Wydanie: MWM 11/2017

Festiwal z duszą

Article_more
Z Piotrem Turkiewiczem, dyrektorem artystycznym festiwalu Jazztopad, spotkałem się kilka miesięcy temu w studiu radiowym, by szczegółowo powspominać minione edycje. Na kilka tygodni przed jubileuszowym dla niego festiwalem (dziesiątym w roli dyrektora), rozmawialiśmy już tylko o bieżących wydarzeniach, o tym, kto w listopadzie pojawi się we wrocławskich mieszkaniach podczas serii prywatnych koncertów i dlaczego powroty na Jazztopad są tak ważne.

Michał Kwiatkowski: Pojawił się już u Ciebie przedfestiwalowy stres czy na to jeszcze za wcześnie?

 

Piotr Turkiewicz: Stres zawsze jest obecny. Może to nieco śmieszne, ale im dłużej coś robię, tym większy się on staje. Mam tak z lataniem, każda podróż sprawia, że bardziej się boję. Z Jazztopadem jest podobnie, coraz większe oczekiwania generują napięcie. Ale to przyjemny dreszczyk emocji, w końcu przed nami dużo nowej muzyki.

 

Przypomniała mi się rozmowa z Davidem Sanbornem, który dwa lata temu grał we Wrocławiu. Będąc pod wrażeniem wrocławskiej publiczności, powiedział mi: „W Polsce ludzie lubią i doceniają jazz, zupełnie inaczej niż w Stanach”. Czy jako osoba, która często bywa na festiwalach rozsianych po całym świecie, uważasz, że polska publiczność rzeczywiście bardziej ceni jazz?

 

Może odwrotnie: wszyscy przyjeżdzający do Polski, a mówię tutaj głównie o organizatorach koncertów i festiwali, są zachwyceni naszą publicznością. Osobiście uważam, że mamy dużo szczęścia, przede wszystkim chodzi tutaj o naszą ciekawość, w którą gotowi jesteśmy inwestować, co na zachód od Polski faktycznie jest coraz mniej widoczne i coraz rzadziej spotykane. Z kolei mówiąc o entuzjazmie, nie do końca się pod tym podpisuję. Bywam na różnych festiwalach i czasami jest on tam jeszcze większy. Ale to chyba też kwestia samego wydarzenia, w dużej mierze jego klimatu, a nie tylko konkretnej publiczności. To wszystko jest powiązane. Najbardziej odczuwalna różnica, jeśli chodzi o Polskę, jest taka, że na koncerty przychodzi bardzo dużo młodych ludzi. To kolosalna różnica. Publiczność w Belgii, we Francji czy w Niemczech jest zdecydowanie bardziej zaawansowana wiekowo. Na festiwalu w Berlinie, który ma miejsce zaraz przed Jazztopadem, widownię stanowią słuchacze sześćdziesięcioletni i starsi. Właściwie młodych ludzi nie ma tam na koncertach.

 

Jak myślisz, z czego to wynika?

 

Akurat w tym przypadku z samego miejsca, z formuły festiwalu. Z tego, że w Berlinie dzieje się dużo undergroundowych rzeczy w mniejszych klubach i to tam chodzą młodzi ludzie. A na duże koncerty gwiazd już nie. Ale to daje pewne spojrzenie na to, co ważne: na tkankę miejską, jazzową w konkretnym miejscu, która kształtuje i napędza przyszłość, jeśli chodzi o słuchaczy. Miałem taki moment, kiedy chciałem zmienić nazwę festiwalu, żeby nie było w niej słowa „jazz”. A to dlatego, że nie do końca uznaję swój festiwal za festiwal jazzowy, w powszechnym znaczeniu tego słowa, choć jazz jest i będzie tam obecny. Wydaje mi się, że nazwy nie są ważne. Tym, co się liczy, pozostaje jasny i konsekwentny komunikat: co chcemy pokazać, dokąd idziemy. Bardzo ważne jest, aby można było utożsamiać dane wydarzenie z konkretną osobą. Gdy patrzę na mapę festiwali w Europie, wydaje mi się, że istotne jest, aby festiwal miał za sobą bardzo mocną osobowość – i nie mówię tutaj konkretnie o sobie, ale o idei konstruowania wydarzenia. Jeżeli nie wiadomo, kto się za tym kryje – na przykład instytucja, której nie można dotknąć – wtedy o wiele trudniej zaufać takiej sytuacji niż konkretnej osobie, biorącej za to odpowiedzialność.

 

Zaskoczyłeś mnie, ale w takim razie skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł na zmianę nazwy? Wiązało się to z jakimś rodzajem zwątpienia podczas pierwszych edycji festiwalu?

 

Kiedy kilka lat temu Nate Wooley otwierał Jazztopad kompozycją na kwartet wiolonczelowy, sopran i trąbkę, a więc muzyką, która z jazzem nie miała właściwie nic wspólnego, wydawało mi się, że po kilku latach przyzwyczajania publiczności do mało jazzowych koncertów, nie będzie aż tak silnej reakcji anty-. Bardzo często ludzie widzą słowo „jazz” i przychodzą na Jazztopad, dlatego że oczekują czegoś zupełnie innego. Miałem więc taki moment, kiedy pomyślałem, że może dobrze byłoby zmienić nazwę na bardziej pojemną? I chociaż z mojej perspektywy jazz jest bardzo pojemny, to jednak moje spojrzenie nie okazuje się zbieżne ze spojrzeniem większości osób, które nie zajmują się profesjonalnie muzyką, a tylko okazjonalnie lubią jej posłuchać. Jazz kojarzy się z tym, co ja często uważam za nie do końca odpowiednie, jeśli chodzi o profil festiwalu.

 

Zapraszając artystów, odczuwasz obowiązek przedstawienia publiczności kogoś ważnego, kogoś, kto może niekoniecznie sprostać oczekiwaniom wszystkich, ale swoją muzyką wywoła gorącą reakcję?

 

Zdecydowanie tak. Z jednej strony czuję się bardzo odpowiedzialny za to, co robię, i nie wsłuchuję się w tłum – to na pewno. Mnóstwo ludzi przychodzi i proponuje jakieś koncerty, ja to oczywiście wszystko przetwarzam, ale nie do końca jest tak, że program, który układam, to tylko suma moich wyborów. Mówimy tutaj o wypadkowej wszystkich elementów (rozmów z artystami, opinii środowiska muzycznego…), które dopiero składają się na to, że zapraszam konkretnych wykonawców. Osobną kwestią jest to, że zmieniliśmy miejsce i nagle mamy do czynienia z trochę innym klimatem festiwalu. Jazztopad potrzebuje 2–3 lat na to, aby zadomowić się w Narodowym Forum Muzyki. Musi być poczucie tego, że kiedy wchodzisz do Forum, trwa festiwal. Na tym mi bardzo zależy, aby nie było to tylko i wyłącznie bardzo wysokiej jakości opakowanie, ale żeby była w tym dusza.

 

Wywołałeś temat NFM-u. Jazztopad powoli się tam zadomawia, ale w kontekście tego, o czym mówiłeś przed momentem, wspomnę Wyntona Marsalisa, który przecież przerwał swój czerwcowy koncert, by z ogromnym poczuciem szacunku powiedzieć nam ze sceny: „Musicie być dumni, że posiadacie tak fenomenalne miejsce do grania i słuchania muzyki”. A skoro mówi to Wynton Marsalis, to sława wrocławskiej sali musi dochodzić do uszu największych, w tym Herbiego Hancocka?

 

Oczywiście! Nie tylko ci, którzy przyjeżdżają i grają, są zachwyceni. Publiczność odwiedza NFM, aby zobaczyć je i posłuchać tutaj muzyki, bo to ewenement. Ale to sprawia też, że nie musimy się już martwić, czy coś dobrze zabrzmi, czy nie, a w przeszłości bardzo mocno wpływało to na program festiwalu. W kontekście Herbiego Hancocka: to linia, którą od lat staram się kultywować, zapraszając tych najważniejszych w historii. Poza tym, takie są realia – za dziesięć lat ich zabraknie, a przecież powinni tę salę zobaczyć, zagrać w niej, a wrocławska publiczność powinna ich usłyszeć i to właśnie w warunkach Forum! Ten koncert sprzedał się w ciągu kilku dni, to też świadczy o tym, że jest niesamowite zapotrzebowanie. Myśleliśmy o drugim, ale akurat nie był możliwy. To zresztą ciekawy mechanizm, który staram się przełamywać. Ktoś, kto spojrzy na tegoroczny repertuar, może pomyśleć, że przyjeżdżają gwiazdy, a ja od lat staram się nie skupiać na tych koncertach. Wiadomo, że to będą świetne wydarzenia, ale chcę, aby ludzie przyszli i poczuli coś fajnego od tych artystów, których w ogóle nie znają. Dlatego to trochę ryzykowna rzecz, kiedy masz za dużo gwiazd, proporcje się zaburzają. W tym roku akurat chyba nie ma to miejsca, festiwal udało się potraktować klamrowo. Zaczynamy od premiery Terence’a Blancharda, nawiązującej do Hancocka, którego koncert wieńczy tegoroczny Jazztopad. A to, co dzieje się pomiędzy, dla mnie jest najciekawsze. Pojawi się sporo artystów, których w Polsce nigdy nie było, a zainteresowanie – jeśli chodzi o bilety, media – jest największe w historii. 

Ja bardzo czekam na to, co zaprezentuje Shabaka Hutchings, i zastanawia mnie, co ciebie zainspirowało do zaproszenia tego twórcy?

 

Pierwszym etapem była płyta Wisdom of Elders, która jest znakomita. Ale to było za mało. W styczniu miałem okazję go spotkać i posłuchać w Nowym Yorku, gdzie zagrał naprawdę znakomity koncert. Przekonała mnie energia, którą wtedy poczułem. Rozmawiamy z nim jeszcze, aby do wrocławskiego koncertu dołączył gość specjalny, sytuacja powoli się klaruje, ale jeszcze nie mamy potwierdzenia. To też jest ważne, bo nasza rozmowa wyglądała tak: „OK, to super projekt, chciałbym, aby był na festiwalu, ale musimy dodać do tego coś jeszcze”. Jeżeli koncert nie jest zamówieniem festiwalowym, to zawsze jest taki mały element, który ma go odróżniać od wszystkich innych. Patrząc na program festiwalu, znajdziemy koncerty, których planowanie zaczęło się 3–4 lata temu. Są też koncerty, które w mojej głowie pojawiły się niecały rok temu, jak na przykład Shabaka. Do tej pory dwa razy zdarzyło mi się coś, co nie jest miłe ani dla mnie, ani dla artystów. Mianowicie kiedy z kimś się na coś umawiam i w pewnym momencie okazuje się, że zamówiona kompozycja kompletnie nie pasuje do koncepcji festiwalu. Tyle rzeczy po drodze się zmieniło, że wracamy do rozmowy na zasadzie: „Może jednak nie w tym roku?”. Zazwyczaj jest to przenoszone na rok kolejny lub na dwa lata do przodu, ale tak też się czasami zdarza. Mimo że wcześniej ta część programu wydawała się idealna, dziś zupełnie nie pasuje. To dynamiczna sytuacja, kształtująca się na szczęście z bardzo dużym wyprzedzeniem, bez tego nic by się nie udało.

 

W tym roku wraca Charles Lloyd, artysta mocno zaprzyjaźniony z festiwalem, którego Wild Man Dance, a więc płyta nagrana we Wrocławiu, przeniosła Jazztopad w szerszą, światową ramę. W wypadku powrotów nie zadajesz sobie pytania o potencjalne zamykanie drzwi przed tymi, którzy do Wrocławia jeszcze nie przyjechali?

 

Nie jestem w stanie odmówić sobie przyjemności współpracy z tymi artystami. Ale mówiąc o tak legendarnych postaciach, trudno zadać sobie o pytanie: „A może już za dużo?”. Jeśli mamy szansę usłyszeć nową muzykę Charlesa Lloyda, a w tym roku mijają cztery lata od jego ostatniej wizyty, to ja nigdy takiej szansy nie odpuszczę! Tej skali artystów, których jestem w stanie zaprosić, jest tak mało... Gdyby Wayne Shorter chciał przyjechać do nas w przyszłym roku, nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Obok Lloyda cała reszta wykonawców jest nowa, oprócz powracającego na festiwal Benoit Delbecqa. Ale powtarzam: ja lubię tych ludzi i chcę z nimi współpracować. Dla mnie najważniejsze jest to, że podczas tego koncertu będzie chór, kwartet smyczkowy i że powstaje nowa suita, która – mam nadzieję – też ukaże się w Blue Note…

 

Shorter i Lloyd to artyści, którzy zapisali się w historii Jazztopadu, ale zwłaszcza Lloyd wchodzi już chyba w skład festiwalowej rodziny?

 

Oczywiście, że tak. Relacja z Lloydem jest niesamowita. W ciągu ostatnich czterdziestu lat nie był on związany z żadnym festiwalem w takim wymiarze, tylko dla Jazztopadu komponował nowe i, co ważne, tak duże rzeczy. Nie mówimy tutaj o pięciominutowym utworze na kwartet, w którym gra na co dzień, przecież nie o to chodzi. Myślę, że to wielka rzecz dla festiwalu i dla samego Wrocławia. Zresztą niedawno dostałem maila od dziennikarza z „All About Jazz”, którego zaprosiłem na pierwszy weekend Jazztopadu. Odpisał, że bardzo dziękuje i będzie, ale przyleci ponownie kilka dni później, specjalnie na premierę Lloyda. To są tego typu sytuacje, kiedy ludzie śledzą festiwal i chcą być świadkiem premiery – to dla nas bardzo pozytywne sygnały.

 

Na tegorocznym Jazztopadzie sygnały ze sceny dochodzić też będą z Kanady i z Bułgarii...

 

Każdy z tych wątków ma swoją określoną historię. Jazztopad od zawsze jest miksem premier, znanych artystów i totalnych odkryć. Taka była recepta na ten festiwal i w dalszym ciągu jest ona kontynuowana. Jeśli chodzi o Bułgarię i Spassova, to o tyle ciekawe, że 11–12 lat temu dostałem jego płytę, która mi się spodobała i do której raz na jakiś czas wracałem. Gdzieś to się wszystko w końcu tak poukładało, że nagle wpasował się w tegoroczny line-up i w końcu miałem kontekst, aby do niego napisać. Bardzo szanuję go jako improwizatora i, co ważne, jest też bardzo otwartym twórcą. Na dni poprzedzające drugi weekend festiwalu zaplanowałem też koncerty we wrocławskich mieszkaniach. W tym kontekście zarówno Kris Davis, Benoit Delbecq, Tomeka Reid i Theodosii Spassov zostają u nas do poniedziałku 27 listopada i zagrają w mieszkaniach z wrocławskimi artystami. Z kolei Pugs & Crows związana jest z tym, że współpracujemy z Vancouver International Jazz Festival. Uwielbiam ten kolektyw, jest to totalnie nieznana w Polsce historia. Prezentują tzw. brzmienie zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej, środowisko improwizatorów z Seattle, Vancouver. To mieszanka muzyki rockowej, folkowej, jazzu i improwizacji, ubrana w ciekawą formę – świetnie się tego słucha i myślę, że będzie to doskonały koncert.

 

Widziałeś ich w Kanadzie?

 

Tak, widziałem ich tam na żywo i od razu miałem ochotę ich zaprosić. Jeśli ktoś jeszcze to poczuje we Wrocławiu – będę się cieszył. Ja bardzo często kieruję się emocjami, nie przekładam tego na popularność, na sprzedaż płyt i całą resztą, bo nie ma to sensu. Z kolei Tomeka Reid – nie do końca wiedziałem, czy ją zaprosić, ale w styczniu miałem okazję być na jej koncercie w Nowym Jorku i już nie miałem wątpliwości, że warto.

 

Zostajemy we Wrocławiu – EABS i ich płyta Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda). Słuchałeś tego albumu?

 

Tak, jest w porządku.

 

Pytam o ten album, bo ten rok wydaje się u nas mocno mienić Komedą. Debiutancki krążek EABS, w końcu zapowiadana na listopad premiera Unloved Maćka Obary. Otwarcie Jazztopadu koncertem jego kwartetu długo chodziło ci po głowie?

 

Od ponad roku. Wiązało się to z całym procesem nagrywania w ECM, ale to długa historia, o której Maciek najlepiej opowiada. Ja czuję się częścią tej historii, bo skład kwartetu powstał na jednym z projektów festiwalu Jazztopad, podczas Take Five: Europe. Tam poznali się muzycy tworzący dziś Maciej Obara Quartet, a od kiedy zaczęli ze sobą grać, jestem ich wielkim fanem i uważam, że w tym momencie to jeden z najlepszych zespołów w Europie. Bez żadnych zbędnych komplementów, po prostu świetnie grają. Miałem okazję zapraszać ich na edycje Jazztopadu za granicą, do Japonii, Korei i Turcji, byli też w Kanadzie i w Stanach. To skład, co do którego nie mam żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o prezentowaną przez nich klasę. Czuję też, że to projekt bardzo bliski festiwalowi. Świetnie się złożyło, że premiera płyty i pierwszy koncert tej trasy zdarzą się u nas. Mamy potwierdzenie, że Manfred Eicher również przyleci, będzie to więc bardzo ważne wydarzenie. Nagranie płyty w ECM-ie od wielu lat było marzeniem Maćka, a sam proces przebijania się do Manfreda – o tym można by napisać książkę i mam nadzieję, że Maciek kiedyś spisze swoje wspomnienia. Zresztą kiedy wśród muzyków rzucasz „Manfred Eicher”, otwierają się różne wątki. To tak rozchwytywany człowiek! Ewenementem jest, że Maćkowi udało się nagrać u niego album. Wydawał tam tylko Stańko, a następnie po współpracy z nim – Wasilewski. A tutaj mamy historię, która wymagała bardzo dużej pracy, konsekwencji i jest jak najbardziej zasłużona, dlatego bardzo się tym cieszę.