Wydanie: MWM 01/2018

Ballada o cudownym odnalezieniu fideli płockiej

Article_more
Kim właściwie była ta niepiękna pani? O ciele grubym, byle jak ciosanym. O figurze nadal preromańskiej, kiedy w Europie dogasał płomienisty gotyk. Mazow i Mazosze umazane w błocie – to były jej ojczyzny, nim litościwa łacina westchnęła: Mazovia. Jeżeli wierzyć kronikarskim słowom Ibrahima Ibn Jakuba (lecz kto by tam dał wiarę Żydowi z Sefardu?) za Mieszka I już z niej była, tak półgębkiem, Polka.

Madame? Dajcie spokój. Żadnej podstrunnicy, a bez paznokci nie podchodź. Opuszkiem nie zagrasz, nawet jeśli ma lecieć tylko buczenie burdonu. Przed oczyma duszy (vide: krzywy podstawek na nierównych nóżkach) widziała pokolenia młodszych i łatwiejszych, schodzące równo ze stronic encyklopedii muzyki. Gdyby jej przypadkiem wtedy nie znaleźli (to było w listopadzie, pamiętam, w ‘85 byłem w drugiej licealnej) na dnie wyschniętej studni, nikt by o niej nie wiedział, na zawsze zostałaby nikim.

 

Żadna z niej jeszcze wiola, z młodszych sióstr da gamba, a tym bardziej altówka, z jej wnuczek da braccia. Ale jeżeli na myśl przyjdzie nam przypadkiem hipotetyczny do szpiku John Cale, który rzępoli gdzieś w kraju Miecława (chwiejącym się niepewnie na krawędzi Polski i skraju chrześcijaństwa, trzy ćwierci od śmierci, co zabrała Jaćwingów, Żmudzinów), to można się spodziewać, że rzępoli na niej. Jakub Kazimierz Haur, w swoim zacnym Składzie abo skarbcu znakomitych sekretów oekonomiery ziemiańskiej, daje stosowną rycinę tego undergroundu.

Ani różowa, skoro cięta z pospolitej olchy, ani płaska jak opłatek, skoro przy 72 centymetrach wzrostu miała aż 24 centymetry w biodrach – więc czym by miała kusić średniowiecznych? Lecz nie jest niedorzeczne to, że Piotr z Grudziądza albo Mikołaj z Radomia mogli słyszeć w dzieciństwie, jak we wsi zawodzi. Dziad wędrowny z nią sypiał, głodny i zawszony, a nie jakiś nadworny Mikołaj Gomółka. Excepta mazowieckie, magnackie fochy i wapory, zwolnienie kmieciów na rękojemstwo – wszystkie lewackie sprawy są bliskie jej sercu. Pięć wieków później zagra na niej zespół R.U.T.A.

 

 

Jej głos to mętny burdon. Śpiewa tren za książąt o jakże ironicznym imieniu Janusze. Znacznie lepiej umieli ucztować niż administrować, niektórzy się zabzdryngolić umieli na śmierć. Kiedy w 1529 roku (po długich wiekach wahań i bycia, powiedzmy, raz Katalonią, a raz Krajem Basków) Mazowsze definitywnie wstąpiło do Polski, ona mogła już leżeć połamana w studni, która się zmieniła w śmietnik i latrynę. Kiedy ją obudzili, zreinkarnowali, opowiedziała to wszystko Marii Pomianowskiej.

 

Albo mogła nie leżeć. Jeśli właśnie o niej napomyka, z niemiecka, Martin Agricola. Kronikarz i rymopis za jednym zamachem, etnograf i poeta. Weźmy dystych: „Allein das die Polacken zwar / Greiffen zwischen die seiten gar” („Polacy tak już mają, że palce między struny stawiają”). Lub inny: „Auch schafft man mit dem zittern frey / Das süsser laut die melodey” („Dzięki maleńkim glissandom melodia brzmi słodko bardzo”). W połowie XVI wieku Europa już wie, że istnieją „Polnische Tänze” (to z nich się wezmą mazur i polonez) i że nad Wisłą grają „Polnische geigen” (złóbcoki, mazanki, suki i fidele). Więc się integrujemy. Za sprawą tej niepięknej pani? O grubo ciosanym, byle jakim ciele?