Jak grzeszyli cystersi w Krzeszowie

Article_more
Św. Bernard z Clairvaux uważał, że kupą gnoju jest wszystko, co cieszy oko, powonienie, smak, dotyk i słuch. Wbrew jego zaleceniom cystersi zerwali z dawnym obyczajem zakonu, dzięki czemu możemy się grzesznie cieszyć Krzeszowem.

Metrykę ma średniowieczną – pierwotnie było tu opactwo benedyktynów. To księżna Anna, synowa św. Jadwigi Śląskiej, podarowała w 1242 roku czeskim benedyktynom ziemię w centrum obecnej wsi Krzeszówek, tam gdzie dziś wznosi się niewielki gotycki kościół. Prawie pół wieku później, z nieznanych nam przyczyn, benedyktyni odsprzedali ów teren wnukowi Anny, księciu jaworsko-świdnickiemu Bolkowi I Surowemu. Legenda mówi, że benedyktynów wypędził z Krzeszówka diabeł. Tak im uprzykrzał życie, płatał złośliwe figle, dręczył pokusami, że w końcu zdecydowali się wrócić do swojego macierzystego klasztoru w Opatowcu.

 

Niedługo cieszył się Kusy swoim zwycięstwem, benedyktynów zastąpili cystersi, sprowadzeni przez księcia Bolka z Henrykowa, którzy nie tylko na złośliwości czarta uwagi nie zwracali, ale na dodatek zaczęli budować w Krzeszowie wielki klasztor. Im wyżej mury rosły, tym diabeł był bardziej wściekły.

 

W noc sobótkową, gdy moc jego była największa, poleciał do odległego górskiego kamieniołomu i wyrwał stamtąd potężny głaz, aby zrzucić go na klasztor. Leciał szybko, żeby zdążyć przed pierwszym pianiem koguta, ale kur go jednak wyprzedził. Rozpoczął swoją poranną pieśń, gdy diabeł znalazł się nad Gorzeszowem. Poczuł Kusy, że traci swoją moc, głaz wyślizgnął mu się z pazurów i upadł trzysta kroków od gorzeszowskiej karczmy. Nazwali go ludzie Diabelskim Głazem i pokazywali jako znak słabości szatana, który przegrał z krzeszowskimi cystersami.

 

Zemsta trunkowego malarza
Biali mnisi pierwsze siedziby budowali na pustkowiach, z dala od siedzib ludzkich, aby poprzez izolację od świata zewnętrznego łatwiej było nawiązać bezpośredni kontakt z Bogiem. Kościoły i klasztory miały być jak najprostsze, bez zdobień, narracyjnych witraży, a w wiekach późniejszych ­– nawet organów. Praktyka okazała się jednak inna. W obrębie opactw zakładano warsztaty murarskie, stolarskie, snycerskie i kowalskie, a świątynie zamieniały się w skarbce wypełnione kosztownymi dziełami sztuki. Epoka baroku porzuciła średniowieczną ascezę.

 

O kościele klasztornym w Krzeszowie mówiono już za życia jego fundatora, opata Innocentego Fritscha: Domus Aurea (Dom Złoty). Budowano go w latach 1728–1735, ale wyposażano aż do połowy XVIII wieku. Jego skarbem jest wiszący nad tabernakulum średniowieczny obraz Matki Bożej Łaskawej ujęty w srebrną ramę, dzieło wrocławskiego złotnika Beniamina Hentschla. Według legendy namalowany na desce wizerunek Madonny Krzeszowskiej pochodzi z Bizancjum. W czasie jednej z wypraw krzyżowych rycerz Benitto, z rodu Tankrettów, przywiózł go do włoskiego miasta Rimini, a stamtąd aniołowie przenieśli obraz do Krzeszowa. Opowiadano również, że obraz z anielską pomocą namalował świątobliwy Krzesz, który mieszkał w pustelni nad rzeką, niedaleko dzisiejszej Kamiennej Góry.

 

Wierni i turyści podziwiają też w ołtarzu głównym obraz znakomitego czeskiego malarza Petera Brandla Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Pracował nad nim osiem miesięcy. W górnej części płótna namalował Trójcę Świętą oraz siedzącego na tronie Zbawiciela z rozpostartymi rękami, który przyjmuje swą matkę unoszoną do nieba przez anioły. 

 

Notabene mistrz Brandl malował sceny święte, ale do świętych nie należał. Wiecznie zadłużony (był nawet za to więziony), chętniej trzymał kufel piwa niż pędzel. Zdarzało mu się malować w stanie wskazującym, a potem na trzeźwo zamazywać owe bohomazy (mawiał wtedy: „malarza nie było wczoraj w domu”). Gdy zdesperowany opat robił trudności z wypłatą zaliczki, Brandl przemalował najładniejszą główkę aniołka (w samym środku obrazu) na goły i wypięty tyłeczek.

 

Ucho słyszało, oko podziwiało 
Ale największe wrażenie robią organy Michaela Englera. Zajmują dużą przestrzeń chóru, mają wysokość kilkunastu metrów, w ich wnętrzu można poruszać się swobodnie po zbudowanych schodach i pomostach niczym na olbrzymim statku. Równie pięknie wyglądają. Ten widok wart wycieczki do Krzeszowa. Muzykujące anioły w obłokach, postacie Mojżesza i Aarona, scena adoracji Dzieciątka przez Maryję i Józefa, ornamenty kwiatowo-roślinne, błysk złota, czyli ilustracja Psalmu 150: „Chwalcie Pana ogromnymi trąbami, / Chwalcie Pana przyjemnymi lutniami, / Chwalcie bębny, chwalcie Go / Kołem tańca pięknego!”.

 

Engler zaczął budować swoje cudo w 1732 roku, co potwierdza inskrypcja wewnątrz wiatrownicy. Cieszył się już wielką sławą, świat podziwiał instrument, który zrobił dla kościoła św. Mikołaja w Brzegu. To zamówienie odmieniło mu życie, na brzeskim cmentarzu pochował żonę i dzieci, ale nazwisko „Engler” stało się cennym znakiem towarowym.

 

Instrument dla św. Mikołaja budował sześć lat, organy dla Krzeszowa niewiele krócej. Zaczęły grać 8 grudnia 1736 roku, w sobotę. Próba generalna przed niedzielnymi mszami. Skomplikowany mechanizm: 2606 piszczałek, pięćdziesiąt registrów, siedem wiatrownic klapowo-zasuwkowych, mechaniczna traktura registratury i klawiatur oraz siedem miechów klinowych. Sekcje brzmieniowe obsługiwane są przez trzy manuały i klawiaturę pedałową. W dyspozycji krzeszowskiego instrumentu występuje duża liczba głosów cynowych – klasztory cysterskie posiadały własne huty dostarczające stop piszczałkowy i czystą cynę.

 

Po przeszło stu sześćdziesięciu latach bezawaryjnego eksploatowania instrument został poddany gruntownej konserwacji przez sławną firmę organmistrzowską Gottlieba Schlaga ze Świdnicy, co potwierdza tabliczka umieszczona w jednej z górnych nisz organów. Schlag zmienił barwę na romantyczną, ale dziesięć lat temu niemiecka firma Jehmlich Orgelbau z Drezna przeprowadziła rekonstrukcję instrumentu, przywracając mu barokową dyspozycję i dawne brzmienie.

 

Kto tu tak pięknie gra
Instrument Englera był oczywiście muzyczną gwiazdą Krzeszowa, ale to nie znaczy, że wcześniej w opactwie panowała głucha cisza. Trzy lata temu ukazała się ciekawa płyta Saint Amour. Muzyka z rękopisów tabulatur lutniowych cystersów krzeszowskich. Zbiór obejmował czternaście rękopisów, które obecnie są rozproszone, ale do czasu sekularyzacji w 1810 roku znajdowały się w bibliotece klasztornej w Krzeszowie.

 

Organy też grały, o czym informuje XVII-wieczna kronika śląskiego dziejopisarza Ephraima Nasona. Kronikarz zapisał informację o groźnym pożarze wywołanym w 1633 roku przez stacjonujące na terenie opactwa krzeszowskiego wojska szwedzkie. Ogień na szczęście nie strawił organów, które uchodziły za najlepsze na terenie księstwa świdnicko-jaworskiego. Zostały przekazane parafii pw. Świętych Piotra i Pawła w Kamiennej Górze wiosną 1728 roku, przed wyburzeniem dawnej krzeszowskiej świątyni opackiej.

 

Warto też zajrzeć do drugiego kościoła cysterskiego opactwa, pw. św. Józefa, który ma organy starsze od Englerowskich. Mało kto zwraca uwagę na instrument, bo cała architektura kościoła została podporządkowana sztuce malarskiej. W kaplicach zrezygnowano nawet z okien, aby polichromie Michaela Willmanna, „śląskiego Rembrandta” (cykl opowiadający o genealogii i dziejach Świętej Rodziny), efektowniej wyglądały.

 

Organy są niewielkie, pięćset piszczałek i dziesięć głosów. Wybudowane w 1695 roku przez Jakoba Ulricha z Hartau na Łużycach, przebudowane w 1841 roku przez Johanna Liesera, a w 1874 roku wyremontowane przez Schlaga, mają ładny prospekt. Anioły z lutnią i gitarą wyglądają tak, jakby dopiero skończyły nagrywać Saint Amour. Muzyka tu nigdy nie milknie. 

.