Wydanie: MWM 10/2017

Miłość Bernsteina

Eiji Oue – wywiad
Article_more
Powtarzał często, że jeżeli się czegoś nie kocha, to należy przestać to robić. Gdy przychodzili do niego młodzi pianiści, dyrygenci lub skrzypkowie z pytaniem, czy powinni zajmować się muzyką, czy są odpowiednio dobrzy, odpowiadał, że skoro zadają takie pytanie, to znaczy, iż powinni zrezygnować. Miłość była najważniejszym składnikiem jego osobowości. Miłość do muzyki, ale i do orkiestry. Dlatego ludzie uwielbiali z nim pracować.

Natalia Klingbajl: Jak poznał pan Leonarda Bernsteina?

Eiji Oue: To był 1978 rok, dokładnie 6 sierpnia. Zostałem zaproszony przez maestro Seiji Ozawę na kurs dyrygencki podczas Tanglewood Music Festival. Byłem tam akompaniatorem. Bernstein odwiedził festiwal na kilka dni. Spodobało mu się, jak grałem, podszedł do osoby prowadzącej nasze zajęcia i poprosił, żebym pokazał, jak dyryguję. Gdy usłyszał, że nazywam się Eiji, odparł: „Och, Seiji bez »s«, to łatwo zapamiętać!”. Zacząłem dyrygować, a ponieważ nie było drugiego akompaniatora, maestro Bernstein zasiadł przy fortepianie. Pamiętam jak dziś, to była pierwsza część IV Symfonii Czajkowskiego. Po chwili podszedł do mnie, objął mnie za ramię i spytał, czy kiedykolwiek dyrygowałem tą symfonią podczas koncertu. Odpowiedziałem, że nie. Okazało się, że wykonywałem całą masę zbędnych ruchów. Powiedział mi wtedy: „Jeśli będziesz tak dyrygował, umrzesz z wyczerpania. Pozwól, że pokażę ci, jak to robić”. Z jednej strony prawie spojrzałem śmierci w oczy, z drugiej – moje marzenie się spełniło, wszystko w tej samej chwili. Poznanie jednego z największych dyrygentów XX wieku, i w ogóle w całej historii muzyki, było dla mnie życiowym zaszczytem.

 

Od tamtej pory mieli panowie stały kontakt.

Każdego roku dzwonił do mnie z życzeniami urodzinowymi, często z różnych stron świata. Odbyliśmy wspólnie wiele koncertów, ale nigdy nie traktował mnie jak asystenta czy ucznia, zawsze byłem partnerem, drugim dyrygentem. Dzieliliśmy się koncertami: ja dyrygowałem pierwszą częścią, a on ­­– drugą. Występowaliśmy razem w wielu miejscach, od Europy po Japonię, i oczywiście również w Stanach Zjednoczonych, dosłownie wszędzie. Był moim mentorem, osobą, którą podziwiałem i u której szukałem nie tyle rady, ile wskazówek dotyczących kierunku rozwoju. Zawsze, gdy z czymś miałem problem, mogłem do niego zadzwonić. Zawsze znajdował czas na rozmowę, czasami dzielił się ze mną swoimi sugestiami, ale przede wszystkim słuchał. Jego główną radą było to, abym podążał za głosem swojego serca – tam jego zdaniem zawsze kryła się dobra odpowiedź.

 

Czyli najważniejsza lekcja, jaką Maestro panu dał, nie dotyczyła techniki dyrygowania?

Przez dwanaście lat Bernstein nauczył mnie przede wszystkim miłości – miłości do muzyki i do ludzi. Nie miało znaczenia, czy ktoś jest królem, czy zwykłym śmiertelnikiem – dla niego wszyscy byli równi przed Bogiem. Nigdy nie zachowywał się jak wielki maestro, nigdy się nie wywyższał. Na ulicy, gdy podchodzili do niego ludzie, znajdował czas dla każdego. Kochał rozmawiać. Kiedyś zapytałem go, dlaczego tak dużo poświęca na to czasu, czy nie wystarczy mu muzyka. Odpowiedział, że z każdej historii, z każdej rozmowy czerpie wiedzę, którą później przenosi na muzykę. Ludzkie historie, doświadczenia wzbogacały jego interpretacje. Powtarzał często, że jeżeli się czegoś nie kocha, to należy przestać to robić. Gdy przychodzili do niego młodzi pianiści, dyrygenci lub skrzypkowie z pytaniem, czy powinni zajmować się muzyką, czy są odpowiednio dobrzy, odpowiadał, że skoro zadają takie pytanie, to znaczy, iż powinni zrezygnować. Miłość była najważniejszym składnikiem jego osobowości. Miłość do muzyki, ale i do orkiestry. Dlatego ludzie uwielbiali z nim pracować. Dzielił się z nimi swoją radością i spokojem.

 

Poznał pan Leonarda Bernsteina, gdy miał sześćdziesiąt lat…

W tamtym czasie czuł, że czas, który mu pozostał, powinien wykorzystać tak, aby coś po sobie pozostawić. Postawił wtedy na młodych, poświęcił się edukacji. Robił to między innymi poprzez swoją legendarną serię koncertów Young People’s Concerts. Jednak nie chodziło mu tylko o akademickie nauczanie. Przede wszystkim chciał się dzielić doświadczeniem. Chciał dzielić się z dziećmi i młodzieżą tym, kim był i co osiągnął.

 

Wielu ludzi kojarzy nazwisko Maestra przede wszystkim z muzyką Gustava Mahlera.

To prawda, ale przecież gdy był dyrektorem muzycznym New York Philharmonic, dużo uwagi poświęcił promowaniu i wspieraniu kompozytorów amerykańskich. Premierowo wykonywał utwory Charlesa Ivesa, dużą przyjaźnią i uznaniem darzył Aarona Coplanda. Dokonywał prawykonań jego symfonii i innych dzieł. Zawsze mówił też o „Samuelu”, czyli Samuelu Barberze. Ojciec Bernsteina nosił to samo imię.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.