Wydanie: MWM 12/2017

Atomy pod mikroskopem

Article_more
Na powitanie muzycy wymieniają specyficzny uścisk dłoni. „Sprawdziliśmy już wszystkie możliwe sposoby przybijania piątki, potem było podanie ręki »na profesora«, a teraz jest najgorszy wariant, czyli »nieudany uścisk dłoni«”, tłumaczy wiolonczelista Atom String Quartet, Krzysztof Lenczowski. Sprawdzenie wszystkich możliwych rozwiązań danej sytuacji to zasada, którą kwartet stosuje także w muzyce. Po siedmiu latach wspólnego grania – w trakcie jednej z najbardziej spektakularnych karier w polskim jazzie – zespół jeszcze szerzej otwiera się na nowe wyzwania.

Cztery Atomy
„Każdy chciałby grać w Atomach – mówi mi znajomy muzyk. – Mają markę, mnóstwo nagrań i własny styl”. I rzeczywiście: gdy proszę o spotkanie w ich „naturalnym środowisku”, sugerują samochód. Gdyby nanieść na mapę Polski ich trasy koncertowe z zespołem Zakopower, z Dorotą Miśkiewicz, rezydencję artystyczną w Filharmonii Szczecińskiej, koncert Głosy gór w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie czy wreszcie koncerty promujące ich najnowszą płytę Seifert, powstałby imponujący plan rozbudowy sieci krajowych autostrad.

 

A przecież każdy z członków kwartetu ma własne muzyczne życie. Dawid Lubowicz – pierwszy skrzypek ASQ – właśnie pokazał światu swój debiutancki musical. Wspólnie z bratem, Jakubem, napisali muzykę do zrealizowanego w Teatrze Roma widowiska Piloci – spektaklu opowiadającego historię miłości młodego lotnika i aktorki kabaretowej w czasach bitwy o Anglię. Drugi skrzypek Atomów Mateusz Smoczyński, zwycięzca II Międzynarodowego Jazzowego Konkursu Skrzypcowego im. Zbigniewa Seiferta, wydał w tym roku album Berek nagrany z własnym kwintetem, a tuż po naszej rozmowie ma wejść do studia by, śladami Seiferta, zarejestrować materiał na płytę na skrzypce solo. Altowiolista Michał Zaborski równolegle do pracy w Atom String Quartet gra repertuar klasyczny z najlepszymi polskimi orkiestrami.

 

Mateusz Smoczyński: Michał jest z jednej strony bardzo melancholijny: lubi piękne ballady, długie dźwięki, a z drugiej strony jest chyba najszybszym altowiolistą na świecie. Gra „węże”, które, gdyby chcieć je zapisać w nutach, wiłyby się gęsto po partyturze. Potrafi grać tyle nut w jednej sekundzie, że…

 

Michał Zaborski: …że nie wiadomo co to za nuty. 128-ki? (śmiech)

 

M.S.: Krzysiek jest mózgiem zespołu: wszystko musi przeanalizować na pięćset różnych sposobów. Co chwilę czyta jakieś nowe książki.

 

Dawid Lubowicz: Ja jestem pełen podziwu, że Krzysiek zdecydował się grać jazz na wiolonczeli. Nie ma wielu takich muzyków. W zespole musi być trochę perkusistą, gitarzystą, basistą i bardzo dobrze znać harmonię. Gdyby Krzysiek nie trzymał nas w ryzach, muzyka zwalniałaby tak, że w końcu byśmy stanęli.

 

Lenczowski współpracuje też między innymi z zespołem Cellonet profesora Andrzeja Bauera, a jego autorska płyta Internal Melody przyniosła mu w 2016 roku Fryderyka w kategorii Jazzowy Fonograficzny Debiut Roku. Jest też zespołowym prymusem, który zawsze pierwszy przygotowuje wszystkie zamówione u Atomów kompozycje.

 

Trochę delikatniej?
Jeszcze na Akademii Muzycznej Mateusz Smoczyński zaproponował Dawidowi Lubowiczowi powołanie do życia zespołu na wzór Turtle Island Quartet – amerykańskiego kwartetu smyczkowego, który od trzech dekad gra jazz. Od pomysłu do skompletowania zespołu minęło sześć lat. W 2011 roku Atom String Quartet zwyciężył w konkursie debiutów na festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa. Nagrodą była sesja nagraniowa, która zaowocowała ich pierwszą płytą Fade In i pierwszym Fryderykiem.

 

Ledwie rok później przyszłość ASQ stanęła pod znakiem zapytania. Mateusz Smoczyński pojechał do Nowego Jorku na przesłuchanie do zespołu, od którego wszystko się zaczęło: Turtle Island Quartet. „Na długo zanim zaprosimy muzyka na przesłuchanie, obserwujemy go bardzo dokładnie. Wystarczy jednak posłuchać choćby fragmentów nagrań Mateusza, by zobaczyć jakiej klasy to instrumentalista – mówi założyciel Turtle Island, David Balakrishnan. – Pierwszym utworem, jaki zagraliśmy podczas tego przesłuchania, był Windspan – kompozycja napisana dla nas przez Boba Mintzera, którą później nagraliśmy razem na płycie Confetti Men [za którą zespół w składzie ze Smoczyńskim nominowany był do nagrody Grammy – przyp. red.]. Mateusz po prostu zmiótł nas z powierzchni ziemi: jego swing jest tak mocny. Byliśmy niesamowicie podekscytowani i trochę… przestraszeni. Amerykańska tradycja gry na skrzypcach jest nieco inna. Pierwsza reakcja – moja i Marka [Summera, wiolonczelisty Turtle Island – przyp. red.] – była więc taka: Mateusz! Rewelacja! Ale czy mógłbyś spróbować teraz trochę delikatniej? (śmiech). Z miejsca wiedzieliśmy, że to swój człowiek. Nie znam drugiego skrzypka, który potrafiłby grać z taką mocą. Chyba tylko Zbigniew Seifert – dodaje Balakrishnan. – W jego muzyce słychać łączność z europejską szkołą muzyki klasycznej. Bije z niej energia, jaką wyzwala z siebie solista, grając najlepsze koncerty skrzypcowe. Większość skrzypków jazzowych, gdy tylko zbliży się do tego poziomu intensywności, natychmiast wytraca cały swing. Mało kto potrafi połączyć jedno z drugim. Ja tego nie umiem. Ale Seifert to potrafił. I ma to w sobie Mateusz”.

 

Smoczyński dostał propozycję, by dołączyć do Turtle Island w roli pierwszego skrzypka. Od tej chwili dzielił życie między jeden i drugi kontynent, oraz między jeden i drugi kwartet. W tak skomplikowanym związku wytrwał cztery lata. „W zespole byliśmy jak bracia – wspomina Balakrishnan. – I choć przykro nam, że odszedł od nas, to doskonale rozumiem jego decyzję. Jego prawdziwym domem jest Polska i wygląda na to, że jest tu bardzo szczęśliwy. To wspaniale, że właśnie członkowie Atom String Quartet nagrali płytę z muzyką Zbigniewa Seiferta – dodaje Amerykanin. – Kto, jeśli nie oni, może to zrobić tak wiarygodnie. Kiedy słucham ich płyty, odnajduję też, trochę nieskromnie, wpływ Turtle Island”.

 

Badanie siebie
Krzysztof Lenczowski
: Na samym początku chcieliśmy pokazać wszystkim, że na instrumentach smyczkowych można improwizować. Stąd każda informacja o naszym zespole zaczynała się od zdania „pierwszy polski kwartet smyczkowy grający jazz”. W tym momencie improwizacja i fakt, że gramy jazz, to oczywiście bardzo ważne wyróżniki, ale staramy się szukać inspiracji coraz dalej. Pojawiają się wpływy z kręgów muzyki współczesnej – takiej, która nas otacza. Jesteśmy po prostu zespołem grającym taką muzykę, jaka nam się podoba.

 

Smoczyński i Lubowicz wychowali się w muzycznych rodzinach. Rodzice Mateusza prowadzili dziecięcy zespół ludowy Nieporęciak, brat – Jan Smoczyński jest pianistą oraz rozchwytywanym producentem i aranżerem. Dawid wychował się w Zakopanem. Jego tata jest muzykiem jazzowym i autorem piosenek, jednak w rodzinnych stronach skrzypka chyba najgłośniej słychać było muzykę góralską.

 

D.L.: To jest trochę jak z nauką języka. Język miejsca, w którym się wychowujemy, zostaje z nami na długie lata, nabiera się akcentu – to jest coś, czego później nie da się nauczyć. Ja jestem z Zakopanego, ale nie od pokoleń. Jestem co najwyżej góralem z zasiedzenia. Ale tam się urodziłem, wychowałem – muzyka podhalańska towarzyszyła mi od dziecka. Bardzo dużo ludzi gra. Wielu moich kolegów w szkole muzycznej wieczorami grało po karczmach. Czasem grałem razem z nimi, dlatego do dziś ta muzyka jest mi bliska.

 

Krzysztof Lenczowski nie ukrywa zainteresowań muzyką elektroniczną.

 

K.L.: Przedsięwzięciem, które bardzo otworzył moją wyobraźnię, jeśli chodzi o aranżowanie i myślenie o kwartecie smyczkowym, była – co może wydać się zaskakujące – współpraca z Natalią Kukulską. Syntezatory i różnego rodzaju moogi tworzą tkankę bardzo polifoniczną. Te linie łatwo jest przenieść na język kwartetu smyczkowego. Aranżacje stają się niekonwencjonalne i okazuje się, że możemy garściami czerpać z tego muzycznego świata.

 

Muzycy ożywiają się, gdy zaczynamy rozmawiać o graniu free. Czy byłoby możliwe, by Atomy zagrały kiedyś cały koncert w stylu australijskiego tria Necks, budując improwizowane struktury z wolno rozwijanych, minimalistycznych motywów? Podobny zabieg wykorzystują, interpretując Dwie etiudy Witolda Lutosławskiego.

 

M.S.: Wprowadzamy pomiędzy nie łącznik. Mamy zasadę, że zaczynamy od długich nut i na nich budujemy harmonię. Często przynosi to zaskakujące rezultaty, zwłaszcza kiedy dwie osoby zmienią dźwięki w tym samym momencie, zniekształcając przez to zupełnie kontekst całego współbrzmienia. Często, zapowiadając Dwie etiudy, mówimy, że będzie to osiem, dziesięć minut ciężkiej jatki, po czym, gdy kończymy, rozlega się największa owacja. Myślę, że w tym kierunku będziemy się rozwijać. Jestem bardzo zainspirowany muzyką Györgya Ligetiego, zwłaszcza jego I Kwartetem smyczkowym „Métamorphoses nocturnes”. Słucham go przynajmniej raz w tygodniu. Chciałbym, żebyśmy potrafili komponować w taki sposób. 

M.Z.: Kiedyś możemy dojrzeć do tego, by zagrać cały improwizowany koncert, ale nie po to, żeby udowodnić komukolwiek, że potrafimy grać free, tylko żeby samych siebie sprawdzić: zobaczyć reakcje swoje i publiczności. Tak działają tacy artyści jak Marcin Masecki: cały czas poświęcają na proces badania samych siebie.

 

Lampka rosso
3 grudnia w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu ASQ zagra wspólnie z Orkiestrą Leopoldinum. Na tę okazję nowy utwór napisała Hanna Kulenty, która znana jest ze swojej muzyki na smyczki. Dwa kwartety zamówili u niej członkowie Kronos Quartet. Jej kompozycje wykonują tak cenione zespoły, jak Kwartet Śląski, Arditi czy Balanescu Qaurtet. Utwór, który zabrzmi we Wrocławiu, nosi tytuł Concerto Rosso.

 

„Jest to rodzaj concerto grosso, ale tytuł ze słowem »rosso« bardziej mi się spodobał, także dlatego że dopuszcza elementy improwizacji – tłumaczy kompozytorka. – W tym przypadku czuję ulgę, że Atom String Quartet to jazzmani. Sama gram jazz, improwizuję, a partytury piszę bardzo szybko: od razu na czysto, tuszem. Z drugiej strony teraz obleciał mnie strach, bo wszystko jest ściśle zapisane w nutach, poza końcówką… No, ale będziemy myśleć na próbach – dodaje Hanna Kulenty”.

 

Kompozytorka stworzyła swój własny styl, który nazwała musique surrealistique. Jego zadaniem jest przekształcanie między innymi konwencji muzycznych, przede wszystkim zaś modyfikowanie emocji związanych z muzyką i nie tylko. „Po wypiciu dobrego wina rosso rzeczywistość też się może przekształcić, czyż nie?” – podsumowuje kompozytorka.

 

Atomy szeleszczą
Dwa tygodnie później Atomy ponownie wejdą na estradę NFM, tym razem w towarzystwie wokalistki Doroty Miśkiewicz i trzynastu pianistów. W tym składzie przedstawią wrocławskiej publiczności projekt PIANO.PL – muzyczny hołd dla polskiej piosenki i polskiej pianistyki jazzowej.

 

„To, co jest dla mnie najważniejsze, to nieprawdopodobny drive, który ten zespół wnosi do każdego koncertu. Grając z Atomami, mam pewność, że odbiorą moją energię, a przy tym sami energię wygenerują. Dzięki temu płyniemy razem na fali niezwykłej interakcji. Krótko mówiąc: samo się wtedy wszystko śpiewa – mówi Dorota Miśkiewicz. – Trzeba też wspomnieć ich wielki talent do wydobywania dźwięków spoza typowego rejestru kojarzącego się z instrumentami smyczkowymi. Aby dodać utworom kolorytu, Atomy pukają, stukają, szeleszczą, przenosząc dźwięki gdzieś w okolice onomatopei” – dodaje wokalistka.

 

K.L.: W PIANO.PL spotyka się kilkunastu pianistów i nie chodzi już nawet o to, że każdy gra inaczej, ale każdy inaczej pisze, myśli o muzyce i o kwartecie smyczkowym. To niezwykłe doświadczenie. Leszek Możdżer przygotował aranżację utworu Tak jak w kinie, która brzmi po prostu jak totalnie polifoniczna muzyka klasyczna. Z drugiej strony przyszedł Piotr Orzechowski, który napisał intro do utworu Rebeka, a potem gramy właściwie z jednej linii partytury to, co chcemy. Kolejny przykład: Krzysztof Herdzin, który w mistrzowski sposób wykorzystał kwartet smyczkowy tak, że muzyka przenosi słuchacza ponad dachy Paryża. La valse du mal to z resztą ulubiony utwór mojej żony z płyty PIANO.PL.

 

Jeden Atom – cztery kwartety
Atom String Quartet pojawił się na estradzie jako zespół bardzo nietypowy – kwartet smyczkowy, który gra jazz. Teraz Atomy coraz częściej zapraszane są do tworzenia projektów wykraczających poza wszelkie ramy gatunkowe. Chyba największym wyzwaniem, jakie stoi przed nimi, jest zamówienie kompozytorskie w ramach rezydencji artystycznej w Filharmonii Szczecińskiej. Muzycy chcą napisać cztery utwory na kwartet smyczkowy i orkiestrę symfoniczną. Na tym nie koniec planów.

 

M.S.: Mam taką wizję, by każdy z nas napisał czteroczęściowy utwór – by każdy dostał tę jedną czwartą czasu na płycie i byśmy nagrali swoje własne kwartety smyczkowe. W następnej kolejności zlecilibyśmy spojrzenie na nasz zespół innym kompozytorom.

 

Atom String Quartet zapracował na wyjątkowe miejsce na scenie muzycznej: szybko zdobył uznanie, nagrody i morze propozycji. Przez osiem lat grania zespół udowodnił, że spełnia obietnicę, jaką zawarł w swoim bon mocie Jan Ptaszyn Wróblewski: „Czterech najsympatyczniejszych rzępajłów z siłą rażenia adekwatną do nazwy zespołu”. Teraz jednak przed ASQ staje szansa na wprowadzenie do muzyki – i nieważne, czy nazwiemy ją jazzem, kameralistyką czy muzyką „na smyczki” – własnych, oryginalnych wartości: by z najsympatyczniejszych atomów powstała wyjątkowa, trwała i cenna cząsteczka.