Wydanie: MWM 01/2013

Polscy jazzmani grają polskie piosenki

Article_more
Czy aby na pewno? Owszem, próby interpretowania polskiej muzyki ludowej zawsze traktowane były przez naszych jazzmanów priorytetowo, ale do rodzimej muzyki popularnej nigdy ich szczególnie nie ciągnęło. Odstraszała ich prostota i banał? Dziś może i tak, ale kiedy jazz w Polsce stawiał dopiero pierwsze kroki, szlagierami były utwory pisane przez Władysława Szpilmana czy (po kryjomu) przez Witolda Lutosławskiego. Tymczasem pierwsze pokolenia polskich muzyków jazzowych bezwarunkową miłością pokochały amerykańskie standardy.

Cóż, przy wszystkich oczywistych założeniach, że jazz szybko stał się sztuką uniwersalną, oderwał się od afroamerykańskich korzeni i uprawiać może go każdy – czy nie ma pewnej dozy absurdu w tym, że niejeden jazzman znad Wisły spędził całe życie, grając amerykańskie utwory z lat 30. i 40., których akcja dzieje się w Nowym Jorku lub Alabamie, których tekstów – przynajmniej na początku – nikt prawie nie rozumiał, które zostały napisane do musicali, jakich nikt w Polsce nie widział i które odnosiły się do określonego kontekstu kulturowego niemożliwego do wychwycenia przez mieszkańca komunistycznego kraju końca lat 50.?

 

Tak, to oczywiście prawda, że być może najbardziej pociągające w jazzie było właśnie to, że był amerykański! Nie po to młodzi zapaleńcy zarywali noce, spisując potajemnie tematy standardów z audycji Willisa Conovera, by potem grać zwykłe polskie przeboje. Do pewnego momentu amerykańskie piosenki z Broadwayu były też nieodłączną częścią jazzowej kultury i każdy, kto chciał wejść do elitarnego kręgu wtajemniczonych, po prostu musiał je poznać. Ale czy to wyjaśnia tajemnicę, dlaczego polski jazz niemal zupełnie zignorował polskie szlagiery, często nie gorszej jakości od amerykańskich?

Specjalny podwójny styczniowo-lutowy numer "Muzyki w Mieście" poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu jest przez cały rok do nabycia w Filharmonii Wrocławskiej i w sprzedaży wysyłkowej.