Wydanie: MWM 11/2017

Archeolog ludzkiej nadziei

Article_more
W latach sześćdziesiątych stworzył jeden z najważniejszych kwartetów w historii jazzu. Współpracował z The Beach Boys i The Doors. Ma w swym dorobku blisko pięćdziesiąt autorskich albumów. Choć w przyszłym roku świętować będzie osiemdziesiąte urodziny, krytycy twierdzą, że nigdy nie brzmiał lepiej. Po sukcesie suity Wild Man Dance, której premierowe wykonanie na festiwalu Jazztopad trafiło na płytę wydawnictwa Blue Note, Charles Lloyd powraca do Wrocławia. 25 listopada w Narodowym Forum Muzyki swoją premierę będzie miała nowa kompozycja Lloyda, napisana na zamówienie Jazztopadu. Red Water, Black Sky to utwór inspirowany historią Trail of Tears: w latach trzydziestych XIX wieku przeprowadzono w USA akcję przymusowych wysiedleń Indian. Szlakiem Łez, z doliny Missisipi na zachód, wędrować musiało sto tysięcy rdzennych Amerykanów. Wielu z nich zmarło po drodze z głodu, przemęczenia lub w wyniku chorób.

Kajetan Prochyra: Rozmawiamy w trakcie pańskiej pracy nad Red Water, Black Sky. Jak powstaje ten utwór? Jak wygląda pana kompozytorska pracownia?
Charles Lloyd: Jestem w domu. Na wzgórzu. Wędruję po moich górskich ścieżkach i nurkuję pod morską wodą. Dokumentację do muzyki prowadzę przez całe moje życie. Jestem archeologiem. Zawsze szukałem odpowiedzi na pytanie: czym jest człowiek? Czuję łączność z pierwotnym pięknem tej ziemi – i życiem, które wiedli tu moi przodkowie, przed inwazją białego człowieka. Szukam wolności, po drodze odsłaniając kolejne warstwy człowieczeństwa – ślady przemian i ludzkiej determinacji. Utwór, nad którym pracuję, przywołuje mroczne chwile w naszej historii. Muszę jednak pozostać optymistą nawet wtedy, kiedy piszę o tragedii moich przodków, których zmuszono do opuszczenia ich ziemi i podążaniu tysiące mil w nieznane. Moja prababka, Sally Sunflower Whitecloud, odmówiła marszu Szlakiem Łez, by zostać przy swoim mężu, a moim pradziadku, który był niewolnikiem. Choć na zewnątrz była drobną kobietą, w środku była silna i niezależna. Kiedy byłem mały, nauczyłem się piosenek z jej repertuaru. Dziś stały się one inspiracją dla nowej muzyki, ale i wcześniej dostarczały mi natchnienia oraz dodawały otuchy w życiu.

 

Do wykonania utworu zaprosił pan muzyków z, wydawać by się mogło, bardzo różnych światów. Jest zespół jazzowy, jest Lutosławski Quartet, czyli kwartet smyczkowy specjalizujący się w muzyce współczesnej, no i chór. Na estradzie zobaczymy dwóch gitarzystów – może najznakomitszych wykonawców muzyki głęboko zakorzenionej w amerykańskiej ziemi: Billa Frisella i Grega Leisza. Czy to w różnorodności ma tkwić siła tego utworu?
Proszę nie oceniać książki po okładce. Takie wstępne założenia dotyczące muzyki mogą zepsuć wrażenia, jakich ona sama powinna dostarczyć. Muzycy, których ze sobą przywożę, Bill [przyp. red.: Frisell – gitara], Greg [Leisz – gitara], Harish [Raghavan – kontrabas] i Kendrick [Scott – bębny], są zdolni przywołać zarówno kojącą bryzę tropikalnych wysp, jak i chaos ruchliwej ulicy. Partie, które wyśpiewywać będzie chór, przygotowuję sam. Jego zadaniem będzie wplatanie kolejnych wątków w narrację utworu. Ostateczną formę tego muzycznego gobelinu odsłonimy przed słuchaczami podczas festiwalu. Do tego czasu proszę zachować otwarty umysł. 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.