Wydanie: MWM 09/2017

Totalne wyjście masek w Zawara

Article_more
Z czym kojarzą się nam maski w Afryce? Bardzo często w pierwszej kolejności z czarną magią, zaklinaniem złego, rzucaniem czarów, z tajemnicą, której biały człowiek się lęka.

Tymczasem maski w Afryce Zachodniej to także, a nawet przede wszystkim, bohater spektaklu rytualnego, i to totalnego, a więc takiego, w którym miejsce jest zarówno dla tańca, jak i muzyki oraz poezji; który jest zwieńczeniem roli maski opiekuńczej w afrykańskich religiach animistycznych. Maska opiekuńcza to zarazem maska metamorfozy, ale nie tej strasznej i niezrozumiałej, a tej, która w religii animistycznej staje się udziałem bóstw sprawujących pieczę nad życiem Afrykanina.

 

Maska wciela najważniejsze wartości i chroni tożsamość Afrykanina. Jest podobnie jak słowo i muzyka podstawowym elementem wielowiekowej tradycji oralnej, na której opiera się kultura i historia Afryki. Owa tradycja jest zapisana w symbolach umieszczonych na maskach i w niemożliwości ich oddzielenia od muzyki, śpiewu, tańca, które współgrają podczas ceremonii sakralnych.

 

Między żywymi a duchami

Fascynacja maską zaczęła się u mnie za sprawą podróży do wioski Zawara z dwoma przyjaciółmi, Amadou Bourou i Abdoulaye Dao, znanymi w Burkina Faso artystami filmowymi i teatralnymi. Wioska owa leży w centrum regionu Wielkich Masek, gdzie wciąż

żywy jest kult tańczących masek. Uprawiają go ludy wyznające animizm, jak Bwaba, Bobo, Mossi, Gurunsi, Kurumba. To zachodnio-południowa część kraju, na obszarze od Bobo-Dioulasso po Boromo, niezwykle malownicza krajobrazowo, bo jest tu i sawanna, i busz.

W Zawara mieszka lud Nuna należący do znacznie większej rodziny Gurunsi, wciąż silnie przywiązany do swojej starej tradycji, gdzie maska jest mediatorem między światem żywych a światem duchów przodków i podlega różnym funkcjom sakralnym i społecznym – od inicjacji po zabawianie ludzi w dniu targowym.

 

Zobaczyć, jak maski ludu Nuna ożywają w tańcu, wychodząc do rytualnych zdarzeń, jest szczytem szczęścia dla miłośnika kultury afrykańskiej. Maski są piękne, to dzieła sztuki, zoomorficzne lub o formach abstrakcyjnych, łączących wizerunki zwierząt i ludzi, tworzone z drewna. Stają się kompletne, gdy tancerz przywdziewa strój i rytualne akcesoria, zdając się istotą nie z tego świata, prowadzoną w układach, których pozazdrościć mógłby każdy choreograf modern dance, przez muzyków grających na – wydawałoby się – skromnych instrumentach tradycyjnych, jak flety, długie bębny, piszczałki i grzechotki.

 

W tych okolicach nie ma przejawów cepeliowskich oszustw dla turysty, to autentyczna kultura, w małym zaledwie ułamku dostępna dla obcego, bo jest kulturą sekretną, dla wtajemniczonych, tylko dla swoich. Ale jednak w pewnym stopniu dostępną każdemu, kto wyposażony jest w znajomość języka francuskiego i przyjaciół, którzy z tej kultury się wywodzą. Ów ułamek niezwykłej, starej kultury staje się wówczas dla nas objawieniem. Jak stał się dla mnie pewnego dnia, gdy nawet nie wyszły jeszcze do mnie same maski, jako że ich wyjście w przestrzeń publiczną obwarowane jest wieloma zastrzeżeniami, przede wszystkim tymi związanymi z czasem (rok i pora roku).

 

Muzyka, taniec i słowo

Do Zawara przyjechałam w konkretnym celu – wrocławski Brave Festiwal, prezentujący ginące kultury świata (notabene w roku 2017 nie odbył się on z powodu braku finansów!), poprosił mnie o znalezienie interesującej propozycji, którą można by do Wrocławia sprowadzić. Po trzech latach od spotkania z ludźmi z Zawara udało się zaprosić tancerzy masek do Wrocławia, ale nie o tym tu teraz mowa.

 

Moje objawienie odbyło się więc najpierw bez masek – wyszli na wioskowy plac tancerze i muzycy. Nim w rok później obejrzałam ów rytualny spektakl, podarowano mi wpierw fragment, próbę jakby. Oniemiałam i ja, i moi przyjaciele, którzy są już ludźmi miasta i dyscyplin sztuki nowoczesnej, więc tradycji nie zażywają na co dzień jak haustu powietrza. Dowiedziałam się wówczas, że najważniejszym rytuałem, w którym uczestniczą maski, jest inicjacja chłopców, jakiej nikt poza inicjowanymi i instruktorami zobaczyć rzecz jasna nie może, ale na zakończenie owego obrzędu przejścia odbywa się społeczne święto wyjścia masek do wioski. Trwa ono kilka dni i właśnie wtedy oglądamy niezwykły spektakl, którego sceną jest publiczna przestrzeń, a sacrum i profanum spotykają się i przeplatają w sposób naturalny, poprzez sztukę i ludzkie emocje, poprzez aktorów, czyli tancerzy masek, wcielających bóstwa, poprzez muzyków i mistrza ceremonii, odpowiedzialnych za realizację scenariusza, jak i widownię, czyli wioskową społeczność. 

Dramatyzm wyjścia masek, składającego się, jak przystało na spektakl, z wielu elementów scenicznych, wynika ze sposobu zorganizowania całości, w którym wyraźnie uwypukla się współzależność muzyki, ruchu, poezji i mitu. Przy czym słowo nie jest wypowiedziane głosem, a zapisane w pamięci ludzi i na maskach obarczonych wieloma symbolami czytelnymi dla ludu Nuna.

 

Siły natury

Maski przychodzą z buszu, jako że bóstwa opiekuńcze tam właśnie mieszkają – to słońce i zwierzęta. Cykliczne spotkanie masek z wioską obwieszczają nam posłańcy – muzycy. W tym momencie zaczyna się realizacja tekstu scenicznego, jakim jest mit. Znają go wszyscy. To opowieść o pierwszej masce Su, która przyszła do Nuna, a którą podarował im ich nadrzędny bóg Yi. Su to duch wszystkich masek, których kult Nuna wyznają. Su jest duchem, który zamieszkuje maskę i który posiada moc potrzebną człowiekowi. To fetysz i bóstwo w jednym, najlepsze, co bóg mógł ofiarować społeczności. Su utożsamiany jest z próbą odświeżenia – za pośrednictwem magii masek – sił pochodzących z buszu, czyli z natury, od których zależy życie ludzi. I dlatego maski podczas rytuału wychodzą właśnie z buszu. Pierwsza scena mitu opowiada o tym, jak Su objawiło się ludziom. Maskę ujrzał chłopiec pracujący na polu ojca, gdy zeszła z nieba i zaczęła tańczyć. Pobiegł opowiedzieć o tym dziwnym zdarzeniu ojcu, a ten nakazał mu sprowadzić maskę do wioski. I tak dzieje się w trakcie pierwszych chwil święta wyjścia masek. Muzycy sprowadzają maski do wioski za sprawą gry, najpierw tylko na flecie.

 

Potem tam-tamy obwieszczają czas świętowania dobrego połączenia sacrum z profanum, wieśniaków z bóstwami i z przodkami. Widzowie czekają teraz na ewolucję dramaturgii widowiska. Najpierw podziwiają formy, jakie na co dzień nie są obecne w ich egzystencji. A więc bogactwo masek, które mają swoje kształty i imiona, mówiące często o doświadczeniach życiowych ludzi. „Cierpienie jest dobrym doradcą”, „Niedyskrecja jest złem”, „Choroba jest moim wrogiem”, „Przyjaźń jest wspaniałą rzeczą”. A na przykład maska o imieniu „Kobieta oczekująca dziecka” otaczana jest wielkim szacunkiem ze względu na wartość aktu przedłużania istnienia ludu i podkreśla wagę pierwiastków żeńskich.

 

Widzowie oglądają uważnie wielobarwne kostiumy podobne zwierzęcym szatom, których kolory, tak jak i na maskach, niosą treści. Kolor czerwony, nansu, jest najważniejszy, związany ze słońcem, ogniem i krwią, oznacza siłę i życie. Kolor czarny, nazonu, należy do nocy, ciemności, cienia, i oznacza śmierć oraz zło. Kolor biały, nampo, reprezentuje światło dnia oraz kolor bogów i wskazuje na pozytywne aspekty rzeczy i spraw.

 

Maski i ludzie

Potem wyruszają za maskami w korowód wokół wsi. Wsłuchują się w muzyczne poematy, w których zawiera się opowieść o wszystkich etapach mitu. Czytają też zapisy symboliczne na maskach, odnoszące się nie tylko do mitu, ale i do dnia codziennego, charakterów ludzkich i do etyki, bowiem maski są także narzędziem rozpoznawania granicy między cnotą a występkiem, wizualnym odpowiednikiem alegorii, przysłów, zapisem kodeksu wartości.

Święto trwa, maski zaczną też wkrótce tańczyć prowadzone przez muzykę i mistrza ceremonii opowiadając o wszystkim, co powyżej, za sprawą ruchu. Maska nigdy nie wyraża się werbalnie, środkiem przekazu staje się ciało tancerza, które opowiada zarówno o zdarzeniach boskich, z przeszłości, jak i o codziennych.

 

Układy choreograficzne wynikają z muzyki, głosów poszczególnych instrumentów antycypujących dramaturgię kolejnych elementów widowiska. Nad organizacją całej sceny wioskowej podczas święta czuwa w zupełnym milczeniu, niczym się niewyróżniający, podobny innym wieśniakom, mistrz ceremonii. Czuwa także nad interakcjami między aktorami a widzami, bo widzowie także włączają się do tańca (nawet pożyczając od masek kije, które tancerzom pomagają wykonywać skomplikowane akrobatycznie ewolucje) lub do zabawy – maski na przykład straszą ludzi, ganiając za nimi pół żartem, pół serio po placu, i są też momenty takie, jak uleczanie dzieci przez maski.

 

Szczególnie oczekiwanymi elementami choreografii są indywidualne popisy tancerzy, których w spektaklu bierze udział nawet i trzydziestu, i czterdziestu. Te popisy znów mówią ludziom i o wydarzeniach przeszłych, mitycznych, i o codzienności, także tej związanej z imieniem maski. Przekazy wspomagane są przez muzyków i przez treść, jaką niosą znaki oraz kolory na masce.

 

*****

 

I tak po trzech wyczerpujących dniach święto skłania się ku końcowi, a ja ku refleksji, iż wyjście masek w wiosce Zawara jest kompletnym przeżyciem artystycznym bez względu na to, jak wypadnie analiza udziału poszczególnych elementów ekspresji, od muzyki po choreografię i znak, który jest słowem w specyficznej kulturze oralnej ludu Nuna, i że wyłania się z owej niezwykłej rytualnej kompozycji rzecz najważniejsza. Taniec masek zawiera w sobie spotkanie ludzi, moment wspólnie przeżywanych emocji i jest wielkim świętem w każdym wymiarze: świętym i nie świętym, bez względu na to, jak odbiera je widz pochodzący z tamtego obszaru kulturowego oraz tak obcy laik jak ja. Zbliża nas do siebie sztuka i skłania do wspólnej ekspresji, jaką okazuje się ożywcza i oczyszczająca zabawa. Ja tam byłam i też tańczyłam, porywając kijki masce!