Wydanie: MWM 10/2017

Nagrać cały świat

Article_more
Od dawna cieszył się sławą ekscentryka – kiedy na gitarze solo zinterpretował piosenki Kylie Minogue albo nagrał płytę w paryskim domu publicznym. W wywiadach bez ogródek chłostał nietykalne świętości muzyki improwizowanej, pytany o muzykę eksperymentalną zawsze najwięcej miał do powiedzenia o Dodzie i Krzysztofie Krawczyku. Prowokatorów z niewyparzonym językiem jest jednak w tej muzyce wielu – ale nie ma wątpliwości, że mieszanka szaleństwa i bezczelności daje Noëlowi Akchoté wyjątkową pozycję. Bo jaki inny muzyk nagrywa średnio sto pięćdziesiąt albumów rocznie?

A precyzyjniej – wydaje, bo nagrywa pewnie znacznie więcej. Zaczęło się w 2011 roku, kiedy czterdziestotrzyletni wówczas gitarzysta założył własną oficyną Noël Akchoté Downloads. Liczba pozycji w katalogu zaczęła przyrastać lawinowo – od siedmiu lat Francuz wydaje od stu do dwustu płyt rocznie. Trudno o dokładne dane, bo oficjalna dyskografia na stronie artysty to, z oczywistych względów, jedynie wybór, dyskografie w serwisie Discogs nie obejmują wszystkich albumów dostępnych online, katalogi z iTunes i Bandcamp nie do końca się pokrywają, a zapytany o konkretne liczby artysta gubi się nieco i podaje jedynie szacunkowe dane. Według moich wyliczeń w 2016 roku Akchoté wydał sto trzydzieści sześć nagrań, co oznacza, że był to dla niego słabszy rok – w 2015 wyprodukował sto osiemdziesiąt płyt.

 

Oczywiście, pisząc „płyty”, mam na myśli albumy wyłącznie w formacie cyfrowym – ale zawsze z osobną grafiką, pełnym opisem i nierzadko opatrzone słowem wstępnym. Jedynie kilka procent – czyli wciąż bardzo dużo – to nagrania zespołowe, absolutną większość Akchoté nagrywa solo. Niekiedy improwizuje, niekiedy nagrywa własne kompozycje (seria All I Forgot To Say, All I Have To Say, All I Should've Said i Noël Akchoté Plays Himself), niekiedy bawi się efektami i elektroniką, regularnie wznawia też starsze nagrania. Większość jego produkcji z ostatnich lat to jednak nagrania muzyki innych kompozytorów.

 

A zatem: Ockeghem, Gesualdo, Monteverdi, Schütz, Buxtehude, Bach, Cage, Ligeti, Scarlatti, Janequin, Mozart, Schubert, Nono, Xenakis, Dowland, Bruckner, Hildegarda z Bingen, Bruckner, Penderecki, Kagel, Pärt, Ives, Stockhausen, Wolff, Le Monte Young… Nie, nie nagrał wszystkich. Ale prawie – proszę mnie sprawdzić i zobaczyć, czy w dyskografii Noëla nie ma dzieła Państwa ulubionego kompozytora. Jazz? Carla Bley, Charlie Haden, Charlie Christian, Bill Evans, Pat Metheny, Jim Hall, Philipe Catherine, Attila Zoller, Bill Frisell, John Abercrombie (jeśli jesteś znanym gitarzystą jazzowym, prędzej czy później Noël na pewno nagra twoje utwory), Braxton, Zorn… No i oczywiście cała jazzowa klasyka, czyli broadwayowskie standardy i Armstrong, Goodman, Bechet, Ellington, Monk, Davis, Ayler, Rollins… Blues? Chętnie (B.B. King, Blind Lemon Jefferson, Blind Willie Johnson, Lightning Hopkins, Robert Johnson…). Country? Proszę (My Country Vol. 1 i Vol. 2, Ring of Fire z piosenkami Casha)! Reggae? Nie ma sprawy (Jazz Dread, Zion Swang, Santa Inna Dubba itd.). Indie? Seria Banghra Jazz (swoją drogą koszmarna) ma już osiem pozycji. Fusion? I Love Fusion ­– dostępne kilka wolumenów. Dla amatorów ciekawostek: National Anthems – hymny narodowe wszystkich krajów świata w porządku alfabetycznym. Muzyka żydowska? Jak najbardziej (Szeroka Street – kilka części). Muzyka filmowa? Dlaczego nie (John Williams, Ennio Morricone)? Nieco bardziej wybredny jest, jeśli chodzi o muzykę pop i rock. Ale bez przesady – nagrał już utwory z repertuaru Paris Hilton, Britney Spears, Pink Lady, Ramones, The Shaggs, oprócz tego Prince, Daft Punk, Lou Reed, Leonard Cohen, t.A.T.u., Nelly Furtado, Barbara Streisand, Julio Iglesias, Barry White…

 

Ta lista to naturalnie jedynie bardzo, bardzo skromny wybór. Polska muzyka dawna, sezonowe gwizdki, giganci jazzu i skończeni tandeciarze – Noël Akchoté nagrywa literalnie wszystko. Przegrywa nawet popularne podręczniki gry na gitarze i ten materiał również wydaje – to po prostu maniak! Zapytany, o co w tym chodzi, zgrywa niewiniątko. „Po twoich pytaniach widzę, że to wszystko może wydawać się nieco szalone, ale dla mnie to coś bardzo naturalnego – odpowiada. – Granie na gitarze stało się dla mnie tym, czym pieczenie chleba dla piekarza. Codziennie wstaję o czwartej, piątej nad ranem. Odpowiadam na maile, wrzucam muzykę do internetu, a potem zaczynam nagrywać. Kończę o dziewiątej rano, potem robię przerwę, miksuję to, co nagrałem, najczęściej powstaje z tego nowy album. Do godziny 13 muzyka jest już w sieci. Jem obiad, robię sobie drzemkę, znów wrzucam, co trzeba, do internetu – i tyle. To moja codzienna rutyna. Materiał czy styl może się zmieniać. Interesuje mnie dosłownie wszystko. Wszystko lubię”.

Świetnie, ale po co? „Każda okazja jest dobra, żeby pograć na gitarze” – odpowie oczywiście Akchoté. Ale okazuje się też, że dochody z chaotycznie i w przytłaczającej ilości wrzucanej do internetu muzyki wielokrotnie przekraczają zyski, jakie artysta kiedykolwiek uzyskał z tytułu kontraktów z renomowanymi oficynami, ze znaną Winter&Winter na czele. Receptą na przetrwanie w czasach nadmiaru okazał się… nadmiar. Zadziałał prosty efekt skali, a też koszty produkcji są wyjątkowo niewielkie. „To czyste dane, bez fizycznego kształtu – mówi Akchoté. – Zabawne, że wciąż wydaję je w formie singla czy godzinnego albumu, choć równie dobrze mógłbym wydać osiemnaście sekund czy osiemdziesiąt godzin muzyki. Co zresztą czasami robię – na przykład moje nagrania dzieł wszystkich Gesualda pomieściłyby się na dziesięciu płytach CD, więc wydawanie ich na kompakcie nie miałoby chyba sensu”. Z czasem gitarzysta przestał przejmować się analogowymi konwencjami: album Hymns Vol. 1 z muzyką Krzysztofa Pendereckiego składa się z jednego utworu (Exaltabo Te, Domine) trwającego dokładnie czterdzieści cztery sekundy.

 

W produkcjach Akchoté daje się słyszeć domowa robota – zwykle rozpoczynają się szumem gitarowego wzmacniacza – ale nagrane są z poszanowaniem zapisu nutowego. Dość powiedzieć, że oburzony interpretacjami utworów Johna Coltrane’a autorstwa Raphaela Rogińskiego (na których Coltrane’a trudno w ogóle usłyszeć) Akchoté nagrał własne – odczytane swobodnie, ale stosunkowo wiernie. Zresztą prawie zawsze w przypadku Francuza interpretacja dokonywana jest w zakresie tempa, artykulacji, frazy, brzmienia, efektów elektronicznych. Poszczególne utwory są krótkie i zazwyczaj pozbawione improwizacji. Nie słychać, żeby muzyk starał się wyjątkowo odcisnąć swoje piętno na oryginalnych kompozycjach. Zresztą trudno wyobrazić sobie, jak znajduje czas na rozczytanie i opanowanie materiału, nie mówiąc o poważniejszych studiach przedmiotu. A jednak ma się wrażenie, że propozycja Noëla jest uczciwa – nie nadaje swojej działalności głębszych sensów, po prostu daje muzyce zabrzmieć.

 

Jednocześnie w samym jego obłąkańczym pędzie do zarejestrowania wszystkiego, co zostało już nagrane i napisane, jest coś szalonego, a przez to pięknego. Noël chce nagrać cały świat – stworzyć coś na kształt Borgesowskiej mapy idealnej, w skali jeden do jednego, pokrywającej terytorium, jakie przedstawia.

 

I w ten sposób sama dyskografia staje się osobnym dziełem sztuki.