Wydanie: MWM 09/2017

Czwarta Wratislavia z Gardinerem

Article_more
Za co kochamy sir Johna Eliota Gardinera? Za to, że wielkim dyrygentem jest. I wielu to wystarcza, nie trzeba tłumaczyć zachwytu ani fascynacji. Na czym polega fenomen jednego z najwybitniejszych dyrygentów na świecie?

Pod okiem Bacha
W 1981 roku Gardiner przyjechał do Wrocławia na Wratislavię Cantans. „Miałem wrażenie, że byłem tu wcześniej” – wspominał po latach, przy okazji kolejnego wrocławskiego pobytu. We Wrocławiu/Breslau urodził się dziadek maestra, późniejszy muzyk i wiedeńczyk. Ale to nie wszystko. Pewna rodzina z Breslau, o nazwisku Jenke, przybyła do Anglii w połowie lat trzydziestych XX wieku. W ich bagażu znajdował się portret Johanna Sebastiana Bacha namalowany przez Eliasa Gottloba Haussmanna. Portret zostawiony przez Bacha synowi Carlowi Philippowi Emanuelowi. Państwo Jenke przekazali obraz na przechowanie ojcu Gardinera. „Do początku lat pięćdziesiątych przechodziłem obok tego portretu każdego dnia swojego życia, oczywiście od momentu, kiedy nauczyłem się chodzić. Mogę powiedzieć, że dorastałem pod okiem Bacha”.

 

Co ciekawe, dzieło mistrza z Lipska sir John wykonał we Wrocławiu dopiero w 2016 roku, podczas swej trzeciej Wratislavii. Zmogła go wtedy grypa, więc po pierwszej części Pasji Mateuszowej oddał pole asystentowi.

 

Muzyka różnych niebios
Cztery lata temu pojawiło się na rynku wydawniczym niezwykłe studium twórczości (i charakteru) Bacha pióra sir Johna Eliota Gardinera. Muzyka w zamku niebios to bardzo humanistyczne podejście do kompozytora, którego dzieło autor rozumie przez pryzmat niełatwych doświadczeń bohatera, zwłaszcza niesprawiedliwości, z jaką się spotkał, przez nierzadkie w życiu Bacha emocje – gniew, smutek i zwątpienie – oraz poczucie własnej wartości, bycia wybranym. Gardiner sam może czuć się wybrańcem losu, a legendarna już anegdota o dzieciństwie pod okiem Bacha to element większej całości. Sprzedany na aukcji obraz znalazł się w Princeton, w stanie New Jersey, by niedawno powrócić do Lipska, gdzie przechowywany jest w Archiwum Bachowskim, któremu przewodniczy… Gardiner. Do historii muzyki przeszło też słynne przedsięwzięcie wykonania w jednym roku (dwieście pięćdziesiąt lat po śmierci kompozytora) wszystkich kantat Bacha. Dziś owocem tego śmiałego pielgrzymowania jest pięćdziesiąt sześć płyt, stanowiących zaledwie piątą część dyskografii dyrygenta.

 

„Kiedy współpracowałem z Deutsche Grammophon – mówi Gardiner – zajmowałem się również Händlem, Purcellem, symfoniami Beethovena i Schumanna. W okresie współpracy z Philipsem nagrywałem Berlioza czy Mozarta. I nigdy nie chodziło mi o chronologię, szukałem kontrastu, muzyki różnych epok. Świeżość pochodzi z odmiany”.

Lepiej niż przedtem
John Eliot Gardiner zawsze otoczony był muzyką, w jego rodzinnym domu królował śpiew, choć pierwsze kierunki jego studiów to historia i arabistyka. Warto przypomnieć, że dziadek ze strony ojca, sir Alan Henderson, był uznanym egiptologiem, odnotowywanym w dzisiejszych encyklopediach, a ojciec – Rolf – zajmował się między innymi brytyjskim folklorem. To od niego syn przejął zamiłowanie do wiejskiego życia. Na farmie w Springhead w hrabstwie Dorset, założonej zresztą przez innego sławnego Gardinera – kompozytora Henry’ego Balfoura, sir John chętnie spędza wolne (od muzyki) chwile. Jako rolnik wyznaje: „Moim zadaniem jest pozostawienie ziemi w lepszej kondycji, niż ta, w której ją zastałem. Jeśli sadzi się drzewa, powinno się posadzić dwa razy więcej, niż się wycięło. To ulepszanie stanu środowiska, ziemi, którą się zamieszkuje lub uprawia jako dzierżawca”.

 

Gdyby w powyższej wypowiedzi podmienić słowo „ziemia” na słowo „muzyka”, usłyszelibyśmy pewnie artystyczne credo dyrygenta będącego jednym z tych, którzy odmienili rozumienie tzw. muzyki dawnej, zbliżając się do stylu wykonań z epok pochodzenia utworów.

 

Dźwięki przełomów
Z jednej strony rolnicze przywiązanie do natury i odwiecznego cyklu pór roku, z drugiej jednak – rewolucja wyznaczają pole działalności twórczej Gardinera. Uwielbia malarstwo Goi, w symfoniach Beethovena (nagrał je wszystkie) słyszy dźwięki rewolucji, zwłaszcza w Eroice, Piątej i Siódmej. „One mają mnóstwo politycznego przesłania – przekonuje maestro. – Jest tam ów Zeitgeist, duch czasu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Beethoven w wielu aspektach był radykałem, to go stymulowało. Ale to tylko jedno jego oblicze obok konserwatywnego, nacjonalistycznego. Uważam, że w okresie rewolucyjnym ekscytuje prawdziwiej, mocniej”.

 

Poproszony kiedyś w ankiecie „Guardiana” o wybór ulubionego filmu, wskazał bez wahania: „To Mój kuzyn Vinny – sprawia, że umieram ze śmiechu”. I właśnie tę twarz sir Johna Eliota Gardinera, prywatne, szczere i uśmiechnięte oblicze profesjonalisty, znamy we Wrocławiu, choć pojawiają się głosy współpracujących z nim muzyków, że potrafi być wymagający, narzucający rygor. Dla niego osobiście przełomem było poprowadzenie chóru King’s College Chapel. Doskonale swój debiut pamięta: 4 marca 1964 roku, godzina 16:10. Ma dwadzieścia jeden lat, dyryguje Nieszporami Monteverdiego. Za chwilę założy Monteverdi Choir, dekadę później – English Baroque Soloists, pod koniec lat osiemdziesiątych – Orchestre Révolutionnaire et Romantique. A Monteverdim – nazywa go „Szekspirem muzyki” – zachwycił się, gdy do letniej szkoły w Bryanston, na zaproszenie jej szefa Williama Glocka, przyjechała Nadia Boulanger. Mały John nie miał jeszcze dziesięciu lat, gdy śpiewał madrygały w chórze pod dyrekcją swej późniejszej mentorki. Podczas 52. Wratislavii Cantans pod kierownictwem wielkiego Gardinera usłyszymy Powrót Ulissesa do ojczyzny. Dwukrotnie.