Siła muzyki, moc słowa

Article_more
Co ważniejsze – słowo czy muzyka? Nie próbujcie tego problemu rozstrzygać w czasie burzy. W jeleniogórskim Kościele Łaski najważniejsze są organy, ale i największą moc okazało słowo.

Pięćset lat temu augustiański mnich Marcin Luter zawiesił na drzwiach kościoła w Wittenberdze dziewięćdziesiąt pięć tez o handlu odpustami i istocie pokuty, zapoczątkowując rewolucję kulturową, która objęła całą Europę. Śląsk ogarnęła religijna gorączka. Już dwa tygodnie później wrocławska elita poznała tezy Lutra i rozpoczęła gorącą dyskusję na ich temat. Reformacja zmieniała relację człowieka do Boga, Kościoła i zwierzchności.

 

Musiało oczywiście minąć kilka lat, zanim wrocławscy mieszczanie przekonali się do nowej konfesji – dopiero 25 października 1523 roku doktor Johann Hess odprawił w kościele Marii Magdaleny nabożeństwo ewangelickie. W głoszeniu idei Lutra śląską metropolię wyprzedził Nowy Kościół koło Złotoryi, gdzie wiosną 1518 roku wystąpił uczeń reformatora, Melchior Hoffmann. W tym samym roku nabożeństwo ewangelickie odprawiono także w Lubomierzu i Szklarskiej Porębie. Ale po wrocławskim wystąpieniu Hessa już było wiadomo, że tych zmian nie da się odwrócić, choć Śląsk pozostawał pod władzą Habsburgów, odpornych na wszelkie nowinki religijne.

 

Ówczesny biskup wrocławski Johann Turzon nie był w stanie zdusić ducha buntu, bo problemów wewnątrz Kościoła – tysiąc trzysta dwadzieścia osiem parafii, tysiąc dwustu księży, około tysiąca kleryków i ponad sto klasztorów – miał co niemiara. Z kanonikami, którzy zbytnio afiszowali się z uczuciami do niewiast i związki partnerskie popierali. Z proboszczem, który chłopu uwiódł córkę. Z księdzem, który siódmego przykazania szanować nie chciał i do bandy rabusiów przystał. Z zakonnikami, co wesołe uczty w jeszcze weselszym towarzystwie przedkładali nad ascezę pustelników. Z augustianami, którzy zafundowali sobie w kościele św. Doroty obraz maryjny płaczący prawdziwymi łzami.

 

Nie wiadomo, czy nakazy, „aby kobiet w domu nie trzymać, do karczem nie chodzić, nie pić, w karty i kości nie grać, nie nosić szat kusych, pstrokatych, bez zapięcia, guzików, klamer czy rozmaitych fałdowanych ze srebrem i złotem”, odnosiły jakiś skutek, ale wierni domagali się większych zmian.

 

Pojedynek na słowa
W religię wmieszała się polityka, wrocławscy mieszczanie pamiętali antagonizmy z Wyspą Tumską funkcjonującą jak państwo kościelne, kłócili się, kto ma rozstrzygać spory o niepłacenie dziesięciny, walczyli o patronat nad kościołami miejskimi i sprzeciwiali się nakładaniu kar kościelnych, takich jak ekskomunika czy odmowa pochówku, na dłużników Kościoła. Doprowadziło to do powstania we Wrocławiu tzw. partii luterańskiej, której członkami byli reprezentanci władz miejskich. Pod bokiem biskupa rezydującego na Ostrowie Tumskim protestancka rada zakazała w 1526 roku wykładania Słowa Bożego przez osoby, które uznała za niepowołane.

 

Zwolennicy nowego porządku kościelnego spotykali się z katolikami na teologicznych dysputach. Taką właśnie dyskusję Johann Hess poprowadził w kwietniu 1524 roku w kościele augustianów pw. św. Doroty. Trudno było znaleźć kandydata do debaty ze strony zwolenników „starych porządków”, bo brakowało dobrze wykształconych teologów umiejących publicznie występować, dlatego kapituła katedralna i biskup wrocławski wycofali się z tego przedsięwzięcia rakiem. Sama dysputa się jednak odbyła, choć miała na poły prywatny charakter. Wzięli w niej udział dominikanie od św. Wojciecha, wspomagani przez posiłki ze Świdnicy, oraz Hess ze swoimi zwolennikami. Kilka dni gorących sporów i Hess uroczyście proklamował tezy zgodne z nową konfesją ewangelicką.

 

Najważniejszymi świątyniami wrocławskich ewangelików były dwie średniowieczne fary miejskie: Elżbieta i Maria Magdalena. Warto pamiętać, że nie usunięto z nich gotyckich ołtarzy z figurami świętych, zachowano kamienne rzeźby Marii z Dzieciątkiem. Owszem, reformacja odrzuciła kult świętych, ale wrocławscy luteranie pamiętali część historii Wrocławia i ich rodów. Modliły się tu pokolenia wrocławian i ich potomkowie to uszanowali.

 

Kto śpiewa, podwójnie się modli
W innych miastach Śląska było podobnie – wygląd kościołów zmieniał się powoli, chyba że budowano świątynie od postaw. Wprawdzie w pismach Lutra i innych reformatorów nie ma wskazówek, jak powinien wyglądać dom modlitwy, ale stawiano na funkcjonalność. Wierni mieli dobrze słyszeć Słowo Boże głoszone z ambon i śpiewem chwalić Stwórcę, bo „kto śpiewa, podwójnie się modli”. Muzykę traktowano jako „przedsmak życia wiecznego”, jedyną dziedzinę sztuki, w której wyraża się transcendencja, dar Boży. W protestanckich kościołach Śląska budowano wspaniałe organy i zapewniano im poczesne miejsce. Ale nigdzie nie zostały tak wyróżnione, jak w jeleniogórskim Kościele Łaski.

 

Został zbudowany w latach 1709–1718 i ma polityczny rodowód. Śląscy luteranie dostali od katolickiego cesarza Józefa I Habsburga prawo do postawienia sześciu Kościołów Łaski – w Kożuchowie, Miliczu, Żaganiu, Cieszynie, Jeleniej Górze i Kamiennej Górze – dzięki interwencji króla szwedzkiego Karola XII. Poprosili go o opiekę, gdy maszerował z wojskiem przez Śląsk do Saksonii, żeby rozgromić elektora saskiego i jednocześnie króla polskiego Augusta II Mocnego. Nie zapomniał o tych suplikach i podpisując w 1707 roku ugodę altransztadzką z cesarzem Józefem, wymógł zwrot stu dwudziestu jeden protestanckich kościołów, a dwa lata później prawo do postawienia Kościołów Łaski.

 

Katolicki władca podkreślał – wbrew faktom – że jego zgoda na budowę świątyń nie została wymuszona, tylko jest dowodem cesarskiej łaski. Mieszkańcy musieli się zrewanżować Habsburgowi darem w wysokości trzech tysięcy dukatów w gotówce i bezzwrotną pożyczką w wysokości stu tysięcy guldenów. Zaś król szwedzki Karol XII dostał za skuteczną interwencję dwieście tysięcy guldenów. Nawet jego negocjator, komisarz do spraw wyznaniowych baron von Strahlenheim, otrzymał swoją działkę – dwadzieścia tysięcy guldenów. Kilka kościołów można by za taką górę pieniędzy wybudować, ale wielka łaska nigdy nie jest tania.

 

Kazanie ściągające pioruny
Kościół w Jeleniej Górze został zaprojektowany przez Martina Frantza z Tallina, przypomina kościół pw. św. Katarzyny w Sztokholmie, dzieło tego samego architekta. Ma niemal kompletne wyposażenie. Zaskakuje ogromem, posiada cztery tysiące miejsc siedzących dzięki trzem piętrom empor, zdobionych scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Ale najbardziej zadziwia wtopiony w ołtarz główny prospekt organowy ze wspaniałym instrumentem, zbudowanym przez organmistrza Michaela Rödera z Berlina. Jest punktem centralnym świątyni.

 

Protestanci na Śląsku, w przeciwieństwie do sąsiadów z Saksonii, nie umieszczali wcześniej organów po stronie ołtarza (wyjątkiem był świdnicki Kościół Pokoju, ale były to drugie w świątyni, małe organy), lecz fundator instrumentu, kupiec Christian Mentzel, był nieugięty. Dyskusja trwała prawie trzy lata, pastorzy argumentowali, że „nie muzyka instrumentalna, lecz serce dźwięczy w uchu Boga”, przekonywali, że katolicy przenigdy by nie zastawili najświętszego miejsca organami, lecz Mentzel postawił na swoim. Zagroził, że inaczej anuluje fundację.

 

Imponująca siła muzyki, ale słowo okazało jednak większą moc, czego dowodem jest ambona Kościoła Łaski. Ufundował ją urodzony w Jeleniej Górze kupiec ze Zgorzelca, Melchior Bärthold. Została wyrzeźbiona z jednego bloku piaskowca i zwieńczona ośmiobocznym drewnianym baldachimem z rzeźbionymi figurami Apostołów. 1 sierpnia 1745 roku miejscowy pastor Gottlob Adolph wygłaszał z niej kazanie, prosząc podobno Stwórcę o przemianę ludzkich serc siłą rażenia pioruna. Nad miastem rozpętała się burza, piorun uderzył w wieżę kościoła i przedostał się do wnętrza po metalowym pręcie podtrzymującym zwieńczenie ambony. Kaznodzieja padł rażony prądem, a wierni rzucili się do ucieczki.

 

Tak niecodzienne okoliczności śmierci mogłyby sugerować, że sześćdziesięciodziewięcioletni pastor, ojciec dziewięciorga dzieci i dziadek sześciorga wnucząt, miał na sumieniu grzechy wołające o pomstę do Nieba. Ale duszpasterz został pochowany przy wejściu do zakrystii i upamiętniony okazałym epitafium, na którym wyryto sylwetkę pastora na ambonie i uderzający w niego piorun oraz pochwalną inskrypcję: „Jelenia Góro! Nie zapomnij swojego nauczyciela i Jego słów”. 

.