Wydanie: MWM 11/2017

Deklaracja

Article_more
„Dźwięczę, więc jestem” – brzmi tytuł kompozycji Tadeusza Wieleckiego, która miała swoją premierę na tegorocznej Warszawskiej Jesieni. Utwór na wiolonczelę i akordeon zaczyna się długą sekwencją niemych gestów, które przypominają ruchy realizowane przez grających muzyków albo przez dyrygenta. Wykonawcy utworu stoją, ich instrumenty leżą na razie z boku, nieme. Istnieją, ale jakby niepełnie. Podobnie artyści – przecież też są na scenie, a jednak czegoś im (czy nam?) brak.

Nie sugeruję bynajmniej, że ludzie niemi „nie są” albo „są mniej”, ale przecież umówiliśmy się na pewną sytuację koncertową, w której tkwimy my – na widowni – i oni, TwoGether Duo – przed nami. I oto robią oni coś, co nie jest na pierwszym miejscu wśród naszych oczekiwań: produkują gesty bezdźwięczne. To niby nic szczególnego: jesteśmy na festiwalu nowej muzyki, a rozmaite, mniej lub bardziej codzienne czynności istnieją wszak jako element sztuki muzycznej od wielu dziesięcioleci. Co piszę?! Istniały przecież zawsze. Zawsze kompozytor dostarczał muzykom scenariusz, który, najczęściej w intencji wydobycia konkretnych dźwięków, prowadził do podejmowania konkretnych, zwykle dość przewidywalnych ruchów. Spodziewamy się po Rostropowiczu, że będzie wykonywał kołyszące ruchy ciałem, prawą ręką przesuwał w poziomie, a lewą w pionie, obejmując nogami wiolonczelę. Od Domingo albo innej Netrebko oczekujemy wyprostowanej postawy i szerokich gestów śpiewaka sugerujących: obejmuję cały świat, jestem dla was, chcę was oczarować, a przy tym jest mi po prostu wygodnie śpiewać w tej pozycji, jest ona optymalna dla mnie i mojej bezcennej przepony.

 

Oczekujemy zatem, że w sali koncertowej, jeśli jest ruch – będzie i dźwięk. Niby w awangardzie wszystko już było, ale jednak jakoś nikt nam tego połączenia z melomańskich głów nie wybił. Czasami kompozytorzy wymyślają coś dziwnego, napędzani ciekawością: co by było, gdyby…? Jednak taki gest za drugim razem nie służy już zaskoczeniu, więc jeśli którykolwiek z szanujących się kompozytorów, dążących do tego, by ich utwory nie zestarzały się po tygodniu, przekracza granice, czyni to w jakimś celu. Czego zatem chce od nas Wielecki, epatując niemymi, jakoś ułomnymi gestami, za którymi nie idzie żaden dźwięk? Czy postanowił pójść tropem tych, wcale licznych, kompozytorów, którzy dzisiaj włączają chętnie do swojej muzyki elementy wizualne? W czasach dominacji kultury obrazkowej bardziej oczywista zdawałaby się deklaracja: „widać mnie, więc jestem”. Czemu więc upiera się Wielecki przy połączeniu tożsamości z dźwiękiem?

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.