Wydanie: MWM 11/2017

Melancholijna sielanka

Article_more
Istnieją dzieła, które kocha się od pierwszej chwili, od pierwszego wejrzenia, po prostu miłością szczerą i namiętną. Obdarza się je uczuciem kompletnie niewymagającym uzasadnienia. Wybucha ono nagle, przy pierwszym kontakcie; to wystarcza. Ale są również i te drugie, do których wiedzie długa droga. W tym przypadku inwestycja uczuciowa i emocjonalna wymaga czasami pośrednictwa podszeptu rozumu. Nie wypada przecież niektórych dzieł nie znać, a przekonanie się do nich wymaga czasu. Miłość z rozsądku? Może i tak, albo inaczej: uczucie dojrzałe, poważniejsze, wyposażone w uzasadnienia.

Miłością szczerą, od pierwszego wejrzenia pokochałem kiedyś skrajne symfonie Brahmsa – Pierwszą i Czwartą. Są w tonacjach minorowych, dużo w nich mroku, melancholii czy nawet tragizmu. Młodość takie nastroje preferuje. Ale Druga? Jeszcze niedawno podpisałbym się w odniesieniu do niej pod stwierdzeniem Francisa Poulenca: Brahms „to geniusz, wobec którego pozostaję całkowicie obojętny. To za ciężkie i za długie”. Zdanie symboliczne, nawet w kontekście generalnego problemu, jaki Francuzi miewają z kulturą niemiecką. Dla mnie również przez lata II Symfonia D-dur op. 73 wydawała się zbyt potężna, zbyt… pogodna i beztroska! Ileż można o „kwiatkach i sielankach”?

 

Dzisiaj takie spojrzenie na ten niezwykły utwór biorę całkowicie w nawias. Nie pomnę, kiedy przekonałem się do tego dzieła – z naszą pamięcią istotnie jest tak, jak to podpowiada W.G. Sebald we wstrząsającej książce Austerlitz – swoistym traktacie o ludzkiej pamięci (a może niepamięci?). Jesteśmy jak te wiewiórki, które zakopują zimowe zapasy i bardzo szybko tracą orientację, gdzie i kiedy poukrywały żywnościowe skarby. Wiem tylko, że Poulenc bardzo się mylił, że mylili się też i ci, którzy w Lipsku uznali II Symfonię Brahmsa za dzieło „zbyt bezproblemowe”. Zastanawiająco zgodnie współbrzmiały opinie ze strony publiczności i krytyki. Może ktoś zasugerował się przewrotnością samego kompozytora? Brahms, jak to się dziś mawia, „wkręcał” przyjaciół i znajomych, mylił tropy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nową symfonią zrobi niespodziankę, więc Clarze Schumann rzucił, że pierwsza część ma „nastrój żałobny”. W liście do Simrocka pozwolił sobie na jeszcze więcej: „nowa symfonia jest tak melancholijna, że Pan tego nie wytrzyma. Nigdy dotąd nie napisałem czegoś równie smutnego […]. Musi Pan tę partyturę wydać w czarnej ramce, żeby jej smutek miał swój zewnętrzny wyraz”. Nawet po prapremierze żartował dalej i ciągnął „funeralny” wątek – do Herzogenbergów napisał: „Wszyscy grali mój nowy utwór z krepowymi opaskami w ramieniu, ponieważ brzmi tak żałobnie. Wydany będzie na papierze z czarnymi ramkami”.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.