Wydanie: MWM 10/2017

Sytuacje

Article_more
Jeszcze niedawno kompozytor był kompozytorem. Facetem z brodą i brzuchem albo z rozwianym włosem, który siedział przy stole, pisał nuty na papierze, potem wysyłał do wydawnictwa albo do wykonawców i czekał, aż ktoś się nimi zainteresuje. Czasem też trochę chodził wokół tego, bo chodzenie wokół bardzo pomaga, kiedy chce się mieć wykonanie utworu. A teraz?

Niby nadal kompozytor/kompozytorka siedzi przy stole i pisze. Ale co pisze? Kiedy zajrzymy przez jego/jej ramię, niekoniecznie zobaczymy kartkę papieru – prawdziwą czy wirtualną. Niekoniecznie nuty. Ale nie o kwestie zapisu mi tutaj chodzi, ostatecznie to już przerabialiśmy i nawet najbardziej tradycyjna orkiestra symfoniczna umie dzisiaj przeczytać awangardową partyturę. Zapis nie jest problemem. Chodzi o materiał. Otóż kompozytor dzisiaj coraz częściej komponuje… sytuację.

 

Dawno temu, jakieś dwadzieścia lat wstecz, sporo uwagi poświęcałem teatrowi instrumentalnemu. Jego orędownikiem i symbolem był w Polsce niestrudzony Bogusław Schaeffer, który miał – jeszcze dawniej, w latach sześćdziesiątych – fantastycznych sprzymierzeńców w osobach artystów związanych z grupą MW2 (Adam Kaczyński, Bogusław Kierc, Jan Peszek, bracia Grabowscy…). W czasach gomułkowskiej beznadziei tworzyli oni rzeczy niezwykłe, realizowali wizje prawdziwie wywrotowe. Wedle Schaefferowskiej koncepcji teatru instrumentalnego materiałem muzycznym (bo była to w założeniu sztuka muzyczna) jest wszystko to, co wygenerują artyści zaangażowani do, dziś powiedzielibyśmy, „projektu”. W przypadku legendarnej kompozycji TIS MW2 (z tekstem z Pałuby Irzykowskiego), czy późniejszej Howl (według słynnego poematu Ginsberga), byli to instrumentaliści, ale też aktorzy, mimowie, tancerze. Dysponowali oni dość ogólnymi wskazówkami wykonawczymi, chętnie zapisywanymi za pomocą partytury graficznej, możliwie abstrakcyjnie, kompozytor ustalał też stopień i rodzaj ich wzajemnych relacji. Czasem mieli grać „do siebie” nawzajem, czasem podążać za którymś z wykonawców, kiedy indziej jeszcze – wręcz ignorować się wzajemnie. Tym, co spajało całość i gwarantowało definicyjny porządek, była tzw. integracja muzyczna, jakkolwiek byśmy ją rozumieli – zwykle określana przy każdym utworze indywidualnie.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.