Wydanie: MWM 01/2013

Ten gość nie tylko od Chopina

Rozmowa z Garrickiem Ohlssonem
Article_more
Polskim melomanom nie trzeba przedstawiać tego pianisty od 1970 roku, kiedy jako dwudziestodwulatek wygrywał VII Konkurs Chopinowski. Pod koniec stycznia amerykański wirtuoz przyjeżdża do Wrocławia i Warszawy na cztery koncerty. Rozmawiamy przez telefon w czasie, gdy Garrick Ohlsson przebywa w Londynie, gdzie z London Philharmonic i maestro Stanisławem Skrowaczewskim gra I Koncert fortepianowy Brahmsa. Artysta często wybucha śmiechem, ma zaraźliwie pogodne usposobienie, słychać nieudawany entuzjazm.

Grzegorz Chojnowski: Jaka dziś pogoda w Londynie?
Garrick Ohlsson
: Teraz akurat mamy słońce, co tutaj jest niezwykłe.

Pamięta pan pogodę w Warszawie w październiku 1970 roku?
Bardzo dobrze. Ładnie nie było. Padał deszcz, a nawet śnieg. Ten pierwszy raz w Polsce nie kojarzy mi się ze słońcem, ale nie po słońce tam jechałem.

A więc miał pan angielską pogodę w Polsce...

Właśnie! Byłem okropnie zdenerwowany, podekscytowany, także tym, że poznaję nowy kraj, ludzi żyjących w innym systemie politycznym. Nie mam pojęcia, jakim cudem tak dobrze mi poszło podczas konkursu.

Zwycięstwo w Konkursie Chopinowskim zmieniło pańskie życie. Przez te czterdzieści dwa lata wiele pan podróżował, spotykał rozmaite orkiestry i wielbicieli muzyki na całym świecie.
Tak, i wiele się nauczyłem, także o Polsce, polskiej historii. Kiedy przyjeżdżam do jakiegoś kraju na występy, nie jestem turystą. Spotykam się z ludźmi, muzykami, z którymi współpracuję, z publicznością. Muzyka klasyczna to język uniwersalny, melomani w różnych miejscach wydają się podobni, uwielbiają tych samych kompozytorów, Beethovena czy Chopina, choć każdy kraj ma swoją specyfikę. Polacy potrafią odbierać muzykę z pasją, zwłaszcza Chopina. Po moich recitalach nie chcieli szybko wracać do domu, jak na Zachodzie. Ale w latach 50., gdy jako mały chłopiec słuchałem w Nowym Jorku Artura Rubinsteina, też nikt się po koncercie od razu do domu nie zbierał. Taka intensywność odbioru zdarzyła mi się jeszcze w kilku miastach: w Pradze, Budapeszcie czy Buenos Aires. Argentyńczycy są niesamowici, to cicha i równocześnie niezwykle entuzjastyczna publiczność. 

Specjalny podwójny styczniowo-lutowy numer "Muzyki w Mieście" poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu jest przez cały rok do nabycia w Filharmonii Wrocławskiej i w sprzedaży wysyłkowej.