Wydanie: MWM 10/2017

Piąte

Article_more
Liczba porządkowa pięć jest w kontekście symfoniki symboliczna, więc zastanawiam się czasami: przeklęta czy błogosławiona? Zaczęło się od Beethovena, V Symfonia wpłynęła na wyobraźnię rzeszy odbiorców, do dziś należy do topowych dzieł wszech czasów. Ale nie tylko o świadomość ludową chodzi, bo ten utwór (formalnie raczej klasycznie uporządkowany, a nie rewolucyjny) wstrząsnął także podstawami krytyczno-estetycznej refleksji. I chyba słynnej recenzji E.T.A. Hoffmanna z 1810 roku zawdzięczamy legendę Piątej.

Hoffmann za jednym zamachem postawił ją na piedestale, ufundował romantyczną estetykę muzyczną oraz skonstatował, że dzieło Beethovena może odtąd być symbolem tego, co skrajnie i do szpiku „muzyczne”; że zawiera też w sobie ideę „nieskończoności” oraz jest ostatecznym wcieleniem sztuki nowoczesnej i absolutnej. Kilka lat później niemiecki pisarz stwierdzi wprost, że biegunem starożytności była plastyka, biegunem nowożytności – muzyka. Zaiste, rewolucyjny to koncept.

 

Trochę zdziwiłby się Hoffmann, gdyby usłyszał V Symfonię Gustava Mahlera. Jeśli już fatum liczby porządkowej wyznacza drogi i kierunki kompozytorskiego myślenia, to istotnie – w ogólnym zarysie, na poziomie konstrukcji architektonicznej Mahler podąża śladem Beethovena (od mroku do światła), lecz jest jedno „ale”! Udokumentowane przez niezwykłego egzegetę jego dzieł – wizjonera nie mniej błyskotliwego od autora wspomnianej recenzji – grecko-niemieckiego muzykologa Consantina Florosa. Owo „ale” dotyczy treści i zakodowanego w dźwiękach przesłania słynnego Adagietta. Wiedząc o uczuciach i zmysłowości naprawdę wiele, kompozytor pozwolił sobie na ekstrawagancję w naszych czasach kompletnie nieosiągalną: na napisanie najpiękniejszego miłosnego listu w historii ludzkości. Zrobił to w szaleństwie zmysłów, pod wpływem impulsu zrozumiałego dla tych, którzy go doświadczyli (nie jest to powszechne, niestety). A najwspanialsze jest to, że adresatka korespondencji, Alma Schindler, wszystko zrozumiała i powiedziała mu „tak!”. Często wspominam tę historię, bo przywraca mi ona wiarę w potęgę ludzkich uczuć. Zacytowany przez Mahlera fragment z Tristana Wagnera (wzięty wprost z najgorętszego tygla muzycznej zmysłowości) podsuwa zresztą jeszcze jeden ważny trop – pogląd Schopenhauera, że muzyka wyraża „najgłębszą istotę świata”. Tutaj żarty się kończą, a materiału do namysłu tyle, że można oszaleć. A więc piątka błogosławiona? 

W tym arbitralnym wyborze przeskakujemy ponad trzydzieści sześć lat, zmieniamy radykalnie scenografię, zapominamy o świecie stabilnym i swobodnym, o nieskrępowaniu wolności ducha i wstępujemy na dziejową scenę mocno przyszarzałą, niestabilną, naznaczoną niepewnością i gęstniejącym cieniem strachu. W ponurej rzeczywistości Związku Sowieckiego drugiej połowy lat trzydziestych z symboliką liczby pięć w kontekście symfonii zmierzyć się musiał Dymitr Szostakowicz. Moment życiowy był niezwykle trudny, zupełnie niedawno przecież z ulubieńca władzy przemienił się w cel niewybrednych ataków. Operę Lady Mackbeth mceńskiego powiatu, bezsprzeczne arcydzieło, odsądzono od czci i wiary, IV Symfonii nie dane było zaistnieć przez… dwadzieścia pięć lat. Swoją Piątą pisał wiosną i latem 1937 roku na Krymie, praca szła mu wartko. Kiedy z gotowym dziełem wrócił do rodzinnego Leningradu, okazało się, że macki NKWD dosięgły jego najbliższych. Wzbierała właśnie najkrwawsza fala stalinowskiego terroru. Czy w zaistniałych okolicznościach, w kraju, który z wolnością miał tyle wspólnego, co dzisiejsza Korea Północna, mogło powstać dzieło będące emanacją swobody twórczego ducha?

 

Totalitaryzm kontroluje wolność fizyczną, ale przede wszystkim sięga w sfery symboliczne: mentalną oraz – co oczywiste – wolności twórczej. Szostakowicz na artystyczne ustępstwa poszedł już wcześniej, a w przypadku V Symfonii składał jeszcze większą daninę władzy. A jednak po leningradzkim prawykonaniu dzieło odebrane zostało jednoznacznie. Nauczona rozumienia dyskretnych aluzji, odczytywania skrywanych treści publiczność w lot pojęła, że V Symfonia opisuje nieludzką rzeczywistość. Maska groteski skrywa śmiertelną grozę, a symbolicznym komentarzem do niej jest skrajnie smutne Largo, brzmiące jak ciche łkanie w poduszkę. Finałową błazenadę obliczył Szostakowicz chyba na zmylenie urzędników. Triumf był wielki, więc trzydziestominutową owację starano się wyciszyć, gasząc światła. Następnego dnia w Moskwie relacjonowano, że „sukces był pozorny i błahy, o marginesowym znaczeniu”, zgotowany niemalże za sprawą przypadkowych słuchaczy (skąd my to znamy?). Piąta – przeklęta czy błogosławiona? Na pewno bardzo wymowna.