Wydanie: MWM 12/2017

Rzecz jak najmożliwsza do zagrania

Article_more
Koniec roku skłania do podsumowań albo wspomnień, chętnie wypełniłbym więc całą kolumnę charakterystyką mijających właśnie dwunastu miesięcy – wymieniłbym najważniejsze wydarzenia artystyczne albo płyty, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Nie do tego jednak ta strona w „MwM” została powołana, więc pomysł spalił na panewce.

Nie całkiem jednak, bo jeśli miałbym przywołać najciekawsze, najlepsze koncerty mijającego roku, to z pewnością na czele listy znalazłyby się dwa majowe występy Budapeszteńskiej Orkiestry Festiwalowej. Zespół pod dyrekcją budzącego respekt, a nawet strach, szefa – Ivána Fischera – gościł niedaleko, po sąsiedzku, niecałe dwieście kilometrów na wschód od Wrocławia. W programie koncertów znalazły się dzieła Béli Bartóka – zagrane po prostu fenomenalnie. Był Zamek Sinobrodego, były balety Drewniany książę i Cudowny mandaryn, ale nie było utworu, który Węgrzy wykonają w Narodowym Forum Muzyki, a który u Bartóka zamówił niezwykle zasłużony dla muzyki XX wieku szwajcarski dyrygent i mecenas – Paul Sacher. Gdy po latach wspominał ten fakt, skwitował wartość otrzymanej od kompozytora partytury bardzo krótko: „Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że zostanie nam ofiarowane prawdziwe arcydzieło”.

 

Zamówienie skierowano do Bartóka pod koniec czerwca 1936 roku. Kompozycja miała być wykonana podczas jubileuszowego koncertu Bazylejskiej Orkiestry Kameralnej, na jej dziesiąte urodziny. Skład tego zespołu narzucał pewne ograniczenia, chociaż Bartók nie musiał uwzględnić wyłącznie smyczków, istniała możliwość poszerzenia instrumentarium. Bartók w lipcu poinformował więc Sachera: „Myślę o utworze na instrumenty strunowe i perkusyjne (a więc poza smyczkami jeszcze fortepian, czelesta, harfa, ksylofon i perkusja); przypuszczam, że ta obsada nie spowoduje żadnych trudności. Bardziej kłopotliwe jest spełnienie życzenia, żeby sam utwór nie był zbyt trudny. Technicznych trudności będę mógł chyba – w możliwym stopniu – uniknąć; gorzej jednak z uniknięciem trudności rytmicznych. […] W każdym razie będę się jednak starał napisać rzecz jak najmożliwszą do grania. W końcu nigdy przecież nie piszę z zamiarem utrudniania gry wykonawcom”. Pracę zakończył Bartók 7 września 1936 roku. 

Nową kompozycję nazwał nietypowo. Dzisiaj można uznać, że tytuł to oczywisty, jednak osiemdziesiąt jeden lat temu mógł się wydawać suchy, wręcz ostentacyjnie „technologiczny”. Wymieniał w nim przecież kompozytor obsadę zespołu niezbędnego do wykonania – Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę. Ale ów tytuł był jak emblemat, jasno dawał do zrozumienia, że zapowiada coś bardzo niezwykłego, zupełnie nietuzinkowego. Jeszcze raz okazało się, że ograniczenia są wyzwalające, ponieważ powodują wyzyskanie potencjału do ostatnich granic. Muzyka jest czteroczęściowa – niby więc „klasyczna” forma, ale to przecież wyraźne odejście od preferowanej ówcześnie przez Bartóka symetrii formalnej. Poszczególne ogniwa są tak kontrastujące i różne, że nieżyjący już muzykolog Tadeusz A. Zieliński uznał, iż „można mówić niemal o różnicach stylistycznych” [sic!]. Na szczęście Bartók zadbał o właściwe wyważenie owej różnorodności, więc słuchacz nie musi retorycznie pytać: „konstrukcja to dramaturgicznie spójna czy tylko cztery luźno związane ze sobą epizody”? Wreszcie skrupulatnie przemyślał brzmienie zespołu, które wynika również z ustawienia na estradzie. Narzucił następujący porządek: smyczki podzielone zostały na dwie identyczne grupy (kwartety) i rozsadzone – jakby to powiedzieli wojskowi – „na flankach” znajdujących się w centrum estrady pozostałych instrumentów. Kontrabasy stanowią „tylną straż”.

 

Bartók nie daje chwili wytchnienia. Od cichych dźwięków kunsztownej fugi – mrocznej i gorzkiej – napisanej praktycznie na same smyczki (Andante tranquillo), przez skrzącą się zmiennymi motywami, „żartobliwą” część drugą (Allegro) i emanujące głębokim, ale oryginalnym liryzmem Adagio, aż po motoryczny, ludyczny finał (Allegro molto) muzyczne wypadki toczą się wartko, praktycznie bez chwili oddechu. A może przeciwnie: zamierzony potok pomysłów, faktur, nastrojów i brzmieniowych barw wciąga bez reszty, frapuje tak, że zapomina się o wszystkim! Ważna jest tylko wspaniała muzyka – bezkompromisowa, napisana bez taryfy ulgowej, przez to doskonała pod każdym względem.

 

Dla Pierre’a Bouleza Bartók należał do „wielkiej piątki” najważniejszych kompozytorów XX wieku obok Strawińskiego, Schönberga, Berga i Weberna. Boulez doskonale rozumiał jego muzykę i świetnie ją interpretował, podobnie jak Georg Solti i Iván Fischer. Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę po prostu nie można przegapić – to arcydzieło! Będzie smakowicie…