Wydanie: MWM 10/2017

Kiedy strasznie się czegoś boję, włączam muzykę

Sylwia Chutnik – wywiad
Article_more
Zarówno jako prezeska Fundacji MaMa działającej na rzecz poprawy sytuacji matek w Polsce, dziennikarka, kulturoznawczyni, przewodniczka miejska, w końcu autorka tekstów i, jak sama o sobie mówi, „osoba trzymająca bas” w punkowym Projekcie Muzyczno-Słownym (PMS) – w każdej z tych ról Sylwia Chutnik zamaszyście artykułuje swoją obecność. Paszport „Polityki” oraz trzykrotna nominacja do Nagrody Literackiej Nike dobitnie świadczą, że jej orężem jest też słowo. W końcu każdy felieton czy grzbiet książki opatrzony jej nazwiskiem wzbudza falę emocji. A te najlepiej studzi muzyka.

Michał Kwiatkowski: Dla Sylwii Chutnik – pisarki – czym jest muzyka?

Sylwia Chutnik: Z muzyką dorastałam w moim rodzinnym domu. Tata skończył szkołę muzyczną, grał na perkusji, a w wieku dziewiętnastu lat założył swoją kapelę. Potem wraz z Pagartem zaczął jeździć zarobkowo, obracając się w klimatach dancingowych, ale poza tym słuchał jazzu, pop-rocka jak Chaka Khan i The Police. Dla mnie to było oczywiste, że wyemancypuję się w pewnym momencie i odejdę od tego typu muzyki. Początki nie były jakieś radykalne, bo była to Madonna, choć tata uważał, że jednak lepiej by było, gdyby jego dziecko słuchało Stinga. W wieku trzynastu, czternastu lat zaczęłam słuchać grunge, a potem punk rocka.

 

Do fascynacji pani taty muzyka klasyczna też się zaliczała?

Tata miał takie winyle, ale to nie był inteligencki dom, w którym słuchało się Bacha od rana do wieczora. Tata grał na bębnach, więc to nie było bardzo finezyjne. Będąc dzieckiem, słuchałam sporo muzyki dla dzieci, Majki Jeżowskiej czy Małego Voo Voo. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, mam wrażenie, że świadomie po to sięgałam. Bardzo to lubiłam. Od osób w moim wieku wiem też, że kiedy rodzą nam się dzieci, to zasadniczo puszczamy im to, czego sami słuchaliśmy w ich wieku.

 

Zatem czego słucha pani syn?

Mój syn ma czternaście lat. Słucha bardzo różnej muzyki, choć akurat takiej, która nie jest mi bliska. Ale słucham razem z nim, żeby wiedzieć, o co chodzi. Lubimy, gdy dzieci w jakiś sposób odzwierciedlają to, co sami lubiliśmy w ich wieku. Dlatego też bardzo mnie cieszy jego zamiłowanie do teledysków. Ja wychowałam się na MTV. Teledyski, obraz i muzyka, to wszystko było strasznie ważne. Do tej pory podczas słuchania muzyki tworzę sobie do niej film.

 

A czy Bruno w ogóle widział mamę grającą na basie?

Raz był na moim koncercie i chyba był nawet bardzo wzruszony. Zresztą ja też byłam. Moje granie na basie jest tak żenujące, że poczułam pewien rodzaj spłacania długu z jego strony: tyle lat siedziałam na tych wszystkich jasełkach, występach w przedszkolu i robiłam przy tym dużo kompulsywnych zdjęć. Właściwie to można powiedzieć, że wspierałam swojego syna.

Na tym występie, kiedy ja męczyłam się z kablem i strunami, przyszedł i wspierał mnie w pierwszym rzędzie. To było bardzo sympatyczne. Czasem proszę go, żeby nastroił mi gitarę. Robi to, ale nic poza tym. Nie jest tak, że chciałby grać i mieć swój instrument.

 

Jest pani mocno związana ze środowiskiem punkowym. Ten rodzaj muzyki, drapieżny i energetyczny, przemawia do pani ze względu na szczerość?

Tak, tu nic nie jest udawane. Gdybym mogła dokonać autoanalizy, to wyszłoby na to, że raczej zawsze byłam nieśmiała. Najbardziej pociągało mnie to, że na estradzie taka nieśmiała osoba może przerodzić się w totalny wulkan energii. Nie dlatego, że wcześniej ćwiczyłam przed lustrem, to po prostu wychodziło z wnętrza! Staję się takim pozytywnym Doktorem Jekyllem i Mister Hyde’em. Estrada, czy mówiąc pompatycznie „tworzenie”, to elementy wentylu bezpieczeństwa. Tego, żeby – niezależnie, jacy jesteśmy – próbować się uzewnętrznić. Im bardziej człowiek się odkrywa, nie patrząc na to, jak wygląda, ani nie ubierając w piękne słowa swoich prawdziwych emocji, tym bardziej jest to szczere. Ale szczerość w muzyce – w ogóle w twórczości – widzę w gatunkach, do których zazwyczaj nie sięgam. Często chodzę do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej na piękne przedstawienia Mariusza Trelińskiego, zresztą z moim synem, który szczerze tego nienawidzi. I tam jak zagra orkiestra to łzy same mi lecą. Taka jest moc! 

Ta prawda wyzwala w pani prawdziwe emocje?

Od trzydziestu paru lat notorycznie „występuję” przed lustrem, gram na nieistniejących gitarach, mam więc bogate „doświadczenie estradowe”. Czasem zdarza się to nawet, kiedy słucham muzyki na ulicy. Zresztą taką scenę włączyłam też do jednej ze swoich książek, gdzie bohaterka, jadąc autobusem, jednocześnie występuje na estradzie, a tłum szaleje... Kiedy strasznie się czegoś boję, włączam muzykę, skaczę do niej i udaję, że jestem na koncercie, wtedy czakram stresu znika.

 

Jest pani kuratorką tegorocznej Kawiarni Literackiej OFF Festivalu, gdzie zadbała pani między innymi o słuchowiska, podczas których proza Natalii Fiedorczuk, Michała Witkowskiego i Szczepana Twardocha zabrzmi przy akompaniamencie muzyki granej na żywo. Czy często znajduje pani czas na celebrację nie tyle słowa, co dźwięku? Mówiąc „celebracja”, mam na myśli raczej czerpanie radości niż celebrację audiofila.

Przez wiele lat, podobnie jak każdy z mojego pokolenia, korzystałam z walkmanów, niczym tybetański młynek przewijając kasety. Pamiętam, że kiedy pojawiły się płyty kompaktowe, wcale mnie to nie pociągało, z wyjątkiem tego, że od razu można było posłuchać konkretnego utworu. Ale kwestia jakości? Nie. Zresztą, teraz wracamy do winyli właśnie po to, żeby trzeszczało. Sposobem na reset jest u mnie malowanie i wyklejanie. Kiedy naprawdę mam już dość, wtedy rozkładam na biurku wszystkie moje skarby, kleje, nożyczki... W końcu jestem starej daty, więc wszystko musi być takie, jak w starym zinie, i do tego leci oczywiście muzyka. To jest moje święto, moja celebracja. Natomiast kiedy piszę, nie mogę słuchać muzyki, nawet radio wyłączam. Muzyka mnie emocjonuje i nie mogę połączyć tych dwóch światów.

 

Czy jako pisarka w momencie tworzenia czuje się pani niczym kompozytorka operująca wieloma instrumentami (czyli bohaterami), tworząca rozbudowaną fakturę kompozycji – fabułę?

Przez kilka lat byłam DJ-ką. Może to za dużo powiedziane, ale puszczałam muzykę w klubach. Mój syn był bardzo mały, brakowało mi wtedy pieniędzy, więc w taki sposób dorabiałam. Nienawidziłam tego, bo lubiłam to robić przez godzinę, a potem stawało się to zwyczajnie nudne. Natomiast dało mi poczucie sprawczości. DJ gra, jeśli się podoba – zostaje, jeśli nie – zmienia klub. Myślę, że w pisaniu, w ogóle w twórczości jest podobnie. Jest się DJ-em, ma się swoją playlistę, puszcza się kawałek, który w tym momencie powinien polecieć. Odbiorca albo ma zaufanie do tej osoby, do tego artysty, albo zmienia klub. Tak właśnie podchodzę do pisania. Nie dopuszczam do sytuacji, w której ktoś będzie mi mówił: „A teraz powinnaś pisać mniej, smutniej”. Nie! „Nie podoba się? Cóż, jest milion innych książek”. To może zabrzmiało brutalnie, ale chodzi o to, aby nie wchodzić do ogródka twórcy. Ze swoimi ulubionymi pisarzami mam tak, że nawet jeśli książki do mnie czasem nie przemawiają, bo są za trudne, to do określonych autorów nadal mam zaufanie. Tak jak do DJ-a, który puszcza jakiś kawałek. Wiem, że po coś to było, że on/ona doskonale wiedzą, co mają robić.

 

Czytając Jolantę, zauważyłem, że rodzaj pisarstwa, który pani uprawia, ma swoją określoną melodię, nieco rozedrgany rytm. Czy miłość do muzyki ma wpływ na pisarski flow?

Rytm zdecydowanie. Początkowo wydawało mi się, że to jest głównie rytm mówienia, przede wszystkim melodii języka warszawskiego. Ze względu na to, że szybko mówię, moje pisanie jest rwane, z tempem odpowiednim. Ale rzeczywiście to czasem ma przełożenie na muzykę. Nawet jeżeli jest to mniej świadome z mojej strony, to łatwo zaobserwować, że nakręcam się pewnymi kawałkami, choć bardziej na poziomie rytmu. Zdania dzięki temu lecą w odpowiednim natężeniu.

 

Była pani kuratorką trzech dni panelowych, zapytam zatem o trzy utwory, które panią ukształtowały.

To trudne, bo to pytanie w rodzaju „najważniejsza książka w życiu”. Ta lista zmienia się w zależności od humoru i momentu, w którym się znajduję. Na pewno Czarzły Post Regimentu, The End Doorsów, Rebel Girl Bikini Kill. Ten ostatni kawałek bardzo mocno mnie ukonstytuował. Zresztą klimat tej piosenki jest obecny w mojej pierwszej powieści Kieszonkowy Atlas Kobiet, w rozdziale o Marysi, która ma taką samą historię jak ta opowiedziana w tekście Rebel Girl: jest jakaś dziewczyna, którą widzi przez okno i bardzo by chciała, by to ona została jej koleżanką. Moje doświadczenie jest takie, że kiedy w wieku jedenastu, dwunastu lat zobaczyłam punka, tak mi się spodobał, że marzyłam o tym samym. Ale mama mi nie pozwoliła, byłam za mała i czekałam, aż będę trochę starsza i w końcu się udało. To piosenka o tęsknotach, o tym, kim chciałoby się być. Gdzieś podświadomie, kiedy wybieram sobie koleżanki, mam zawsze taką zasadę: chciałabym być tak fajna jak one. Włącza mi się wewnętrzna inspiracja, ten amerykański sposób patrzenia na dziewczynę z sąsiedztwa.