Wydanie: MWM 12/2017

Słuchacz nieprzygotowany

Article_more
To była jedna z ostatnich szczecińskich edycji pionierskiego festiwalu Musica Genera, rok 2007. Na scenie ekstremalnie głośny, elektroniczny, improwizowany noise duetu Lasse Marhaug / Robin Fox, radykalny wtedy nawet dla mnie. Koło nas na widowni przyprowadzona w misyjnym zapędzie koleżanka – otwarta, inteligentna, słuchaczka alternatywnego rocka. Widzę, że w trakcie koncertu coraz szerzej otwiera oczy. Wreszcie przerwa. Dziewczyna pyta nas... cóż, oczywiście nie mogę przytoczyć jej słów dosłownie, powiedzmy zatem, że pyta, czy nie bolała nas ostatnio głowa. Mimo to została do końca.

Słyszałem już od takich osób różne rzeczy: od „To jednak dla mnie za trudne” i „Jestem już za stary na taką muzykę”, po „Niesamowite! Kiedy idziemy znowu?!”. Staram się nie zrażać niepowodzeniami (zwłaszcza że trudno tu zdefiniować niepowodzenie). Ciekawe zresztą, że choć pamiętamy, ile wysiłku i czasu kosztowało nas zrozumienie niektórych zjawisk w muzyce, chcemy wierzyć, iż przynajmniej niektóre z nich są dostępne dla każdego, bez muzycznego przygotowania; iż nie istnieje żadna bariera wejścia – wystarczy otwarty umysł. Także twórcy lubią pielęgnować w sobie myśl, że ich muzyka jednak nie jest doskonale elitarna, że w lepszym świecie słuchaczy byłoby więcej – gdyby nie edukacja, media, stereotypy... Czy to nie sam Bogusław Schaeffer – skądinąd tak zasłużony na polu objaśniania słuchaczom muzyki współczesnej – odpowiedział na kolejne pytanie o rozumienie muzyki słowami: „Tu nie ma nic do rozumienia. Tu trzeba słuchać”?

 

Wiemy, że sporo w tym naiwności, ale też swoje ofiary wybieramy starannie, z tych najlepiej rokujących. Zaciągamy je na te koncerty, które – jak się nam wydaje – można odbierać nieintelektualnie, ahistorycznie, zupełnie bez znajomości kontekstu i bez wiedzy muzycznej. Wiemy też, że najlepiej zaryzykować zabranie ich na wycieczkę do jaskini lwa, w miejsce, które dla tej muzyki jest środowiskiem naturalnym. Konformizm społeczny działa wtedy na korzyść muzycznych misjonarzy – skoro kilkadziesiąt osób słucha w skupieniu tego jazgotu, a do tego jeszcze klaszcze i krzyczy po utworach, to może jest w tym choć krztyna sensu? To dlatego koncerty popularyzatorskie, albo też zorganizowane w wyniku nieporozumienia, kiedy wymagająca muzyka trafia w niewłaściwe miejsce i do niewłaściwej publiczności, zwykle nie kończą się dobrze – przypadkowi słuchacze stanowią większość, więc odrzucenie i szyderstwo z nieznanego jest opcją domyślną. Nawet w stanowiących mniejszość grupach słuchacze przypadkowi zachowują się swobodniej – kiedy taka rozbawiona ferajna chce pobawić się w klubie jazzowym, a ląduje na występie swobodnych improwizatorów eksplorujących techniki rozszerzone, często robi się nieprzyjemnie.

 

Zdecydowanie należy więc pamiętać o zachowaniu przewagi, albo przynajmniej równowagi liczebnej. Bo też i my sami przyprowadzając do sali koncertowej gościa z innego świata, odbieramy muzykę inaczej niż zwykle. Nie mogę powiedzieć, że dla mnie samego jest to odbiór komfortowy, raczej przeciwnie – przestaję koncentrować się na własnych przeżyciach, a zaczynam słuchać uszami mojego towarzysza. Podświadomie cieszę się tym, co może sprawić mu estetyczną przyjemność, martwię się fragmentami, które pewnie pozostaną niezrozumiałe. Nie jest szczególnie przyjemnie obserwować na czyjejś twarzy narastającą konsternację – ale przecież z drugiej strony wiem, że takie reakcje są najcenniejsze. 

„Może właśnie na tym polega nasze zadanie? Ludzie powinni przecież ciągle stawiać pytania, nie tylko dopasowywać się do rzeczywistości – mówiła mi niedawno portugalska trębaczka Susana Santos Silva. – I może najważniejsze jest w tym wszystkim to, że ktoś wróci do domu po koncercie muzyki improwizowanej i powie: Co to do cholery było?! Nie trzeba od razu zakochiwać się w tej muzyce. Ale jeśli sprowokujemy kogoś do zakwestionowania rzeczywistości wokół niego, nasze zadanie zostanie spełnione”.

 

Historia zna wiele przypadków, kiedy jednorazowe doświadczenie koncertowe zmieniło czyjeś życie – wielu muzyków chwyciło za instrument albo obrało zupełnie nową ścieżkę po wyjątkowo mocnym przeżyciu koncertu, który był dla nich zupełnie niepojęty – i dlatego właśnie wytrącił ich z utartych kolein. „Rozwijamy się, obcując z tym, czego nie rozumiemy” – mówił Janusz Tazbir. Słowa Silvy to skądinąd kolejny przykład próby ucieczki przed widmem elitarności – nawet jeśli słuchacz nie rozumie tej muzyki, może ona zadziałać na niego inspirująco. Wiem, że muzycy naprawdę bardzo cenią sobie obecność na widowni odbiorców spoza zaklętego kręgu twarzy, które widują od lat. I często dla samych artystów takie spotkania należą do najbardziej pobudzających twórczo.

 

„Pracowałem kiedyś na kursach zawodowych dla nauczycieli – opowiada amerykański perkusista Tomas Fujiwara. – Część przyszła z grzeczności na mój koncert i pewnie większość z nich nigdy nie słyszała niczego podobnego. Jedna z uczestniczek przyprowadziła swojego chłopaka. Gość miał mocną osobowość – po koncercie od razu do mnie podszedł i powiedział: «Wiesz, zaciągnęła mnie tu dziewczyna. Musiałem przyjść, choć wcale nie chciałem. Kiedy zaczęliście grać, było nawet gorzej, niż myślałem, że będzie. Co to do cholery ma być?! – pomyślałem. – To jakiś hałas! Ale wiedziałem, że nie będę mógł się stąd wyrwać, bo to byłoby niegrzeczne, no więc stwierdziłem, że utnę sobie drzemkę. Zamknąłem oczy, żeby odpłynąć, a wtedy zacząłem naprawdę słuchać tego, co gracie, i zaczęły mi przez głowę przelatywać obrazy! Łódź na oceanie, jakieś latanie...». Facet miał oczy zamknięte aż do końca koncertu – ciągnie Fujiwara – i opowiadał o tym w bardzo ekspresyjny, sugestywny sposób. Słuchanie jego opowieści o procesie słuchania było fantastyczne. Ten słuchacz nigdy nie doświadczył muzyki w ten sposób. Poza faktem, że muzycznie było to dla niego zupełnie nowe, sama sytuacja odbioru muzyki na koncercie była dla niego niecodzienna. Zwykle słuchał muzyki jako tła albo w samochodzie, żeby się doenergetyzować. Tamtego wieczoru było inaczej. Tego rodzaju interakcja daje ci nadzieję, że to nie jest muzyka tylko dla małego grona twórców i fanów, że można zdobywać nowych słuchaczy i liczniejszą publiczność, która wcale nie musi jej «rozumieć», znać jej historii, ale po prostu jej doświadcza i coś dla siebie wynosi”.

 

A może to właśnie słuchacz nieprzygotowany jest jak papierek lakmusowy pozwalający zbadać autentyczność i siłę przekonywania? Na koniec przytoczę jeszcze jedną opowieść. W całości, bowiem jest to opowieść doskonała. Rzecz dotyczy koncertu duetu Olbrzym i Kurdupel – saksofonisty Tomasza Gadeckiego i gitarzysty basowego Marcina Bożka. Opowiada Tomasz Gadecki: „Graliśmy kiedyś w Kołobrzegu. Na koncert postanowiła przyjść cała rodzina Marcina – czyli ludzie, którzy zupełnie nie słuchają takiej muzyki. No, zagraliśmy jak zwykle. Po koncercie przychodzi mama i mówi: «No dobrze, cały czas się stroiliście. Kiedy będziecie grali?». Na to odzywa się wujek, który jeździ na co dzień traktorem i słucha disco polo: «No co ty! Nie wiesz, co to było? Powiem ci: na początku było ciężko, naprawdę ciężko – to był poniedziałek. Bo poniedziałek jest ciężki. Potem było już lżej – to był wtorek. W środę już się przesilało, już słońce wyszło...». Facet tak do nas mówi, a ja mam łzy w oczach – opowiada Gadecki. – «W czwartek już było z górki, to było słychać. W piątek? A w piątek czułem, że ziemniaki są okraszone cebulką ze szpyrkami! W sobotę to już była zabawa. A niedziela – to było święto!». Od tamtej pory nie śmiem powiedzieć, że ta muzyka może do kogoś nie trafić”.