Wydanie: MWM 07/2017

Zwykły człowiek John Coltrane

Article_more
Podobno ktoś pokazał Johnowi Coltrane’owi jego własne improwizacje, spisane nuta po nucie. Saksofonista spojrzał na papier i odparł, że to niemożliwe, bo on takich trudnych rzeczy nie gra.

Tej anegdoty nie ma w książce Coltrane według Coltrane’a i może taka sytuacja wcale nie miała miejsca. Ale jeśli nawet, to trzeba zaliczyć ją do kategorii „prawdziwych zmyśleń”, bo wizerunek Coltrane’a wynikający z tej krótkiej historii zgadza się z tym, jaki wyłania się z zebranych na kilkuset stronach rozmów z lat 1952–1967.

 

Aby oddać jego status w jazzowym panteonie, próbuję porównać go do któregoś z najważniejszych kompozytorów klasycznych w rodzaju Bacha czy Beethovena, ale uświadamiam sobie, że jego wpływ na muzykę jazzową jest prawdopodobnie większy niż którejkolwiek z tych pomnikowych postaci na klasykę. I był to wpływ tak głęboki, że aż niszczący – co oczywiście nie było już winą samego Coltrane’a. Znane są przypadki saksofonistów, którzy przestali grać, gdy spróbowali zmierzyć się na poważnie z twórczością Johna Coltrane’a. Znane są przypadki muzyków, którzy przestali słuchać jego płyt, aby uniknąć nie tyle coltrane’owskich naleciałości, ale wręcz „myślenia Coltrane’em”.

 

Nie wszyscy postrzegają problem w ten sam sposób: kiedy w 1997 roku znakomity skądinąd saksofonista Piotr Baron wydał album Blue Rain (tak w tytule, jak w treści będący wyraźnym nawiązaniem do Coltrane’a), zbliżył się do pierwowzoru tak bardzo, że recenzent magazynu „Jazz Forum” nazwał go „Baronem von Coltrane” – co polski saksofonista poczytał sobie zresztą za komplement, nie obrazę. Pewnie, kopiuje się na potęgę również wybitnych pianistów i trębaczy, ale kiedy Wallace Roney wkroczył na scenę, imitując ton Milesa Davisa, nawet zwolennicy jazzowej klasyki odczuli pewne zażenowanie. „Granie Coltrane’em” traktowane jest inaczej – nie tylko można, ale i trzeba. Bądźmy zatem szczerzy – nawet gdyby to, co pięćdziesiąt lat temu mówił dziennikarzom John Coltrane, było zupełnie pozbawione sensu, płytkie albo śmiertelnie nudne, miłośnicy jazzu przeczytają ten niemal kompletny zbiór wywiadów z amerykańskim saksofonistą z wypiekami na twarzy. Pytanie – czy można znaleźć w nim klucz do wielkości artysty?

 

Recenzenci książki dziwią się rozdźwiękowi między Coltrane’em-saksofonistą: gwałtownym i atletycznym, a Coltrane’em-rozmówcą: wyciszonym i grzecznym. Ja dziwię się ich zdziwieniu, i to podwójnie: że Coltrane na scenie był wulkanem, a poza nią zachowywał się spokojnie, wiadomo nie od dziś; podkreślał to każdy jego rozmówca w czasach, kiedy nie było to jeszcze oczywiste. Ale nawet jeśli ktoś o saksofoniście wiedział do tej pory stosunkowo mało, szukanie w muzyce odbicia cech osobowościowych (i na odwrót) jest może i kuszące, ale wywodzi nas na grząskie tereny taniej psychologii muzyki. Jakkolwiek można słusznie zapytać, gdzie jak nie w spontanicznej, intuicyjnej improwizacji życiowe „ja” łączy się z muzycznym „ja” artysty najnaturalniej i najgłębiej? Sam Coltrane daje nam w tej kwestii sprzeczne wskazówki – w znanej odpowiedzi na zarzuty gry „wściekłej i agresywnej” mówi, że jeżeli na kogokolwiek jest wściekły, to na samego siebie, bo nie gra wystarczająco dobrze. Pytany zaś o to, gdzie będzie poszukiwał w najbliższej przyszłości źródeł inspiracji, odpowiada: „W sobie”. Artystyczny narcyzm? Nie w tym przypadku.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.