Wydanie: MWM 01/2018

Bernsteinista

John Wilson – wywiad
Article_more
Bernstein posługiwał się klasyczną tonalnością, jednak wiele jego rozwiązań rytmicznych, harmonicznych czy melodycznych było bardzo odkrywczych. Proszę sobie wyobrazić, jaką pracę intelektualną musiał wykonać, by stworzyć tak charakterystyczny, indywidualny język muzyczny. Nie wiem, czy był modernistą czy tradycjonalistą. Na pewno był Bernsteinistą.

Andrzej Cezary Zieliński: Zanim przejdziemy do rozmowy na temat twórczości Leonarda Bernsteina, zapytam o pana początki. Jak to się stało, że zafascynował się pan muzyką Bernsteina?
John Wilson: Pierwszym w życiu utworem, jakim dyrygowałem, było West Side Story. Miałem wtedy szesnaście lat. To była amatorska produkcja – towarzystwo muzyczne zebrało grupę lokalnych śpiewaków i instrumentalistów. Mimo młodego wieku poczułem, że to, co wykonujemy, jest prawdziwym arcydziełem. Dyrygowałem później West Side Story jeszcze trzy, może cztery razy. Ten musical stał się osią, podstawą mojej fascynacji muzyką Bernsteina. Od niego wszystko się zaczęło, a później pojawiły się kolejne dzieła – On the Town, Wonderful Town, Trouble in Tahiti, ale też symfonie, kameralistyka i utwory wokalne.

 

W jednym z wywiadów Bernstein powiedział, że chciał, by West Side Story stało się wzorem do stworzenia nowego typu musicalu. Był rozżalony, bo uważał, że kompozytorzy nie podchwycili jego idei. Jak pan myśli, dlaczego tak się stało? I przede wszystkim co rozumiał Bernstein przez „nowy typ musicalu”?
West Side Story swoją broadwayowską premierę miało w tym samym roku co My Fair Lady. I były to skrajnie różne musicale. My Fair Lady opierało się w całości na konserwatywnej tradycji operetkowej. Eksplorowało ten klasyczny europejski gatunek do granic możliwości. Po drugiej stronie barykady znajdowało się wtedy postępowe West Side Story, które wyrastało z kultury amerykańskiej i języka amerykańskiego. Oryginalne przedstawienie z 1957 roku stało w całkowitej sprzeczności z ówczesną tradycją sceniczną. Dzieci, które występowały w chórze, brane były z nowojorskich ulic! Bernstein chciał, by West Side Story było głęboko zakorzenione w amerykańskim duchu tamtych czasów. To był nowy kierunek w musicalu. Uważam przy tym, że Bernstein się mylił, stwierdzając, że nie było kontynuacji tego trendu. Myślę, że w kontekście języka przekazu Stephen Sondheim był następcą tej estetyki.

 

Rozmawiać dziś będziemy w większości o tej drugiej stronie działalności Bernsteina, o jego twórczości kompozytorskiej. Ale czy rzeczywiście była to jego druga, a nie pierwsza strona? Myśli pan, że Bernstein był rozdarty między dyrygenturą a kompozycją?
Artur Rubinstein powiedział kiedyś, że Bernstein jest najlepszym pianistą pośród dyrygentów, najlepszym dyrygentem pośród kompozytorów i najlepszym kompozytorem pośród pianistów. To prawda! Wszystko, czego dotknął, zamieniało się w złoto najwyższej próby. Fascynujące jest to, jak różnorodne były jego poszukiwania muzyczne, musiał czuć się naprawdę spełniony. Przychodziły jednak momenty, w których poświęcał się tylko jednej aktywności w pełni. Takim wyłomem był rok 1965. Zrezygnował wtedy z prowadzenia Filharmoników Nowojorskich. Skupił się w pełni na kompozycji. Rezultatem tego było powstanie między innymi Chichester Psalms. Poza tymi przerwami miał jednak bardzo mało czasu na pisanie. Komponował tylko wtedy, gdy widział, że ma coś ważnego do powiedzenia. Dlatego też wszystkie jego utwory utrzymane są na tak wysokim poziomie. Słychać w nich pasję, z jaką pisał. Jako dyrygent też charakteryzował się wielką charyzmą, pełnym przekonaniem o słuszności tego, co robi. Nie wszystkim muszą podobać się jego interpretacje, ale zarejestrowane koncerty do tej pory elektryzują każdego, kto je ogląda.

 

Jak to się stało, że Bernstein od samego początku swojej drogi twórczej łączył tak silnie muzykę klasyczną z popularną? On sam mówił, że jedynym jego nauczycielem kompozycji był Aaron Copland.
Trafił pan w samo sedno, wymieniając Coplanda. To chyba najważniejszy amerykański kompozytor w ogóle. Jego muzyka zainspirowała całe pokolenia twórców. Jeżeli ktoś chce wykorzystać amerykańskie brzmienie, to on jest wzorcem w tej materii. Jego wpływy słychać w każdym utworze Bernsteina. Są momenty w West Side Story, które prawie żywcem zaczerpnięte zostały z El Salón México. Leonard Bernstein niejako przetłumaczył na swój język amerykańską duszę Coplanda. Obydwaj dziś stanowią kanon muzyki amerykańskiej. Oczywiście Bernstein inspirował się też wieloma innymi kompozytorami, których dziełami dyrygował. Bardzo duże piętno odcisnęła na nim opera Peter Grimes Benjamina Brittena.

 

Słychać też w jego muzyce bardzo dużo wpływów Dymitra Szostakowicza.
Tak. Dziś jego interpretacje symfonii Szostakowicza to legendarne pozycje. Nie słyszałem nigdy lepszego wykonania VII Symfonii niż Bernsteinowskie. Nie oszukujmy się też – międzynarodowy sukces muzyki Szostakowicza to w dużej mierze zasługa Bernsteina. To oczywiste, że przeniósł tę fascynację na grunt swojej własnej twórczości.

 

Podobnie było również z Mahlerem. Jest nawet takie słynne zdjęcie, na którym Bernstein prowadzi próbę orkiestry ubrany w bluzę z nadrukowanym zdjęciem Mahlera.
On sprawił, że Mahler stał się modny w tamtych czasach. Ponownie – dzięki temu, że nagrał wszystkie jego symfonie, Mahler powrócił do żelaznego kanonu światowej muzyki. 

Ale Bernstein nie tylko nagrał jego wszystkie symfonie, lecz także, jeśli się nie mylę, jednocześnie je sfilmował. Zatrzymajmy się w takim razie na chwilę przy tej wizualnej stronie jego działalności. Bernstein chyba lubił kamerę. Filmował wiele swoich występów, nie wspominając już o jego telewizyjnej działalności edukacyjnej. Czy to właśnie dzięki nagraniom wideo i telewizji stał się tak rozpoznawalną postacią na świecie?
Z pewnością. On był pierwszym dyrygentem, który w tak dużym stopniu wykorzystał zalety nowego wówczas medium, jakim była telewizja. Urodził się w 1918 roku zatem rozkwit jego kariery przypadał na lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. W tym samym czasie telewizja stała się dominującym medium, szczególnie w Ameryce. On kochał uczyć. To w telewizji dostrzegł możliwość bezpośredniego kontaktu z setkami tysięcy ludzi. Tak propagował muzykę klasyczną, ale i jazz. Trzeba to jasno powiedzieć – ani wcześniej, ani później nie było nikogo takiego jak Leonard Bernstein. Któż inny jednocześnie był tak wspaniałym pianistą jazzowym, dyrygentem, kompozytorem i edukatorem. Może André Previn ma wszystkie te cechy. Jednak to twórczość Bernsteina jest teraz centrum amerykańskiego repertuaru i to jego nagrania są kanonem XX-wiecznego wykonawstwa. Nie ma nikogo innego, kto zasłużyłby się na tak wielu polach. Był spełniony w każdym aspekcie i to czyni go tak wyjątkowym.

 

A jak wyglądały początki jego inspiracji jazzem?
Odnosząc się do jego inspiracji, nie używałbym słowa „jazz”. W latach trzydziestych i czterdziestych, kiedy formował się jego język muzyczny, jazz nie był tym, czym jest w naszym rozumieniu dziś. W tamtym okresie najbardziej wpłynęła na Bernsteina muzyka popularna. Wszyscy wielcy twórcy piosenek – George Gershwin, Cole Porter oraz muzycy big bandów Benny’ego Goodmana. Wczesne teatralne dzieła Bernsteina – On the Town czy Wonderful Town czerpią pełnymi garściami z popkultury tamtych czasów. Później pojawiła się muzyka Duka Ellingtona, jeszcze później Milesa Davisa, którą również słychać w jego twórczości. No i rock. To wszystko mieszało się w jego umyśle, czego rezultatem są takie dzieła jak napisane zresztą dla Benny’ego Goodmana Prelude, Fugue and Riffs oraz dużo późniejsza kompozycja czerpiąca z rocka – MASS.

 

Co współcześni kompozytorzy myśleli na temat jego utworów? Jak środowisko akademickie reagowało na łączenie muzyki popularnej z poważną?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie w precyzyjny sposób. Jednak jestem przekonany, że Bernsteinowi nie zależało na pozytywnych opiniach innych twórców. Był wielkim indywidualistą. Słynął z zaborczości – zazwyczaj to otoczenie musiało dostosowywać się do jego warunków. W trakcie komponowania nowych utworów był bezkompromisowy. Pisał tylko to, co uważał za dobre. Nie wydaje mi się, żeby Bernstein w jakikolwiek sposób należał do środowiska akademickiego. Był samotną wyspą. Taki miał pomysł na siebie. I trzeba go takim akceptować.

 

Zastanawiające są opinie, jakie wygłaszał na temat awangardy. Mówił, że „zjada ona własny ogon” i że „mógłby na zawołanie napisać dowolną liczbę utworów serialnych”. Trudniej według niego jest „skomponować dobrze brzmiącą melodię w F-dur aniżeli trzygodzinną sonatę w technice dwunastotonowej”.
Tak! Tworzył na ten sam temat różne wariacje. Powiedział też, że „trudniej byłoby skomponować 32-taktową piosenkę niż całą symfonię atonalną”. Myślę, że nie powinien dziwić nas jego negatywny stosunek do awangardy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Trzeba pamiętać, iż w czasach, kiedy kształtował się jego język muzyczny, ucieleśnieniem nowoczesności był Aaron Copland i jego Wariacje na orkiestrę – utwór będący punktem zwrotnym w muzycznym życiu Bernsteina. Ten bezkompromisowy sposób kształtowania dzieła, ten język wypowiedzi w pełni podporządkowany idei nadrzędnej, stał się filarem, na którym Leonard Bernstein zbudował swoją technikę kompozytorską.

 

A uważa pan, że jego muzyka była nowoczesna czy raczej reakcyjna? Jego język muzyczny był bardzo eklektyczny, ale z drugiej strony był to zupełnie nowy rodzaj eklektyzmu.
Według mnie Bernstein wymyka się tego rodzaju klasyfikacjom. Oczywiście, posługiwał się klasyczną tonalnością, jednak wiele jego rozwiązań rytmicznych, harmonicznych czy melodycznych było bardzo odkrywczych. Proszę sobie wyobrazić, jaką pracę intelektualną musiał wykonać, by stworzyć tak charakterystyczny, indywidualny język muzyczny. Nie wiem, czy był modernistą czy tradycjonalistą. Na pewno był Bernsteinistą.

 

Leonard Bernstein jawi się w świadomości większości ludzi jako twórca musicali. To trochę paradoksalne, ponieważ musicale to najmniejsza część jego działalności kompozytorskiej. Napisał przecież kilkadziesiąt dzieł orkiestrowych, kameralnych i wokalnych. Co dziś dzieje się z tą muzyką?
W tym roku świętujemy setną rocznicę jego urodzin. Jestem pewien że jego symfonie, pieśni czy dzieła chóralne znajdą się w repertuarach filharmonii na całym świecie. Ale przecież jego muzyka grana jest cały czas. Często widzę w programach orkiestr Serenadę na skrzypce, czy III Symfonię. Pojawiają się nawet trudne do wykonania Chichester Psalms. Myślę, że idealnie do twórczości Bernsteina pasuje zdanie, które powiedział kiedyś angielski kompozytor Richard Rodney Bennett, opisując swoją zróżnicowaną stylistykę: „Moje utwory są jak różne pokoje w tym samym domu”.

 

Mimo bardzo rozbudowanej działalności edukacyjnej Bernstein nie lubił uczyć kompozycji. Tym samym nie wychował sobie żadnego następcy. Czy myśli pan, że mimo to można wskazać kontynuatora jego sposobu myślenia o muzyce?
Myślę, że najbardziej wyróżniającym się przykładem wpływu Bernsteina na twórczość innego kompozytora naszych czasów jest styl Johna Adamsa. On również mieszał ze sobą wiele wpływów. Słychać u niego jednocześnie minimalizm, muzykę francuską i modernizm. Przy tym podobnie jak Bernstein stworzył swój indywidualny, bardzo charakterystyczny język muzyczny. No i również jest niezwykle popularny.