Wydanie: MWM 12/2017

Muzykujący aktor nieetatowy

Wojciech Pszoniak – wywiad
Article_more
Miałem wspaniałego nauczyciela, profesora Ortela, pierwszego oboistę Opery Śląskiej w Bytomiu. Podobno byłem zdolny, więc kiedy zwolniła się pozycja drugiego oboisty, zaproponował mi pracę. Nagle zobaczyłem całe swoje życie w orkiestronie operowym. Od razu oddałem obój. Jako muzyk orkiestrowy ciągle grałbym tylko koncerty. A ja chciałem robić różne rzeczy.

Hanna Szczęśniak: Człowiek z manufaktury w Teatrze Wielkim w Łodzi czy Djamileh Georgesa Bizeta na Festiwalu Beethovenowskim to wyzwania operowe czy aktorskie?

Wojciech Pszoniak: Jedno i drugie. Kocham operę, odziedziczyłem to po mojej matce. Z muzyką jestem związany od najwcześniejszych, dziecięcych lat. Zacząłem uczyć się gry na skrzypach mając pięć lat. Moja matka grała na skrzypcach, mój dziadek też. Matka kochała muzykę, była wielką miłośniczką opery, od małego byłem zabierany na koncerty symfoniczne i przedstawienia operowe. Muzyka jest taką dziedziną, bez której nie mogę sobie wyobrazić życia. Szczególnie bliska jest mi opera. Spektakle operowe bardzo się zmieniły od czasu kiedy byłem mały i chodziłem do Opery Śląskiej. W Ziemi obiecanej zagrałem Moryca Welta, więc kiedy powstał pomysł napisania opery Człowiek z manufaktury o Izraelu Poznańskim, okazało się, że „nie mogą sobie wyobrazić” spektaklu beze mnie, bo przecież Pszoniak w pewien sposób kojarzy się z Łodzią. Nie mam tam wiele do śpiewania, choć chciałem żeby mi napisali jakieś melodie, ale nie tak żebym musiał poświęcić kilka miesięcy na naukę. Mogę aktorsko przedstawić postać.

 

Czy muzyka wymaga innego skupienia, innej uwagi, innego myślenia?

Oczywiście. Ja nie mam kłopotu z czytaniem nut, mimo że nie jestem „zawodowym” muzykiem. Granie postaci w operze to coś zupełnie innego, niż w teatrze nieoperowym. Historia, fabuła, mają w teatrze ogromny ciężar. W operze nie pełnią tej funkcji. Tu rządzi muzyka i libretta są traktowane różnie. Czasem tekst nie zgadza się z tym co widzimy na scenie. Do teatru przychodzimy szukając myśli, która jest tu najważniejsza. Bez tekstu nie ma teatru, a bez muzyki – opery. Funkcja aktora staje się zupełnie inna. W operze postaci posługują się znakami. W sens tkwi w przeprowadzeniu myśli.

 

W domu słuchano muzyki, grano, zabierano małego Wojtka na koncerty.

Całe dzieciństwo spędziłem przy radiu. Moja matka słuchała transmisji z mediolańskiej La Scali. Śpiewali między innymi Beniamino Gigli, Tito Schipa... Te wielkie nazwiska od początku były obecne w naszym domu. Pamiętam do dziś muzykę jak falę – przychodzącą, odchodzącą, narastającą i niknącą, te reakcje na żywo, oklaski, krzyki. Matka słuchała razem z moim starszym bratem Antonim, a ja musiałem iść spać, więc słuchałem przez drzwi. Ojciec nie podzielał tej miłości, a matka nie chciała chodzić do teatru sama, więc jej towarzyszyłem. Nieraz byłem zmęczony, czasem się trochę nudziłem, albo po prostu czułem się samotny, bo byłem jedynym małym dzieckiem na sali koncertowej, czego bardzo się wstydziłem. W Polsce poziom edukacji muzycznej jest fatalny. A przecież konieczne jest uczenie dziecka od małego. Mnie to nudziło, nie rozumiałem takiej muzyki, bo niby skąd. Ale przez to, że była cały czas obecna, w pewnym momencie stała się dla mnie czytelna i zrozumiała. Dzięki temu właśnie nadal jest dla mnie tak ważna.

 

Czyli edukacja muzyczna powinna się zaczynać w domu, od najmłodszych lat.

Tak, jeżeli można. Ale nie jesteśmy niestety w Niemczech. Porównując poziom edukacji niemieckiej, czy francuskiej, z polską, to przepaść. Jesteśmy głuchym narodem, który ma Chopina, Szymanowskiego i Lutosławskiego. Wystarczy posłuchać jak śpiewamy Sto lat albo nasz hymn. To dramat. Cierpię z tego powodu. Nie wynika to z tego, że Polacy nie mają słuchu, ale z tego że nie wzrastają w kulturze, bo ta u nas jest bardzo niska. Wszystko jest chłopskie, folwarczne, najlepszy przykład to disco polo. W tym Polacy widzą siłę. Ale już po coś trudniejszego nie sięgną.

 

Ale Niemcy i Francuzi też mają swoje odpowiedniki disco polo.

Mają, ale istotna jest skala. Prawie w każdym małym mieście w Niemczech jest orkiestra symfoniczna. Wszyscy śpiewają, grają, wspólnie muzykują. To nieporównywalne realia.

 

Czy rozwiązaniem byłaby powszechna edukacja muzyczna w każdej szkole?

Oczywiście. Ale na tym musiałoby zależeć ministerstwu edukacji. Moi przyjaciele, którzy są nauczycielami muzyki, zgadzają się ze mną. Ale polskie władze w ogóle o tym nie myślą, to nie jest dla nich ważne. Wykształcenie plastyczne też podupada. Proszę popatrzeć na to, co nas otacza. Z estetycznego punktu widzenia to dramat.

 

Chaos.

Kompletny. Nie urodzi się Modigliani w tym koszmarze szmat i reklam wiszących w całej Polsce. I jak ktoś dorasta w takim otoczeniu to może być z natury wrażliwy, ale ktoś musi mu wskazać kierunek, uczulić na piękno. A jeżeli wszędzie widzimy tylko krzywe, brudne, brzydkie, to jak mamy się nauczyć? Mnie, człowieka kultury bardzo to dotyka.

 

Słucha pan innych gatunków niż klasyka?

Jazzu.

 

Jazzmanów mamy świetnych.

Wspaniałych. Ale dlatego że jest to cały czas coś nieinstytucjonalnego. Jeśli pani gra, ja też, to zbieramy się i gramy. Natomiast muzyka klasyczna i wszelkie związane z nią instytucje mają poważny problem.

 

Środowisko jazzowe istnieje w historycznej ciągłości, młodzi mają swoich mistrzów.

Tak, chociażby Namysłowskiego czy Karolaka. To niszowa muzyka, ale ma swoich wielbicieli, polskiego jazzu dobrze się słucha. Ale ten, kto słucha tandety, jazzu nie zrozumie. Z disco polo nie da się przeskoczyć do Brittena czy do Theloniousa Monka. Dlatego trzeba uczyć.

 

To zmienia człowieka.

Zmienia. Człowiek inaczej słyszy. Jest bardziej uważny na to jak się zachowuje, co mówi, a nawet jak i co je. Tak jak edukacja plastyczna sprawia, że inaczej widzimy barwy, kształty, obrazy. To długi proces, ale co nasze „elity” polityczne mogą o tym wiedzieć? Macron gra na fortepianie. Kaczyński nie wiem na czym gra. Tusk gra w piłkę nożną. Mamy problem i z lewej, i z prawej strony.

 

Widzi pan u nas szansę zmiany systemowej?

Dobre pytanie. To trudna sprawa. Przeskoczyliśmy z systemu komunistycznego do kapitalistycznego, w którym kultura nie jest celem samym w sobie. Chodzi tylko o to, żeby jakoś wszystko funkcjonowało i było opłacalne ekonomicznie. Nie mamy jeszcze tylu bogatych ludzi, co w Stanach Zjednoczonych, którzy mogliby finansować kulturę. Dlatego powinno się tym zajmować państwo. No ale państwo się tym nie zajmuje. Moje prognozy są umiarkowane.

 

Pierwszy koncert albo kompozytor, który szczególnie pana ujął?

Przede wszystkim pamiętam opery – Verdiego, Pucciniego, Leoncavalla. To byli moi pierwsi kompozytorzy, to ich słuchałem w domu jako dziecko. Potem oczywiście Beethoven i Mozart. Szymanowski był już trudniejszy. Pierwszym kompozytorem bardziej dla mnie zrozumiałym był Różycki, ale też Bach.

Ale największą słabość ma pan do opery.

Bo ona jest we mnie najdłużej. Ale lubię też dobrą, trudną muzykę współczesną. Dawniej to barok wydawał mi się bardzo awangardowy, ale na szczęście poszedłem dalej. Za to nie każdej muzyki można słuchać w domu. Nic nie zastąpi sali koncertowej. Tam jest zupełnie inny odbiór, inne skupienie.

 

Większe?

Na pewno. To tak jak z oglądaniem filmu w telewizji i pójściem do kina. Sala koncertowa czy teatralna wiążą się z rytuałem. Nie można wyjść w trakcie. To takie wewnętrzne zobowiązanie, dyscyplina.

 

Jak przychodzenie do świątyni.

Tak. Modlić można się też w domu, ale w świątyni czy w sali koncertowej tworzy się wspólnota. To ważne, że słucha się z kimś. Może tego nie dostrzegamy, ale ja uważam, że to za każdym razem jest święto.

 

Ważne jest też to, że muzycy są fizycznie obecni?

Tak. Ja lubię oglądać muzyków. Są dyrygenci wspaniali, mniej wspaniali, bardziej ekspresyjni i mniej. Jako aktor zwracam uwagę na ciało. Dlatego już po sylwetce widzę jakie jest zaangażowanie muzyka. Wystarczy popatrzeć na orkiestrę Niemieckiej Filharmonii Kameralnej w Bremie pod dyrekcją Paavo Järviego. Zaangażowanie muzyków jest niezwykłe. Widać silny związek instrumentalisty z dyrygentem i to niesie. U Filharmoników Wiedeńskich czy Filharmoników Berlińskich nikt nie siedzi jak chce. Są jak jeden organizm.

 

Czy po wyjściu z koncertu lubi pan dyskutować o muzyce?

Chodzę na koncerty z żoną. Każdy dobry koncert jakoś w nas zostaje. Chętnie porównuję to, co usłyszałem, z tym co już znam, robiłem to chyba od najmłodszych lat. Zazwyczaj wyrabiam sobie opinię już w trakcie koncertu. Mam swoje ulubione wykonania. Carlosa Kleibera uważam za jednego z najgenialniejszych interpretatorów VII Symfonii Beethovena. W domu mam kolekcję prawdziwych płyt, analogowych, a na nich chociażby wczesne wykonania Wagnera. Więc w domu też słucham.

 

Jest też muzyka towarzysząca, ta grająca w tle chociażby w kawiarniach.

Moim zdaniem tej muzyki towarzyszącej jest za dużo. Lubię ciszę. To co słyszymy w galeriach handlowych, sklepach, restauracjach, to nie jest muzyka, to często bezwartościowy łomot.

 

Czy gra pan nadal na wszystkich instrumentach po które pan sięgał?

Nadal mam saksofon i czasem na nim gram. Ale teraz zająłem się wiolonczelą. Akurat mam przerwę, bo naciągnąłem sobie więzadła w barku.

 

Wraca pan jeszcze do skrzypiec?

Nie. Ale w filmie Czerwona Wenecja grałem Vivaldiego, więc znajomość instrumentu bardzo się przydała. Od razu widzę, jeżeli aktor nie umie grać, a tylko udaje. Bo przecież wiem, że nie tak się trzyma skrzypce.

 

Przy instrumentach dętych też pan to widzi?

Mniej, ale po oddechu zauważam, że nie łapie go w tym momencie co trzeba.

 

W szkole często pan zmieniał instrumenty.

Zaczynałem od skrzypiec, ale kiedy poszedłem do orkiestry wojskowej skrzypce okazały się nieprzydatne, więc grałem na werblu. W szkole muzycznej zmieniłem skrzypce na klarnet. A jak już uciekłem z wojska to chciałem kontynuować grę na klarnecie, ale nie chcieli mnie przyjąć do liceum muzycznego w Bytomiu. Powiedzieli że klarnecistów jest „jak psów”, więc zasugerowali obój. To nigdy nie był mój pomysł. Dali mi instrument i zacząłem grać. Miałem wspaniałego nauczyciela, profesora Ortela, pierwszego oboistę Opery Śląskiej w Bytomiu. Podobno byłem zdolny, więc kiedy zwolniła się pozycja drugiego oboisty, zaproponował mi pracę. Nagle zobaczyłem całe swoje życie w orkiestronie operowym. Od razu oddałem obój.

 

Było w tym coś ograniczającego?

Tak samo nie mógłbym być na etacie w teatrze, gdzie aktorzy przez trzydzieści lat siedzą w tej samej garderobie. Jako muzyk orkiestrowy ciągle grałbym tylko koncerty. A ja chciałem robić różne rzeczy. Dlatego wyszedłem z teatru etatowego i wyjechałem do Francji. Tam wiedziałem, że gram od maja do czerwca, a potem od czerwca do października, ale jak już skończę grać, to mogę iść na wystawę, mogę żyć, pojechać na narty. Chciałem być wolny.

 

Nigdy nie chciał pan śpiewać?

Mam świadomość swoich mocnych i słabych stron. Tego akurat nie potrafię. Mój brat pięknie śpiewał, uczył się tego w szkole muzycznej. Miałem kiedyś taki pomysł, żeby nagrać płytę ze śpiewakami, a ja występowałbym jako nie-śpiewak. To byłoby śmieszne, taki amator przy wielkich śpiewakach. Ale to oczywiście żart.

 

Marzy pan o kolejnym instrumencie?

Nie, już nie. Chciałbym tylko wrócić do mojej wiolonczeli.