawisk. Amelia Golema podkreśla, że skomplikowane okazuje się nawet skonstruowanie grupy badanych – wśród muzyków pojawiają się dyrygenci, kompozytorzy i wykonawcy grający na różnych instrumentach. Każdy z nich będzie inaczej słuchał i analizował.

 

Być może profesjonaliści potrzebują czasem odpoczynku od dźwięku, gdyż znacznie częściej słuchają muzyki ze względów zawodowych, a nie relaksacyjnych. Zdaniem badaczy ta druga motywacja bliska jest głównie osobom, które z muzyką nie pracują. „Przede wszystkim za często występuję na estradzie, żeby móc słuchać muzyki, którą się zajmuję, podobnie jak meloman. Od razu koncentruję się na analizie tego, co słyszę – podkreśla flecista Łukasz Długosz, jeden z najbardziej cenionych polskich instrumentalistów. – Co więcej, zdarza się, że długo wykonuję podobny stylistycznie repertuar, a to ogranicza świeżość interpretacji. Lubię podchodzić do każdego utworu i koncertu ze świeżą głową, dlatego potrzebuję odskoczni w postaci prostszych impulsów muzycznych. Twórczość rozrywkowa jest moją ucieczką od codziennej pracy – po wielu godzinach ćwiczenia wolę słuchać nieco prostszej linii melodycznej w jakieś piosence rockowej niż muzyki klasycznej”.

 

Okazuje się, że twórczość rozrywkowa nie musi zawodowca, który na co dzień zajmuje się muzyką poważną, angażować podobnie jak fugi Bacha czy kompozycje Lutosławskiego. Często bywa mniej skomplikowana pod względem struktury w porównaniu do utworów z repertuaru muzyków klasycznych, więc zwalnia z obowiązku analizowania. „Zazwyczaj odpoczywam w ciszy, ale czasami słucham też muzyki rozrywkowej – chociażby w samochodzie, gdzie nie mogę ani na chwilę stracić uwagi, więc nie mogę »zatopić się« w muzyce orkiestrowej. W aucie towarzyszy mi ABBA, Beatlesi, Queen, Skaldowie, Zbyszek Wodecki. Takiej muzyki nie analizuję, ale kto wie, co by było, gdybym był rockmanem?” – żartuje Marek Pijarowski.

 

Psychologia może mieć na ten rodzaj odpoczynku jeszcze jedno wytłumaczenie, które nie dotyczy poziomu zaawansowania muzyki. Wykonawcy związanemu z nurtem klasycznym twórczość rozrywkowa nie kojarzy się z pracą. To może podświadomie pozwalać na słuchanie danej muzyki dla przyjemności. Nie wywołuje ona wówczas zmęczenia i może towarzyszyć w codziennych czynnościach. 

„Często muszę też zwyczajnie odpocząć od dużej liczby utworów, których słucham w wielu sytuacjach, nie tylko dla siebie, lecz także w czasie zajęć ze studentami. Zdarza się, że czuję się muzyką kompletnie przeładowany, a przecież muszę mieć też w głowie miejsce na własne myśli i własną twórczość. Czasem wystarczy kilka godzin w ciszy, a czasem dzień lub dwa. Jednak nie jestem zmęczony muzyką w ogóle. Wręcz przeciwnie, wciąż mam wrażenie, że za mało wiem i za mało słyszałem” – tłumaczy Tomasz Opałka, kompozytor i wykładowca.

 

Niezapomniana melodia
Artysta zaznacza, że wyłączony odtwarzacz muzyki to jedno, a to, co dzieje się w umyśle – to drugie. Znane już melodie często wracają w wyobraźni, a może to być zarówno własna muzyka, jak i muzak zasłyszany w sklepie. Zjawisko to znane jest zresztą i osobom niezwiązanym zawodowo z muzyką. Naukowcy określają je mianem earworm (lub brainworm), a polega ono na uporczywym i mimowolnym powtarzaniu w myślach krótkiej, zasłyszanej kiedyś melodii. Trwa to zazwyczaj od kilku godzin do kilku dni. Wspomniane zagadnienie w ciągu ostatnich kilku dekad poruszało wielu naukowców, między innymi angielskiego psychiatrę Olivera Sacksa, autora słynnego bestselleru Muzykofilia, i kanadyjskiego badacza Daniela Levitina, który zauważył, że zazwyczaj dotyka ono zawodowców. To im zresztą muzyka częściej towarzyszy w ogóle, nie tylko w postaci earworms.

 

„Kiedy nie słucham muzyki, to nie znaczy, że jestem jej pozbawiony. Często przyłapuję się na tym, że nucę coś w myślach, czasem nawet wykonam jakiś gest zapraszający instrumentalistę do zagrania danego fragmentu, który słyszę w głowie. Cieszy mnie to, bo to znaczy, że muzyka jest dla mnie naturalna i wyzwala pewne emocje” – zaznacza Marek Pijarowski.

 

Stała obecność muzyki może jednak być dosyć uciążliwa dla samych jej twórców. Stąd też nietrudno znaleźć kompozytora, który w czasie pracy nad utworem, nawet odchodząc od własnej partytury, nie będzie słuchał niczego innego. „Nie dziwię się takim osobom. Sam, choć jestem wykształcony w tym kierunku, nie komponuję z prostej przyczyny: za dużo gram. Boję się, że jeśli zacznę pisać, to nieświadomie splagiatuję jakiś utwór, który kiedyś wykonywałem – komentuje Łukasz Długosz i podkreśla, że od muzyki nie da się w zupełności odseparować. – Ludzie czasem wyobrażają sobie, że mogliby żyć bez muzyki, zapominając, że należy do niej brzmienie całego naszego otoczenia. Możemy ograniczać docierające do nas dźwięki, ale jestem pewien, że życie bez muzyki jest uboższe”. Fakt, że kompozytorom zdarza się uciekać od twórczości innych w trakcie pisania własnej muzyki w obawie przed „zaśmieceniem” umysłu, podkreśla również Tomasz Opałka: „Nie jestem pewien, czy jest to do końca dobre… Zamknięci w swojej głowie z własnymi pomysłami, możemy zacząć kręcić się w kółko. Trudno wyobrazić sobie pisarza, który nie czyta w poszukiwaniu inspiracji. Nie służy to przecież kradzeniu pomysłów”.

 

Tomasz Opałka podkreśla jednak, że różnica w odbieraniu muzyki między zawodowcami a amatorami pojawia się nie tylko podczas słuchania. „Zdobyłem ostatnio partyturę do filmu Pamięć Absolutna – kilkaset stron świetnej muzyki. Uradowany pokazałem zakup zaprzyjaźnionemu reżyserowi filmowemu i w odpowiedzi usłyszałem, że stara się on podzielać mój entuzjazm, ale… dla niego to kompletnie nic nie znaczy. Nie może nawet tego przeczytać. Ta na pozór prosta sytuacja jest moim zdaniem doskonałym obrazem tego, kim jesteśmy jako muzycy i jakim językiem się posługujemy. Dla nas partytura jest jedynym sposobem na to, by muzykę zatrzymać w czasie i dogłębnie zanalizować”.

 

Na dobre i na złe
Doskonale wiemy, że trudna droga zawodowca, mająca prowadzić do poznania i zrozumienia tak skomplikowanej materii, jaką jest muzyka, wymaga ogromnego zaangażowania oraz systematycznej pracy. Niewątpliwie w korytarzach akademii muzycznych nietrudno znaleźć młodego artystę, który wyzna, że bywa zmęczony muzyką (szczególnie w sesji egzaminacyjnej) i jednocześnie… nie wyobraża sobie pracy w innym zawodzie. Zresztą zdarzało się to nawet najlepszym.

 

„Pamiętam pewną dyskusję z Witoldem Rowickim, który nagle wyznał mi, że nie lubi muzyki – wspomina Marek Pijarowski. – Powiedział to z takim przekonaniem, że od razu zapytałem: »Ale jak to, pan? Wielki, wspaniały dyrygent?«. Odpowiedział: »Mam już tego dosyć, bo ja jestem niewolnikiem muzyki!«. Po latach zrozumiałem, co on w ogóle miał na myśli. Rzeczywiście jesteśmy niewolnikami muzyki. Owszem, kochamy ją, nie wyobrażamy sobie życia bez niej. Czasem jednak chcemy się od niej uwolnić, ale zwyczajnie się boimy. Boimy się, bo co wtedy będzie?”