Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 07/2017

Czysty porządek uczuć i tonów (II)

Jacek Hołówka - wywiad
Article_more
„Platon muzyki nie lubił i zapewne nie chciał jej słuchać”. Kilku innych wielkich filozofów również nie ceniło muzyki, „ponieważ nie zawiera myśli, które dałoby się ubrać w słowa”, mówił w pierwszej części rozmowy z Michałem Nowakiem profesor Jacek Hołówka. „Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje – dodawał. – To prawda, ale tylko częściowa. Muzyka czasami […] powoduje, że obyczaje stają się dziksze”. Profesor przyznał, że ma „staroświeckie i wąskie zainteresowania muzyczne”, a najbardziej lubi operę. Poruszony został także temat wulgarności muzyki, o czym pisał Kant. Muzyki – jak rzeźby, obrazu lub literatury – nie sposób kontemplować w samotności, jeśli wokół nas są ludzie. Rozbrzmiewające dźwięki przymuszają do słuchania wszystkich wokół. Niemniej słuchać można w samotności. Co zatem lepsze? Oto ciąg dalszy rozmowy z wybitnym filozofem i etykiem.

Michał Nowak: Muzykę lepiej jest przeżywać wspólnie czy lepiej jej słuchać w samotności?
Jacek Hołówka
: To ciekawe, że pana tak Kant dręczy. Chce pan wrócić do tej trudnej kwestii, czy muzyka musi być publiczna, gremialna i wulgarna. Dobrze, spróbujmy. Zapewne wydaje się panu niekonsekwentne, że lubię operę tylko pod warunkiem, że jest elitarna?

 

Zastanawiam się, jak może pan przyznawać rację Kantowi, a jednocześnie chcieć, by muzyka była wysublimowana i nienaganna. I dlaczego to opera ma być trudnym rodzajem muzyki, a nie na przykład Mahler.
Ma pan rację, nazbierało się tu wiele problemów i z pewnością ja ich wszystkich nie rozwiążę. Zacznę od zastrzeżenia. Nie jestem muzykiem i wszystkie moje poglądy są dyletanckie. Czyli – inaczej mówiąc – wielka część utworów Mahlera jest dla mnie po prostu za trudna. Słucham i myślę: „co tam jest?”. Dźwięki muzyki i to, co myślę, nie biegną zgodnie i lekko. Zatem na pewno nie upieram się w czyimkolwiek imieniu poza własnym, że opera powinna być trudna, intelektualna i wysublimowana. Sądzę zresztą, że opera może być jednocześnie trochę wulgarna i zdecydowanie wysublimowana. I zawsze musi być czysto wyśpiewana. Na scenie nie da się ukryć fuszerki. Jeśli to z kolei znaczy, że opera przez tę dosadność i wyrazistość jakoś się trywializuje, bo mistrzostwo i wirtuozeria są ważniejsze niż geniusz, to trudno, niech tak będzie. Fałszywych geniuszy znam setki, prawdziwych wirtuozów – niewielu. Powstaje tu zasadnicze pytanie: wulgarność operze szkodzi czy nie? Proszę, niech pan to przyjmie przynajmniej za prowizoryczną odpowiedź, że trochę wulgarności robi dobrze, i dopiero dużo wulgarności – jak plucie papryką – robi źle. Tego lepiej wyjaśnić nie potrafię.

 

A co ze słuchaniem samemu i z innymi?
To znów trudny problem i znów muszę dać prowizoryczną odpowiedź. Trzeba się starać słuchać z innymi, bo wspólne przeżycia łączą ludzi ze sobą. Ale jeśli nie można iść do opery z innymi, to trzeba słuchać samemu. Jak przyjechała do Warszawy Kiri Te Kanawa, to poszedłem z żoną. Ale gdyby żona nie chciała pójść, poszedłbym sam. Nasze własne upodobania muzyczne określają nas zbyt mocno, by warto się było decydować na daleko idące ustępstwa. Muzyka przesądza o tym, jak odbieramy świat i jak reagujemy na ludzkie sprawy. Z przywileju do widzenia tych problemów we własny sposób nie powinniśmy nigdy rezygnować. Muzyka nie jest po to, by budować pomosty między samotnymi ludźmi, tylko by nam pomóc zostać tym, czym chcemy. Opera zawsze proponuje jakieś rozwiązanie dramatycznych sytuacji. Nieświadomie zgadzamy się z nim lub nie. W Trubadurze Hrabia di Luna jest wspaniałym zbirem, ale jego matka? Co mamy myśleć? Czy uznamy, że jest jakoś usprawiedliwiona za wrzucenie dziecka do ogniska? Nie spieszmy się z odpowiedzią, bo to nie jest moralitet. Opera nie pretenduje do filozoficznej nieomylności. Nawet dobra filozofia tego nie robi. Opera, przez to, że stara się połączyć grę aktorską z prezentacją trudnego tekstu i że wiąże operowanie głosem z ruchami oraz gestami scenicznymi, stawia wykonawcom niebiotyczne wymagania.

 

To jest tak trudne, że chyba nigdy nie udaje się spełnić wszystkich wymagań jednocześnie.
Czasem orkiestra przygłuszy śpiewaka. Czasem tekst koliduje z gestem. Czasem temat muzyczny zagłusza sens cierpienia. Czasem odwrotnie, jasne postawienie jakiejś kwestii wprost uniemożliwia stworzenie dorównującego jej akompaniamentu. Gdy Don José śpiewa: „Carmen, il y a temps encore…” i próbuje wymusić od niej wyznanie miłości, żadna muzyka nie odda grozy niewypowiedzianych słów: „Masz jeszcze czas, Carmen, by uniknąć śmierci z mojej ręki”. Oczywiście, ta scena jest melodramatyczna, może jest nawet kiczem i nachalnym sentymentalizmem. Morderca pastwi się nad ofiarą i bieg melodii ukrywa tę jego brutalność oraz bezduszne samolubstwo. Ale czy nie tak właśnie przebiega wiele ludzkich dramatów? Czy zaplątani w swe pokrętne działanie desperaci nie starają się osiągnąć wielu celów wzajem się wykluczających? Proszą i straszą jednocześnie. Mówią, tańczą i śpiewają bez zastanowienia i bez żadnego wewnętrznego porządku w działaniu. Opera pokazuje, że zawsze robimy wiele rzeczy naraz i tylko najlepszym z nas udaje się jako tako te wątki pozbierać i pogodzić ze sobą.

 

A którzy kompozytorzy są panu najbliżsi? Wspomniał pan o Mozarcie i Wagnerze. Kto jeszcze?
Na pierwszym miejscu postawiłbym Verdiego.

 

A nie Pucciniego?
O nie. Jego melodie są jak z muzyki filmowej. Dla mnie Puccini jest zbyt hollywoodzki. Jego muzyka jest tylko dźwiękowym tłem do tego, co dzieje się na scenie. Jak u Hitchcocka. Albo jest całkiem oderwana od akcji. To jest zresztą główny problem konstrukcyjny w każdej operze – jak pogodzić muzykę z teatrem, ruch ze śpiewem, tekst z ukrytą filozofią. To bardzo trudne. Albo jest za mało teatru, albo za mało prawdziwej muzyki, albo za dużo deklamacji, albo za dużo kolorowych kostiumów. Ale mimo wszystko pewnym ludziom udaje się wykonać doskonałe spektakle. Choć zdarza się to rzadko, jak mówiłem. Podstawą udanego spektaklu jest zawsze dobre libretto i dobra muzyka, sprawnie powiązane ze sobą. To potrafili zrobić Mozart, Verdi, Wagner, Donizetti, czasem Bizet, czasem Gounod. Ale nie zawsze. No dobrze, czasem także Puccini. Ale przede wszystkim w Cyganerii.

 

Co łączy ich dzieła poza zestrojeniem teatru, śpiewu i dramaturgii?
Ważna jest umiejętność zadzierzgnięcia porozumienia pomiędzy aktorami i widzami. No i zdolność ukazania wielkiej siły splątanych uczuć. Dobra opera to traktat z psychologii emocji przerobiony na rebus artystyczny. Czyli przyznaję jeszcze raz – to jest wspaniała sztuka, ale to niej jest sztuka wysokiego lotu, tylko sztuka wielkich wymagań i nadzwyczajnego zestrojenia talentów. Każdy wątek w operze musi być na dobrym poziomie, by całość stała się przekonująca. Wielu moich przyjaciół uważa, że to absurd. Sądzą, że treść opery jest niemal zawsze kiczem, a wykonanie jakąś kakofonią niepowiązanych umiejętności. 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.