Wydanie: MWM 12/2017

Sobie a intruzom

Article_more
„Są dwie muzyki (przynajmniej ja tak zawsze myślałem): muzyka, której się słucha, muzyka, którą się gra. Te dwie muzyki są dwiema zupełnie odmiennymi sztukami, każda z nich ma swoją własną historię, swoją własną socjologię, swoją własną estetykę, swoją własną erotykę”. Czyżby, panie Barthes?

Są dwa rodzaje ekspozycji na dym tytoniowy: palenie bierne, palenie czynne. Te dwa rodzaje są zupełnie odmiennymi nałogami. Tak mówią i piszą.

Ale powiedziano też:

„– Proszę pana, tu nie wolno palić.
– Wiem, ale ja się nie zaciągam.”

 

Jak więc ten rodzaj ekspozycji nazwać? Palenie niedoczynne? Palenie czynne na pół gwizdka? Nawykowa czynność palenia bez głębszego zaangażowania, wtedy gdy coś się już w człowieku – nomen omen – wypaliło?

 

I jak to połączyć? Muzyk bierny (słuchacz), muzyk czynny (wykonawca), muzyk czynny wypalony?

 

Według swobodnie nadinterpretowanych ustaleń gramatyki to jeszcze bardziej skomplikowane. Przyjrzyjmy się orzeczeniom.

 

Słuchamy muzyki – to jednak strona czynna, publiczność i strona bierna niekoniecznie idą więc w parze, jak wiadomo zresztą, aktywne słuchanie i pasywne słyszenie to dwie odmienne czynności. Do tego trzeba jeszcze uwzględnić ciekawy, może nie nieunikniony, ale z pewnością pożądany układ: Słuchamy siebie (strona zwrotna). To zdanie z kolei można łatwo przekształcić, korzystając z przechodniości czasownika, i przechodniości ról przy okazji. Uzyska się wtedy konstrukcję: Jesteśmy słuchani przez siebie samych (nadal samozwrotnie, lecz to już strona bierna!). Okazało się właśnie, że – sumując – w podwójnej roli słuchacza i źródła dźwięku zarazem można być uczestnikiem czynno-biernym, naraz agensem i pacjensem, wykonawcą i obiektem czynności, czyli samemu sobie sterem, żaglem i okrętem. Co wtedy dzieje się z dwoma rzekomo całkiem odmiennymi rodzajami sztuki – „muzyką, którą się gra”, i „muzyką, której się słucha”?

 

Weźmy teraz z pozoru bardzo podobne zdanie, wprowadzające jednak dodatkowego aktora: Jesteśmy słuchani przez kogoś innego (oho! Nadal strona bierna). Czyli, emitując dźwięki, bywa się i pacjensem po prostu hojnie, biernie wystawiającym się na zachłanność cudzych uszu. Pozostaje pytanie, czy uszy te należą do „inkluzów” czy do intruzów; czy, innymi słowy, słuchacze są mile widziani i z góry uwzględnieni, czy wykonawcy woleliby pozostać przy układzie samozwrotnym. Bo przecież różnie z tym bywa…

Idźmy dalej i wykorzystajmy czasownik „grać”. Gramy muzykę dla słuchaczy (strona czynna, no ba! Właściwie niewiele względem zdania poprzedniego się zmieniło, choć słuchacze są tu ewidentnie „inkluzami”). Jednak czasem istotna okaże się pokrewna konstrukcja: Gramy muzykę dla siebie i samej Muzyki (a to nadal strona czynna). Zatem można też być wykonawcą, czynnym, niezależnym agensem, dla którego jedynym pacjensem jest muzyka, i któremu już żadnych innych „pacjentów” w postaci słuchaczy-intruzów po prostu nie potrzeba. W którym z tych dwóch wariantów jest się bardziej czynnym – grając dla innych czy dla siebie?

 

Ale hola, hola! Nie zapominajmy o innych wykonawcach: Muzyka jest grana przez kogoś innego (czerw zazdrości podszepnie, że na pewno niedoskonale, więc jasne – strona bierna, dobrze mu tak, muzyka sama w sobie, traktowana podmiotowo niech będzie najważniejsza). Muzyka jest grana przez nas samych (…nadal strona bierna, przy czym muzyka, i tylko muzyka, jest tu podmiotem). Gramatyka podpowiada więc cicho, że grając bywa się czasem tylko dopełnieniem; wykonawcą bez reszty (czyli niemal biernie), zaprzedanym muzyce; czystym medium niezakłócającym przekazu. Jak utopijnie by to nie brzmiało.

 

I szkoda tylko, że nie da się do tego maksymalistycznego wariantu dorzucić jeszcze: Śpiewam siebie/ się, Gram siebie/ się. Czynnie samozwrotnie? Prawie „człowiek-nikt”.

 

Pozostańmy więc przy tym: „Sobie śpiewam a Muzom” – czyli, mimo skromności przedsięwzięcia, strona czynna. Muzom lub strugom ciepłej wody pomieszanej z pianą – jak pokazuje Woody Allen w To Rome with Love, skłaniając mnie do drążenie tematu strony biernej i czynnej w dziedzinie muzyki. Jego bohater (grany przez tenora Fabia Armiliato) ma fenomenalny głos, mimo braku jakiegokolwiek wykształcenia muzycznego zachwyca talentem i znajomością kultowych arii. Tyle że umie śpiewać wyłącznie pod prysznicem. Dla siebie czyliż, samozwrotnie, więc kto wie, może nawet „śpiewać się”. Z cudzego podszeptu pojawia się jednak na estradzie, przed publiką – pełniącą nie tylko rolę słuchaczy, ale i widzów (co gorsza – gdyż on nadal jest nagi). Na deskach sceny, lecz w kabinie, otulony pianą myje się i śpiewa, nieco autystycznie, choć na koniec wychodzi i składa ukłon. Występuje i z akompaniamentem fortepianu, i nawet w przedstawieniu operowym: wychyla się zza szyby, pryskając na pozostałych aktorów, i rozdaje przewidziane w libretcie Pajaców sztychy. Wtedy jest już bardziej dla innych, koniec końców mimo sukcesów nie czuje się jednak szczęśliwy, toteż porzuca karierę sceniczną. Któż by chciał być nagim naturszczykiem wśród profesjonalistów wyfraczonych i wyfiokowanych od stóp do głów? Komu z nas się to nie przyśniło jako trudny do wymazania z pamięci koszmar? Strona czynna w istocie pomieszać się tu może ze stroną bierną, szczególnie gdy opuścić już przyjdzie bezpieczny schron kabiny i stanąć oko w oko z głodną wrażeń publiką, i to w świetle jupiterów (choć z listkiem figowym ręcznika). Erotyka muzyki, tak, panie Barthes? Najwyraźniej taka rodem ze Śniadania na trawie, choć płeć, że tak powiem, odmienna. Ta stereotypowo czynna zastąpiła tę rzekomo bierną, jednakże zderzenie nagości skojarzonej z pięknem z jednej strony z ucywilizowanym smakoszostwem z drugiej to nadal dominujący układ. Ale czy każde piękno winno brylować w operze czy śniadać na trawie nago?

 

A z drugiej strony – czy godzi się ten boski głos pod korcem trzymać? U Allena talent okazuje się podarowany za frajer, de facto nagi i niewinny jak pierwsi rodzice w raju, ale zaraz rodzi się pytanie, czy zdolności kształcone latami ukryć można i sobie a Muzom śpiewać? Nie można – pewnie powie ten, komu jak represyjne superego kołacze się w głowie dobro samoutrwalającego się systemu edukacji muzycznej, kultury filharmonijnej et cetera. Uczą się śpiewać dla kogoś, grać dla kogoś, czynni są, a bierni potrzebują czynnych, tak jak czynni potrzebują biernych. Może i tak.

 

Chociaż powyższy kolaż cytatów zewsząd wziętych i nie do końca logiczny rozbiór kilku zdań podpowiada, że kto nigdy nie śpiewał sobie a Muzom nago pod prysznicem, szybko stać się może niedoczynny. Czyli będzie palić, ale się już z lubością nie zaciągnie.