Wydanie: MWM 11/2017

Muzykę kocham bez wzajemności

Daniel Passent – wywiad
Article_more
Bardzo lubię salę Filharmonii Narodowej, tę atmosferę, tę kocią muzykę, gdy orkiestra stroi instrumenty, zanim dyrygent wyjdzie na estradę. Chodzę tam tak, jak niektórzy niezbyt wierzący chodzą do kościoła. Tam przeżywam oczyszczenie i choć przez chwilę mogę nie myśleć o wszystkich świństwach, którymi zajmuję się jako dziennikarz.

Maciej Łukasz Gołębiowski: Kiedy w pana wspomnieniach z dzieciństwa po raz pierwszy pojawia się muzyka?

Daniel Passent: To mogło być po wojnie, w Częstochowie na jakimś żydowskim weselu. Pamiętam scenerię tego wydarzenia i pewnie jakaś muzyka musiała tam być, ale jej brzmienia nie pamiętam. Z pewnością w świat muzyki wprowadził mnie natomiast w dzieciństwie mój wuj – Jakub Prawin. Pochodził z rodziny kolejarskiej, ukończył dobre liceum w Tarnowie, a potem studiował w Wiedniu. Choć nie był muzykiem zawodowym, to udzielał się w środowisku muzycznym, miał słuch absolutny, amatorsko grał na fortepianie i skrzypcach. Organizował w domu spotkania połączone ze słuchaniem muzyki i dyskusjami na temat utworów oraz wykonań. Pamiętam, że bywali u nas między innymi Roman Jasiński, Jerzy Gert, Tadeusz Wroński i Adam Schaff. Kiedyś wuj napisał nawet artykuł do czasopisma „Studia Filozoficzne” na temat proponowanej reformy zapisu nutowego. W Wiedniu musiano go dobrze zapamiętać, bo kiedy w latach pięćdziesiątych odbyło się otwarcie tamtejszej opery po odbudowie ze zniszczeń wojennych, wuj dostał pocztą imienne zaproszenie na to wydarzenie. Atmosfera w domu bardzo więc sprzyjała, by się muzyką zainteresować i by wynieść coś dla siebie, ale najwyraźniej nie umiałem tego wykorzystać.

 

Czy wuj zachęcał pana do muzyki?

W 1945 roku znalazłem się z nim w Berlinie, gdzie objął stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej. W mieszkaniu, w którym nas zakwaterowano, był fortepian i szybko zostałem do niego zagoniony. Miałem nauczyciela, ćwiczyłem dzielnie i fałszowałem równie ochoczo. Pech chciał, że wuj miał gabinet dokładnie nad pokojem, w którym stał fortepian, i gdy tylko coś pomyliłem, głośno tupał. To był jasny sygnał, że za mało się staram. Po powrocie do Warszawy nie mieliśmy już w mieszkaniu instrumentu, a do tego wuj chyba zrozumiał, że nie rokuję żadnych nadziei w dziedzinie muzyki i na dobre przestał mnie zachęcać. Z tego czasu pozostała jednak we mnie potrzeba kontaktu z tą sztuką. Jest tak do dziś.

 

Bywa pan w filharmonii?

Wuj prowadzał mnie do filharmonii od dziecka. Potem zacząłem chodzić sam. Gdy w 1955 roku wyjechałem na studia do Leningradu, bywałem na koncertach tamtejszej słynnej orkiestry i jej szefa Jewgienija Mrawińskiego. Chcąc zrobić przyjemność wujowi, przeczytałem też wtedy wszystko, co było w bibliotece na temat Gustava Mahlera. Prawin kochał Mahlera. Uważał go za kompozytora kompozytorów, którego zrozumienie wymaga wiedzy dużo większej niż choćby symfonie Czajkowskiego. Po powrocie do Polski nie przestałem bywać na koncertach. Pamiętam, jakie to było dla wszystkich święto, gdy przyjeżdżały do Warszawy zagraniczne orkiestry. Pamiętam Skrowaczewskiego, Rowickiego. Z tym drugim spotykałem się czasem w Zakopanem, gdzie lubił jeździć na nartach. Trochę rozmawialiśmy, ale z racji różnicy wieku i statusu głównie patrzyłem na niego z ogromnym podziwem. Bywając w Krakowie, zatrzymywałem się natomiast często w domu Jerzego Gerta. Tam pierwszy raz widziałem kompozytora przy pracy. Patrzyłem, jak nucił, jak siadał do fortepianu, grał wymyślone przed chwilą melodie, zapisywał to wszystko. Byłem świadkiem powstawania sztuki i bardzo mnie to fascynowało. Niestety założona przez niego orkiestra Polskiego Radia dawała raczej mało koncertów publicznych, więc nie mogłem ich słuchać. Dziś chodzę do filharmonii, gdy poczuję, że dawno w niej nie byłem. Idę tam, by spotkać znajomych – Elżbietę Markowską, Mariana Turskiego, Grzegorza Kołodkę. Idę jak do miejsca, które było częścią mojej Warszawy, mojego życia. Bardzo lubię tę salę, tę atmosferę, tę kocią muzykę, gdy orkiestra stroi instrumenty, zanim dyrygent wyjdzie na estradę. Chodzę tam tak, jak niektórzy niezbyt wierzący chodzą do kościoła. Tam przeżywam oczyszczenie i choć przez chwilę mogę nie myśleć o wszystkich świństwach, którymi zajmuję się jako dziennikarz.

 

W tym roku swoje sześćdziesięciolecie obchodzi festiwal Warszawska Jesień. Pamięta pan początki tego wydarzenia?

Pamiętam, chętnie wtedy chodziłem na ten festiwal. On był takim oknem na Zachód, na wielki świat, był formą cywilizowania się, możliwą po październikowej „odwilży” 1956 roku. Tam grano muzykę, jakiej zupełnie nie znaliśmy. Jej eksperymentalny charakter i ekstrawagancja czasem nas szokowały. Zupełnie nie byliśmy przygotowani do słuchania takich utworów. W Polsce o dodekafonii wtedy nikt nie słyszał. O wielu rzeczach nie słyszeliśmy.

 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.