Wydanie: MWM 10/2017

Selfie z Chopinem

Article_more
„Choć brzmi to niewiarygodnie, możesz zrobić sobie zdjęcie z Fryderykiem Chopinem! Wirtualna postać kompozytora czeka na Ciebie między innymi w Ogrodzie Saskim, przy Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu czy w Łazienkach Królewskich. Pobierz bezpłatną aplikację SELFIE WITH CHOPIN, zrób zdjęcie i podziel się nim w mediach społecznościowych.”

Tak opisano program wchodzący w skład rozbudowanego projektu „Warszawa Chopina” autorstwa Stołecznego Biura Turystyki w porozumieniu z Uniwersytetem Warszawskim i Narodowym Instytutem Fryderyka Chopina. Aplikacja powstała już jakiś czas temu, niedawno jednak przypomniały nam o niej reklamy w środkach komunikacji miejskiej. W pierwszym odruchu nie zwróciliśmy na nie większej uwagi – ot, sezon ogórkowy, kanikuła i magnes na turystów. Po jakimś czasie jednak zaczęły do nas powracać w parze z rosnącą świadomością, że nie mamy bynajmniej do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, ograniczającym się do lata, ani lokalnym, odnoszącym się tylko do Warszawy, a może nawet niekoniecznie związanym tylko z samym Chopinem. I że zjawisko, o którym mowa, może zasługiwać na miano problemu.

 

Gdyby żył, toby pił

Weźmy spot reklamujący „Warszawę Chopina” (dostępny na YouTubie). Widać w nim studentów, na oko pierwszych lat, na wakacjach w Warszawie, w tle brzmi początek Ronda c-moll op. 1, do fortepianu jednak szybko przyłącza się perkusyjny beat, a melodia, wypierana przez remiks, zapętla się w samplach – jednym słowem: staje się taka… no, fajna. Studenci mają na twarzach uśmiechy. Dobra nasza! Udało się wcisnąć młodym ludziom muzykę Chopina tak, że nawet nie zauważyli. Zadanie edukacyjno-wychowawcze spełnione, pamięć o kompozytorze ocalona, dziedzictwo przechowane. Można odhaczyć parę punktów z wniosku o dofinansowanie. Czy aby na pewno?

 

„Gdyby Fryderyk Chopin żył w dzisiejszych czasach, miałby tysiące fanów na Facebooku i zapewne każdy chciałby zrobić sobie z nim selfie. […] Kompozytor, który przez dziesięć lat mieszkał i uczył się na naszym kampusie, już zawsze będzie po nim krążył i pozował do zdjęć” – dowiadujemy się z reklamy aplikacji na fanpage’u Uniwersytetu Warszawskiego. Może to truizm, ale tego rodzaju argumenty pojawiają się tak często, że warto by poświęcić im chwilę. Otóż trudno powiedzieć, czy miałby tysiące fanów złaknionych selfie – bo przykładanie kategorii typowych dla popkultury do czasów, w których ona nie istniała, istniały za to inne podziały społeczne, klasowe niż dziś, jest oczywistym anachronizmem.

 

Nie wiemy, czy gdyby Chopin urodził się XX wieku, to byłby kimś w stylu Piotra Rubika, czy Leszka Możdżera, czy Mieczysława Wajnberga, czy też bardziej Krzysztofa Pendereckiego. Czy byłby gwiazdą sacro-polo, kimś z pogranicza popu i klasyki, czy kompozytorem ambitnym i niszowym, czy też przebojowym i schlebiającym upodobaniom odbiorców do bombastycznych dzieł. Czy trafiłby na czasy trudne i wymagające najtrudniejszych wyborów, czy grzał się w miłym ciepełku okresu między wojnami i okupacjami. Nie wiadomo. Ale ideologia, i to jeszcze ukierunkowana promocyjnie, nie znosi wątpliwości, nawet jeśli wspominanie o Facebooku w kontekście Chopina jest nie bardziej sensowne i niż słynne „Gdyby Chopin jeszcze żył, toby pił” z III aktu Wesela Wyspiańskiego. O napojach wyskokowych w kontekście Chopina będzie jeszcze zresztą mowa.

 

Chopin na miarę naszych możliwości?

Instytucje zaangażowane w powstanie wspomnianego programu są poważne, bo i sprawa jest poważna. Niewiele w burzliwej historii Polski ostatnich stuleci jest pewników tak niewzruszonych jak geniusz „Frycka”. Niestety sposób, w jaki traktuje się to, co w związku z nim najważniejsze – czyli jego muzykę – jest znamienny dla całej masy akcji promocyjnych mających popularyzować spuściznę kompozytora, i ani UW, ani NIFC specjalnie nie grzeszą tu na tle innych podmiotów. Dzięki takim działaniom oraz dysfunkcyjnej edukacji muzycznej na poziomie szkół podstawowych Chopin może i jest sławny, ale mało znany. I to sławny coraz bardziej jak celebryta, w przypadku którego nie liczy się dorobek (realny lub nie), ale swoista marka, jaką stanowi jego wizerunek. A Chopinowi takich marek nie brakuje, choć trudno powiedzieć, by koniec końców na nich korzystał. Wśród produktów mających za patrona kompozytora z Żelazowej Woli są między innymi wódka (dostępna też w wersji trzy małpki w metalowym sercu), likier, czekoladki, herbata – jak nietrudno zauważyć, większość z nich mniej lub bardziej nadaje się do spożycia, a następnie wydalenia, niekiedy z pozostawieniem w organizmie paru gramów tłuszczu lub promili we krwi. Jest też oczywiście Lotnisko im. Chopina, żaglowiec „Chopin”, pociąg TLK „Chopin” – znak czasów, tudzież wygoda na miarę naszych możliwości.

 

Powodów, żeby zajmować się czymkolwiek związanym z Chopinem, byle nie jego muzyką, jest niemało. Dogodną drogą ucieczki wydaje się wszystko, co odwraca uwagę od twórczości Chopina i zdejmuje z odbiorcy ciężar pozostania sam na sam z materią dźwięków. Dość abstrakcyjną – wbrew rozpowszechnionym wytrychom interpretacyjnym, niepochodzącym od kompozytora, lecz doklejonym do jego dzieł zgodnie z romantyczną modą, typu: Etiuda c-moll op. 10 nr 12 „Rewolucyjna”, Preludium e-moll op. 28 nr 4 „Deszczowe”, Ballada F-dur op. 38 „Świtezianka”. Była to zresztą jedna z wczesnych strategii promocyjnych prowadzących, nolens volens, do pierwszych, acz nie tak jeszcze groźnych, tendencji w odbiorze twórczości Chopina, niemogąca się jednak równać z dzisiejszymi, dla których liczy się nieomal wyłącznie biografia pełna życiorysowych smaczków, najlepiej dających się ująć w ultrakrótkim pasku informacyjnym. Na szczęście dla miłośników życia wielkich ludzi na gorąco Chopin chorował (na gruźlicę, mukowiscydozę, padaczkę skroniową, stenozę mitralną – teorii jest bez liku, do wyboru, do koloru); cierpiał emigracyjnie z tęsknoty do kraju tego, gdzie kruszynę chleba, i tułał się po szeroko pojętym paryskim bruku; na dodatek związany był z jakoby kontrowersyjną obyczajowo George Sand. Nic tak skutecznie jak bolączki ciała, męczeństwo narodu i „baba w portkach” nie ułatwia odbiorcy wygodnego przeniesienia uwagi z dźwięków na obrazy, fakty i mity.

Rex tremendae maiestatis

Wszystko to nie byłoby możliwe – ba, tak chętnie konsumowane – gdyby nie pewien strach, a co najmniej niepewność u odbiorców. Skąd się one biorą? Na pewno nie jest to tylko kwestia braku sensownej (albo jakiejkolwiek) edukacji muzycznej w większości polskich szkół. To sprawa uogólnionego braku czynnego kontaktu z muzyką, zaniku domowego grania i śpiewania, a wraz z nimi potrzeby obcowania z dźwiękami. Pół biedy w przypadku sztuk przedstawieniowych i użytkowych – malarstwa figuratywnego, designu, klasycznego teatru, muzyki do tańca, filmów fabularnych – te się jakoś bronią same. Natomiast to, co bardziej lub zupełnie abstrakcyjne, a zwłaszcza muzyka, wymaga o wiele więcej wysiłku interpretacyjnego, nie gwarantując przecież ani sukcesu, ani satysfakcji. A zatem wypada poza nawias tego, czego ludzie naprawdę pragną; tego, co uważają za bezpieczne i warte wchłonięcia.

 

Tragedią muzyki Chopina, podobnie jak muzyki wielu innych najbardziej znanych i cenionych twórców, zdaje się to, że nie tylko coraz mniej ludzi ją gra, ale wręcz coraz mniej ludzi jej naprawdę słucha: w całości, nie w remiksie, nie poszatkowanej, podklejonej pod obraz filmowy czy inny, choćby suche liczby mogły budzić zadowolenie promotorów. Uzależnienie od rozproszenia, ciągłego kontaktu z wieloma różnorodnymi bodźcami nie oszczędziło muzyki, zwłaszcza klasycznej, którą można by ad hoc, na potrzeby tego tekstu, zdefiniować jako muzykę nietraktowaną dziś użytkowo i wymagającą od słuchacza pewnego wysiłku. Chociaż muzyka Chopina uchodzi za wyjątkowo eufoniczną, czyli po prostu miłą dla ucha, nawet ona nie oparła się tej fragmentaryzacji – czyli upośledzeniu – odbioru.

 

Kolejną, choć nie do końca rozłączną, sprawą są kanony interpretacyjne narosłe wokół spuścizny Chopina i jego legendy oraz skojarzenia wpojone słuchaczom przez kolejne pokolenia twórców i naukowców, od romantyków począwszy, a na reżyserach najnowszych filmów fabularnych i dokumentalnych skończywszy. Częściowo dzięki nim, a częściowo pomimo nich, muzyka Chopina trzyma się dzielnie i choć nie zawsze udaje się jej przetrwać w całości to grozi jej co najwyżej (choć i tak jest to straszna perspektywa) redukcja jej potencjału dla znaczącej większości odbiorców, ale nie wyginięcie. Niewątpliwie bowiem twórczość Chopina jest rozlegle i głęboko memetyczna – ale w pierwotnym znaczeniu pojęcia memu.

 

Według Richarda Dawkinsa, który ukuł ten termin, mem to w uproszczeniu podobna do genu jednostka informacji kulturowej przechowywana w pamięci ludzkiej lub na zewnętrznych nośnikach, oddziałująca na świadomość i podświadomość człowieka oraz społeczności, zdolna do powielania się i ewolucji. W chwili zaistnienia w audiosferze utwór staje się jakby współwłasnością wykonawcy i słuchacza, nie można jednak pominąć całego łańcucha zdarzeń i zderzeń kulturowych oraz historycznych. Mówi się (choć nie do końca słusznie z punktu widzenia medycyny), że idąc z kimś do łóżka, idzie się do niego ze wszystkimi poprzednimi partnerami tej osoby. Podobnie jest z Chopinem, Beethovenem czy Bachem: odłączenie się od kolejnych warstw legendy i tradycji, nakładanych przez tysiące aktywnych odbiorców i przetwórców, jest bardzo trudne, chociaż nie jest niemożliwe.

 

Prawo Kopernika

Na pewno jednak nie da się go uzyskać, petryfikując tych twórców jako memy. Rozumiane nie w sensie filozoficznym, Dawkinsowskim, lecz potocznym: jako krążący po internecie, łatwo rozpoznawalny obrazek z chwytliwym podpisem, często zgrabnie ujmującym rzeczywistość i nierzadko skrajnie ją upraszczającym. Nie da się pogłębić i uwolnić rozumienia niczyjej twórczości, poddając ją gadżetyzacji, ufajnieniu na siłę. Takie rozmienianie Chopina na drobne jest jak powszechna praktyka służąca zwiększeniu klikalności stron internetowych: rozdziela się średniej długości artykuł na pięć podstron, z których każda generuje kliknięcie. Jakimś cudem ten myk zadowala reklamodawców, właścicieli portalu napawa zadowoleniem i pozostawia obie strony w przekonaniu, że ubiły dobry interes. Czy o to chodzi w upowszechnianiu kultury? O statystki, którymi można się pochwalić przed szefem albo opinią publiczną?

 

Można by powiedzieć, że przecież jedno nie wyklucza drugiego. Aplikacja „Selfie z Chopinem” nie uchybi koncertowi w filharmonii, a remiks z popowym beatem nie zniszczy Ronda op. 1. Nie bylibyśmy tacy pewni. Bo nie ma tu tak naprawdę mowy o popularyzacji Chopina, tylko popularyzacji erzacu i sugerowaniu, że sam w sobie to ten Chopin jest nudny, ale da się go podrasować i wtedy będzie strawny. Rzecz w tym jednak, że na dobre jedzenie trzeba mieć apetyt – osoba z normalnym, niespaczonym łaknieniem powinna od czasu do czasu wykazywać go sama z siebie. Ale uwaga – apetyt nie współgra ze śmieciowym jedzeniem i fastfoodami. Psują one podniebienie, bo przyzwyczajają kubki smakowe do stałego natłoku dość ujednoliconych wrażeń, a do tego najzwyczajniej zapychają żołądek. W rezultacie „promowanie” Chopina nie-Chopinem nie wyrównuje szans odbiorców z różnym kapitałem (kulturowym), tylko jeszcze bardziej pogłębia różnice między niezawinionymi konsumentami fastfoodu a uprzywilejowanymi gośćmi gwiazdkowej restauracji „Pod Wielką Sztuką”.

 

Inny polski „obywatel eksportowy” (który również ma całe gamy „swoich” produktów) zauważył, że dobry pieniądz jest wypierany przez zły. W kontekście kultury oznacza to, że na rynku pozostaje zła waluta, podejrzane szelągi, a dobra schodzi do podziemi, gdzie owszem, przetrwa w skarbcach, ale nie pomnoży się i nie będą z niej mogły skorzystać tak zwane szerokie masy, do których przecież ta promocja jest głównie adresowana. Nawiązując do wspomnianego kapitału kulturowego – gadżetyzacja Chopina to nie jest kredyt strukturalny, systemowy, tylko chwilówka, za wysokie oprocentowanie której zapłacą… kultura i recepcja Chopina. I zbankrutują, a przynajmniej wejdą na minus, podczas gdy pop obroni się sam. A co będzie z Chopinem przerobionym na płaską kliszę, która nadaje się tylko do jednorazowego kliknięcia i wyrzucenia, według zasady „zarejestruj, zapostuj, zapomnij”? Na siatkówce zatrzyma się niewiele, a na bębenkach – pewnie nic. Dziwna to ekonomika.