Wydanie: MWM 10/2017

Kucharze dźwięków

Joseph Swensen – wywiad
Article_more
Pracę z orkiestrami porównuję do gotowania: każda osoba przynosi własne składniki do mojej kuchni i gotujemy razem. Każdy zespół tworzy inny smak. Leopoldinum jest jedną z niewielu orkiestr, z którymi zawsze powstaje coś smakującego absolutnie fantastycznie.

Joanna Michalska: Na swoim profilu na Facebooku napisał maestro, że zakochał się w orkiestrze Leopoldinum od pierwszego wejrzenia. Co takiego ma w sobie ten zespół?
Joseph Swensen:
Lubię porównywać pierwszą próbę z orkiestrą do randki w ciemno. Obie strony po pierwszych dwóch, trzech minutach wiedzą, czy istnieje szansa na porozumienie. Z orkiestrą i dyrygentem jest podobnie, jednak musimy spędzić jeszcze cały tydzień na wspólnych próbach, niezależnie od tego, co poczuliśmy na początku. Gdy trafiam na zespół, z którym jest mi dobrze i po dwóch minutach, i przez następne kilka dni, taki stan bardzo przypomina zakochanie.

Napisał pan także, że Leopoldinum to orkiestra o najbardziej wyjątkowym brzemieniu, jakie pan słyszał. Na czym polega ta niezwykłość?
Na połączeniu przeciwności. W ich brzmieniu wielkie wyrafinowanie i wysoki poziom techniki gry łączą się z ogromną, wręcz dziką pasją i emocjami. Kombinacja tych dwóch ekstremów jest konieczna w muzyce, a niezwykle rzadka wśród wykonawców. To cecha muzyki największych kompozytorów, na przykład Beethovena, który miał wiele kunsztu i umiejętności, ale jednocześnie posiadał niemal pierwotną, intuicyjną umiejętność wyrażania emocji. Pracę z orkiestrami porównuję także do gotowania: każda osoba przynosi własne składniki do mojej kuchni i gotujemy razem. Każdy zespół tworzy inny smak. Leopoldinum jest jedną z niewielu orkiestr, z którymi zawsze powstaje coś smakującego absolutnie fantastycznie.

Jakie składniki pan wniesie podczas swojej kadencji?
Będę kontynuował analogię do związków osobistych. Jest wielkim błędem pobierać się, mając w głowie plan zmiany współmałżonka na kogoś bliższego własnemu ideałowi. Tak samo jest w pracy dyrygenta z orkiestrą. Jednakże każda relacja musi się rozwijać, aby związek był szczęśliwy. Dla mnie w prywatnych związkach i w pracy z orkiestrami, w tym z Leopoldinum, najważniejsza jest ciągła możliwość bycia inspirowanym i inspirowania. Kiedy eksplorujemy razem to, co interesuje tę drugą stronę, nawzajem się inspirujemy. A gdy ludzie się wzajemnie inspirują, są szczęśliwi. Nie mogę doczekać się wspólnych poszukiwań z Leopoldinum, bo myślę, że dla nich i dla mnie będą one naprawdę ekscytujące. Oczywiście mam pomysły na repertuar ­– co mnie ciekawi, można sprawdzić, przeglądając program sezonu, ale cały czas rozmawiam z członkami orkiestry, żeby dowiedzieć się, co ich interesuje. Nawet jeśli to ja podejmuję ostateczną decyzję, stawiam na pierwszym miejscu naszą relację. Nie umiem zatem odpowiedzieć na pytanie o moją wizję Leopoldinum.

Jednak ma pan pomysły na wspólne nagrania, plany są już powzięte.
Zrealizujemy po jednym albumie na koniec każdego sezonu w trakcie mojej kadencji. Przy pierwszej płycie, nagrywanej w czerwcu, zaproszę orkiestrę do świata, który jest z osobistych przyczyn ważniejszy dla mnie niż dla nich. W przyszłości, mam nadzieję, będzie odwrotnie, na przykład wydamy polskich kompozytorów. Na pierwszym krążku znajdzie się moja kompozycja Shizue na orkiestrę smyczkową i shakuhachi (flet japoński), którą zagraliśmy w marcu. Poświęciłem ten utwór pamięci mojej cioci Shizue, siostry mojej mamy, która jako dziewiętnastolatka zginęła w wybuchu bomby atomowej. Mama mieszkająca już wtedy w Stanach, pochodziła z Japonii, a jej siostra studiowała w Hiroszimie. Można sobie wyobrazić ogromny paradoks w mojej głowie, bo ja jestem Amerykaninem, a moją krewną zabili Amerykanie. To rozdarcie było silnym bodźcem do komponowania. Na płycie zabrzmi też Requiem na smyczki Tōru Takemitsu, moim zdaniem najwybitniejszego japońskiego kompozytora muzyki klasycznej. Requiem z lat pięćdziesiątych jest inspirowane jego doświadczeniami z drugiej wojny światowej.

Kolejny utwór z pierwszego wspólnego albumu to I Kwartet smyczkowy Carla Nielsena zaaranżowany na pełną orkiestrę, z sekcją dętą, kotłami. Uważam ten utwór za fantastyczny, ale z kwartetami smyczkowymi jest problem, bo to gigantyczna literatura, szesnaście utworów Beethovena, dziesiątki Haydna i wiele, wiele innych, dlatego kompozycję Nielsena rzadko się wykonuje. Zorkiestrowałem to dzieło, aby ludzie bardziej je docenili.

Nielsen jako Duńczyk jest mi bliski, ponieważ łączą mnie silne związki z Kopenhagą i tamtejszym środowiskiem muzycznym, mam tam wielu przyjaciół. Mieszkałem w Danii ponad dwadzieścia lat, moi dwaj synowie, znakomity wiolonczelista i świetny altowiolista, są Duńczykami. Nielsen był skrzypkiem w Królewskiej Operze Duńskiej, w której gra matka moich dzieci. Zarejestrujemy też Romans na skrzypce i orkiestrę Norwega, Johana Svendsena, z którym nie jestem spokrewniony, mimo podobieństwa nazwisk i faktu, że rodzina mojego taty pochodzi z Norwegii. Kompozytor był dyrektorem orkiestry opery w Kopenhadze, w której grał Nielsen i to jemu Duńczyk zadedykował swój kwartet.

To fascynujące, ile jest powiązań między utworami na jednej płycie.
Irytuje mnie, że tak często nagrania i programy koncertów nie mają motywu przewodniego. Sam zawsze szukam ciekawego połączenia, weźmy mój pierwszy koncert z Leopoldinum w roli szefa orkiestry. Te Deum Arvo Pärta to muzyka religijna, przypominająca chorał gregoriański i śpiew cerkiewny. Wiara podejmuje refleksję nad znaczeniem życia i śmierci, niezwykle pozytywnie przedstawia życie po śmierci i koncepcję Raju. Pärt to kompozytor najwyższego rzędu, jak Mozart, nie myśli o sprawach doczesnych, jego muzyka nie należy do tego świata. Dmitrij Szostakowicz jest tak różny od Pärta, jak tylko kompozytorzy mogą być różni, szczególnie w kwestiach duchowości i religii. Jego XIV Symfonia to cykl pieśni do tekstów różnych poetów, wszystkie dotyczą śmierci. Szostakowicz nie przedstawia jej z perspektywy duchowej, skupia się na niesprawiedliwości, nienaturalności utraty życia przez opisane osoby. Tu dochodzimy do koncepcji zakładającej, że sztuka napawa otuchą, nawet jeśli jest tragiczna. Również przy bardzo nieszczęśliwym zakończeniu, jeśli historia została dobrze opowiedziana, jesteśmy uwzniośleni i nastawieni bardziej optymistycznie. Chciałbym przez tydzień prób z orkiestrą być uczestnikiem dyskusji na temat tego, jak to możliwe, że czujemy się tak samo pokrzepieni po wysłuchaniu Czternastej Szostakowicza, jak po wysłuchaniu Te Deum Pärta.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.