Wydanie: MWM 10/2017

„Jasny strumień” w Moskwie

Article_more
„Zadanie trudne i odpowiedzialne – stworzyć duży balet o tematyce radzieckiej. Ja jednak nie boję się trudności. Iść przetartym szlakiem jest, rzecz jasna, lżej i mniej niebezpiecznie, ale nudno, nieciekawie, bezużytecznie” – napisał Dymitr Szostakowicz w książce programowej przygotowanej na premierową inscenizację baletu Jasny strumień, który został pokazany w moskiewskim Teatrze Bolszoj 4 czerwca 1935 roku.

Balet odniósł ogromny sukces u publiczności, to jednak nie wystarczyło, by utrzymał się na afiszu. Jeden z jego librecistów – Adrian Piotrowski – wkrótce trafił do Gułagu. Kariera choreografa Fiodora Łopuchowa właściwie stanęła w miejscu. Jasny strumień w czasach radzieckich nie został nigdy więcej wykonany, choć okazjonalnie grywano suitę ułożoną na jego podstawie.

 

„Tytułowy Jasny strumień to nazwa kołchozu. Libretto usłużnie podaje dokładny adres – Kubań. Oto nowy balet, którego akcję autorzy i inscenizatorzy starali się zaczerpnąć ze współczesnego życia. W muzyce i tańcach ukazane zostały zakończenie prac polowych i dożynki. Zgodnie z ideą twórców baletu, wszystkie te prace zostały wykonane. Na scenie wszyscy są szczęśliwi, weseli, radośni. Balet powinien być przepełniony światłem, świąteczną radością, młodością. Nie wolno sprzeciwiać się próbie zbliżenia się baletu do życia kołchozowego. Balet jest jedną z najbardziej konserwatywnych dziedzin sztuki. Baletowi najtrudniej jest przełamać tradycję umowności dostosowanej do gustów publiczności przedrewolucyjnej”.

 

Cytat ten pochodzi z artykułu Baletowy fałsz, który ukazał się na łamach dziennika „Prawda” 6 lutego 1936 roku jako jedna z wielu prasowych napaści na Dymitra Szostakowicza. W recenzji czytamy dalej: „Autorzy baletu – i inscenizatorzy, i kompozytor – najwyraźniej uważają, że nasza publiczność jest tak niewymagająca, iż przyjmie wszystko, co sprokurują dla niej ludzie przebiegli i bezceremonialni. W istocie niewymagająca jest nasza krytyka muzyczna i artystyczna. Nierzadko wychwala ona dzieła, które na to nie zasługują”.

Na zmianę opinii władz – przynajmniej o twórcach baletu – przyszło Rosji czekać bardzo długo, bowiem Jasny strumień powrócił na scenę Teatru Bolszoj dopiero w 2003 roku. Choreografię ułożył Aleksiej Ratmański, któremu tuż po premierze dziennikarka Violeta Mainiece zarzuciła, że na scenie ogląda się właściwie dużych rozmiarów koncert złożony z numerów na motywach zaczerpniętych z życia wiejskiego. „Mój Jasny strumień – odpowiedział Ratmański – nie przypomina koncertu bardziej niż balety z przeszłości. Ich elementem zawsze było divertissement absolutnie należące do tego gatunku”.

 

Divertissement to tyle, co rozrywka, zabawa. Właśnie tego zdawał się pragnąć tłum turystów, który czekał na przedstawienie Jasnego strumienia na nowej scenie Teatru Bolszoj w czerwcu tego roku. Przeważali wśród nich Amerykanie. Pokazywane na scenie barwne sceny z życia kołchozowego, szczęśliwe dziewczęta, łany zboża i wypisane na kurtynie hasła zdawali się traktować jak elementy wycieczki w stylu retro z równą lekkością, co obowiązkową wizytę na ciepłych lodach w domu towarowym GUM przy Placu Czerwonym. Skoro zabawa jest dobra, nie należy doszukiwać się ukrytych sensów w tym, co na scenie, ani tym bardziej w zawiłościach kontekstów historycznych. Patrząc na nich, miałem w pamięci inne dzieło Szostakowicza, które szczęścia miało jeszcze mniej niż Jasny strumień, ponieważ w ogóle nie zostało ukończone – to opera satyryczna Orango, z której zachował się jedynie prolog. Pojawiający się w nim obcokrajowcy zdają się jednak nastawieni do radzieckiej sztuki bardziej krytycznie:

 

Zabawiacz: Jak podoba się wam nasz program?

Obcokrajowiec 1: Nie ubawiłem się.

Obcokrajowiec 2: Od piętnastu lat ta muzyka kłuje mnie w uszy.

Zabawiacz: Jestem zrozpaczony, szanowni goście! Bardziej miękko, czulej, towarzyszu dyrygencie. Prosimy kołysankę.