Wydanie: MWM 11/2017

Wędrówka do ciszy

Article_more
Muzyka – jak życie – także ma swoją śmierć; bez niej – jak życie – nie mogłaby być nieśmiertelna. Umiera przecież za każdym razem, gdy gaśnie jej naturalny oddech – dźwięk – by natychmiast odrodzić się w kolejnym. Może w tym tkwi jej uzależniająca moc, która daje ludziom złudzenie władzy nad życiem – złudzenie pozwalające pokonać lęk przed śmiercią? Iluzję nieśmiertelności?

Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again,
Because a vision softly creeping,
Left its seeds while I was sleeping,
And the vision that was planted in my brain
Still remains

Within the sound of silence.

Paul Simon

 

Mozart uważał ciszę za najsilniejszy środek wyrazu w muzyce. Nie tylko uważał, ale używał jej właśnie wtedy, gdy potrzebował największej ekspresji. Pauza, która jest elementem konstrukcji dramatycznej całego Andante z Koncertu fortepianowego G-dur KV 453, ma siłę rażenia adrenaliny podanej wprost do serca – i taką też pełni funkcję. Weźmy sam początek. Pierwsze wejście solisty gaśnie w ciszy, następuje zatrzymanie akcji muzycznej – i po kilku sekundach wieczności muzykę gwałtownie unosi zbawczy, głęboki oddech. Co znamienne, śmierć następuje w trybie majorowym – życie powraca w minorze. Podobną moc, choć inny sens, ma pauza generalna w drugim temacie Allegro moderato „Niedokończonej” Schuberta. Tam przynosi ona raczej grom, złowróżbny cień, który spada na bezbronny i niewinny w swoim G-dur, roztańczony wiedeński poranek. Te dwie cisze, a przykładów można by znaleźć jeszcze wiele, pokazują, jaki potencjał życia może kumulować jego zatrzymanie; jak ziarno, które musi obumrzeć, żeby wydać plon.

 

Mała śmierć

Cisza, ten najbardziej naturalny kres, ku któremu zmierza każdy dźwięk, nie tylko jest koniecznym warunkiem zaistnienia muzyki, lecz także wiąże w sobie energie, które, znalazłszy odpowiednio silny przekaźnik, przesądzają o tego istnienia jakości. Wszak pauza generalna to tylko znak, kreska na pięciolinii – o ekspresji, ciężarze, mocy ciszy, którą ten znak niesie, decyduje ten, kto muzykę rodzi, daje jej życie, gdy z papierowego niebytu przenosi ją w świat dźwięku, gdzie możemy jej doświadczać. To od muzyków zależy, czy wstrzymamy oddech, gdy po pierwszych dwudziestu taktach ekspozycji Kwintetu smyczkowego C-dur Mozarta równy puls gwałtownie się zatrzyma i nastanie całotaktowa cisza – od tego, co w tej ciszy się wydarzy, zależy siła ekspresji dalszej narracji przeniesionej w tryb molowy. Taka pauza to mała śmierć – jak śmierć ptaka – lecz nie należy jej lekceważyć.

 

Jeśli tak, to wykonywanie muzyki stanowi też pewien akt odwagi, przeciwstawiania się wciąż na nowo nieuchronnej ciszy – zamiast uciekania od niej, udawania, że jej nie ma. Muzyk musi mieć odwagę przeżyć tę ciszę i znaleźć w niej sens, który będzie miał swoje miejsce w dalszej narracji.

 

Sztuka iluzji

O takiej odwadze mówi Daniel Barenboim w jednej z rozmów z Edwardem Saidem, amerykańskim literaturoznawcą i działaczem politycznym pochodzenia palestyńskiego – oraz wysokiej klasy melomanem, który grał amatorsko na fortepianie. W skromnych (niestety) rozmiarów książce Paralele i paradoksy, będącej zapisem tych niezwykle inspirujących dialogów dwóch erudytów, Barenboim stwierdza: „Dźwięki ciążą ku ciszy w ten sam sposób, co przedmioty ku ziemi. I na odwrót. […] Granie muzyki jest aktem męstwa, ponieważ próbujemy się przeciwstawić wielu naturalnym regułom fizycznym. Pierwsza dotyczy ciszy. Jeśli chce się utrzymać dźwięk, jeśli chce się stworzyć napięcie, którego źródłem jest brzmienie – mamy pierwszą więź między początkowym dźwiękiem i ciszą, która go poprzedza. Później między pierwszym a drugim dźwiękiem. I tak dalej, ad infinitum. […] Nie pozwalamy dźwiękowi umrzeć, tak jak by to uczynił zgodnie z naturą”. Szczególnie mocno dotyka to pianistę, bo fortepian nie pozwala utrzymać dźwięku przy życiu bez końca – ale na różne sposoby umożliwia stworzenie takiego złudzenia. Stąd dla Barenboima muzyka jest pewnego rodzaju sztuką iluzji, stwarzaniem złudzenia trwania. Jest to możliwe, póki puls utworu bije, jednak muzyka, tak jak życie „zaczyna się z niczego i kończy nicością… od ciszy do ciszy…”. Dlatego każda interpretacja utworu podczas koncertu jest metaforą życia, które ma swój początek, swoją dramaturgię, swój określony czas i definitywny koniec. I tak jak każde życie jest zjawiskiem nieodtwarzalnym, mimo że możemy ją rejestrować, i niepowtarzalnym – zarówno w sensie samej interpretacji, jak i przeżycia każdego, kto bierze w niej udział: i muzyka, i słuchacza. W pewnym sensie może John Cage był jedynym, który stawił czoło złudzeniu i zamiast próbować je podtrzymywać, zdobył się na odwagę i stanął oko w oko (czy ucho w ucho) z ciszą absolutną – choć również mającą swój precyzyjnie odmierzony początek i koniec (a może właśnie odwrotnie, tak jak u Szymborskiej – cisza wprost wypowiedziana została unicestwiona?). Jakże dramatyczna to opozycja wobec choćby V Symfonii Beethovena, która tak bardzo nie chce umrzeć, tak bardzo chce opóźnić nadejście ciszy, tak bardzo do końca jej wygraża.

 

Ostatni będą naiwni

Śmierć w muzyce obecna jest jednak nie tylko per se, jako cisza. „Ona w każdym oddechu, ona w każdym uśmiechu, ona we łzie, w modlitwie i w hymnie” – jako syjamska siostra miłości musi być i tematem, i jego przetworzeniem. Muzyczne opisanie śmierci oraz wszystkich emocji, które wywołuje, ciszą być nie może.

 

Zagraj! Niech zabrzmią niebiańskie dźwięki

ułatwią nam naszą bohaterską drogę.

Moc muzyki pozwoli nam przejść lekkim krokiem

przez ciemną noc śmierci. (tłum. Katarzyna Zimmerer) 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.