Koniec wieńczy dzieło

Article_more
„Organy miałem we krwi” – pisał w autobiografii Albert Schweitzer. Już jako dziewięciolatek zastępował organistę kościoła w Gunsbach. A po latach zajął się problemem budownictwa organowego, zostawiając swój ślad w wałbrzyskiej świątyni.

Instrument, który znajduje się w ewangelickim kościele Zbawiciela, jest – jak stwierdził organolog Wolfgang J. Brylla – jedynym znanym przykładem praktycznej realizacji „schweitzerowskich organów” na terenach Europy środkowo-wschodniej. I nie ma się co dziwić, że padło akurat na Waldenburg (Wałbrzych). Wprawdzie wciąż ma łatkę czarnego, górniczego miasta – węgiel wydobywano tu od średniowiecza do 1996 roku – ale tak naprawdę może się pochwalić dziełami wielkich gwiazd architektury i wspaniałymi parkami krajobrazowymi. Mieszkańcy mieli swoje ambicje i zamawiali u najlepszych twórców. Pozwalali sobie na artystyczne ekstrawagancje godne europejskich metropolii.

 

Ratusz wałbrzyski i ratusz berliński wyszły spod tej samej ręki, zaprojektował je królewski budowniczy Hermann Friedrich Wäsemann (1813–1879) z Wrocławia, katolicki kościół pw. Aniołów Stróżów zdobią wspaniałe witraże wykonane przez firmę Franza Mayera z Monachium (650 m2 w trzydziestu jeden oknach, nietknięte przez wojny), a ewangelicki kościół Zbawiciela jest dziełem Carla Gottharda Langhansa, autora berlińskiej Bramy Brandenburskiej. W takim towarzystwie mógł się pokazać nawet Albert Schweitzer, człowiek wielu talentów – teolog i luterański duchowny, lekarz, filozof, laureat pokojowej Nagrody Nobla, a poza tym jeden z najważniejszych badaczy twórczości Bacha i organista.

 

Wojna i pokój

Wydawać by się mogło, że z tej listy talentów i osiągnięć Schweitzera dla muzycznej historii Wałbrzycha ważne są tylko ostatnie dwa punkty, ale noblista przy organach – jak to dobrze brzmi! A poza tym prowokuje do rozwinięcia opowieści o tym, że dla powstania kościoła Zbawiciela ważniejsza od pokoju była wojna.

 

Wałbrzyscy ewangelicy w 1648 roku, po tym, jak zawarto pokój westfalski kończący wojnę trzydziestoletnią, znaleźli się w trudnej sytuacji. W państwie katolickich Habsburgów stali się obywatelami drugiej kategorii i musieli oddać kościół katolikom. Wygnany w roku 1653 pastor David Raussendorf ukrywał się przez jakiś czas na Podgórzu, w lasach porastających góry Niedźwiadki, gdzie potajemnie wygłaszał kazania, chrzcił i udzielał ślubów.

 

Sytuacja zmieniła się dopiero w 1741 roku, po zajęciu Śląska przez pruskiego króla Fryderyka II, kalwinistę. Wprawdzie monarcha łupił bez litości nowych poddanych, nakładał wysokie kontrybucje, dręczył bogobojnych mieszczan przymusowym kwaterunkiem i koniecznością uzupełniania składu trzydziestopięciotysięcznego wojska, ale jednocześnie zwrócił protestantom wolność religijną. Na wniosek przełożonych zboru hrabia Conrad von Hochberg, właściciel Wałbrzycha (bo było to miasto prywatne), wyraził zgodę na odprawianie nabożeństw w sali obrad rady miejskiej oraz w ratuszowej gospodzie.

 

Zrób to sam
Trwało to zaledwie kilka miesięcy, bo już w czerwcu 1742 roku zaczęto budować dom modlitwy, w większości z drewna. Wytrzymał czterdzieści lat, ale w końcu okazał się za mały dla powiększającego się zboru. Na dodatek groził zawaleniem. Stąd decyzja o budowie nowego kościoła została bez protestów zaakceptowana przez parafian i patronów wspólnoty luterańskiej. Wałbrzyscy ewangelicy mieli trzy projekty świątyni, które przedłożyli we Wrocławiu radcy budowlanemu i wojennemu Carlowi Gotthardowi Langhansowi, by uzyskać jego opinię. Gdy ten skrytykował projekty, poproszono go, żeby zaproponował coś lepszego, on zaś przedstawił własny projekt.

 

Architektura sakralna należała do najwcześniejszych dziedzin twórczości Langhansa Starszego, czego dowodem jest projekt wielkiego kościoła ewangelickiego w Głogowie z 1764 roku. Jednak dopiero dwadzieścia lat później, jako dojrzały i uznany twórca, stworzył projekt kościoła ewangelickiego nowego typu. Pomiędzy 1785 a 1808 rokiem wzniesiono według niego cztery świątynie: w Sycowie, Wałbrzychu, Dzierżoniowie i Rawiczu.

 

Kościoły w Wałbrzychu i Rawiczu są przez historyków architektury uważane za najlepsze sakralne dzieła Langhansa. Projekt Langhansowskiej świątyni nie był bowiem wzorem powtarzanym w niezmienionej formie, lecz pewnym modelem, modyfikowanym w zależności od oczekiwań fundatorów i wielkości gminy. Ale wszędzie bryła budowli składa się z wyraźnie wyodrębnionych trzech elementów: prostokątnego korpusu nakrytego wielospadowym dachem, wysuniętej przed nim wieży i niskiej przybudówki zakrystii. Natomiast wnętrze to owalna przestrzeń ujęta kolumnami wielkiego porządku. Ponieważ Langhans interesował się też budownictwem teatralnym, doceniał akustyczne oraz optyczne walory sali audytoryjnej rozplanowanej na rzucie wydłużonej elipsy.

 

„Gdy oglądam kościoły, w których nowocześni architekci chcą zrealizować ideał »kościoła – miejsca kazań«, robi mi się smutno na sercu. Kościół jest czymś więcej niż tylko miejscem, w którym się słucha kazań. Jest miejscem nabożnej kontemplacji. Musi przywodzić do kontemplacji już samą swoją budową. Nie jest to jednak możliwe, jeśli spojrzenie napotyka wokół tylko mur. Oko potrzebuje nastrojowej dali, w której zewnętrzny ogląd przemienia się w wewnętrzny” – pisał Schweitzer. W świątyni wałbrzyskiej jest nastrojowa dal i miejsce na kontemplację. Czy pobożną, to już sprawa indywidualna. Wnętrze niewątpliwie urzeka elegancją, błyszczy bielą i złotem.

 

Historyczna konsultacja

Budowę rozpoczęto 8 sierpnia 1785 roku, a po trzech latach wałbrzyscy ewangelicy mogli się już pochwalić jednym z najciekawszych kościołów Śląska. Najbardziej dekoracyjna jest elewacja zachodnia z prostokątnym portalem ograniczonym dwoma potężnymi kolumnami, które podtrzymują tympanon. W środku są trzy poziomy empor, więc kościół może pomieścić tysiąc trzystu wiernych. Ma świetną akustykę i organy, zbudowane w latach 1912–1913 przez firmę Schlag und Söhne ze Świdnicy. Ze swoimi czterdziestoma siedmioma głosami są jednym z największych zachowanych instrumentów tej sławnej firmy. Projekt dyspozycji konsultowano z Albertem Schweitzerem, co odkrył Wolfgang J. Brylla (zob. „Ruch Muzyczny”1988, nr 8).

 

W ogromnym archiwum Schweitzera – dziesięć tysięcy listów przez niego napisanych i siedemdziesiąt tysięcy otrzymanych – zachowały się trzy listy od Reinholda Schlaga, ówczesnego właściciela firmy. Ciekawe dla badaczy śląskiej historii organów, bo Schlag opisywał między innymi upodobania śląskich inwestorów co do doboru głosów i głośności instrumentu, a poza tym skarżył się na katolickich muzyków, zdominowanych przez królewskiego rewizora organowego i bardzo wpływowego krytyka muzycznego Emila Bohna. Większość uważała, że w kościołach katolickich nie potrzeba dobrych organów koncertowych, co dla budowniczego instrumentów było herezją. I właściwie nie docierało do nich, że istnieją tylko jedne organy – dobre organy kościelne.

 

Gdy w 1910 roku Schlag und Söhne wygrała przetarg na budowę instrumentu w kościele Zbawiciela, Reinhold Schlag zwrócił się do Schweitzera o opinię na temat zaproponowanej dyspozycji. Brylla podaje, że odnaleziona opinia Schweitzera jest niedatowanym, maszynowym odpisem, dołączonym do listu wałbrzyskiego kantora Karla Gaula z 19 lutego 1912 roku. Rok później organy dały głos, ale Schweitzera już nie było w Europie. Wyjechał do Gabonu, założył w mieście Lambaréné słynny na cały świat szpital, w którym leczył przede wszystkim chorych na śpiączkę i trąd. Notabene, wspominając w swojej autobiografii lata nauki gimnazjalnej, spędzone u wujostwa w Mülhausen, opisywał, jak go ciotka pędziła do fortepianu, mówiąc: „»Sam nie wiesz, do czego może ci się muzyka kiedyś w życiu przydać«. Oczywiście nie mogłem przewidzieć, że muzyka pomoże mi kiedyś zebrać środki na założenie szpitala w dżungli”.

 

Nie każdy musi grać jak Schweitzer, ale każdy muzyki słuchać i w każdym przypadku będzie to z pożytkiem dla ludzkości. W kościele Zbawiciela regularnie organizowane są koncerty, warto na nie przyjechać. „Architektura jest zamrożoną muzyką” – twierdził Goethe. Dlatego każde spotkanie Langhansa z Bachem to podwójny koncert, niezwykłe doświadczenie obcowania z pokrewnymi dziedzinami. A jeśli pojawi się tam jeszcze duch Schweitzera, wielka trójka na pewno wami zawładnie. 

.