Wydanie: MWM 01/2018

What is Jazz?

Article_more
„Wiesz co, Miles, zagraj, proszę, oba wersy tej melodii. Potem możesz o niej zapomnieć. Chodzi o to, by wszyscy wiedzieli, że to, co grasz, to właśnie Sweet Sue – instruuje trzydziestoletniego Milesa Davisa uśmiechnięty Leonard Bernstein. – »Every star…« – podśpiewuje przyszły autor West Side Story i improwizuje. – Gramy intro, a potem dokładnie te akordy – rzęzi Miles do kolegów z kwintetu. – Spróbujmy wygrać ten motyw wszyscy razem.”

Sweet Sue to pierwszy utwór w wykonaniu kwintetu Davisa, jaki trafił na sklepowe półki za sprawą wydawnictwa Columbia. Zanim słuchacze mogli nastawić płytę ’Round About Midnight, Leonard Bernstein przygotował dla nich album edukacyjny What is Jazz?, na którym – z pomocą standardu Sweet Sue – udowadnia, czym jazz różni się od innych gatunków muzyki i co z tego wynika.

 

Maestro krok po kroku tłumaczy i ilustruje na fortepianie, czym są blue notes w jazzowej melodii, gdzie leży ćwierćton: pamiątka po afrykańskich przodkach jazzu, czym jest synkopowanie i co wspólnego ma jazzowy rytm z przyspieszonym biciem serca, a także dlaczego Makbet jest świetnym materiałem na bluesa (jak każdy pentametr jambiczny). Następnie przechodzi do muzyki popularnej: „Każdy może napisać piosenkę – zachęca kompozytor New York, New York. – Wystarczy wymyślić osiem taktów. Powtarzamy je – mamy już szesnaście. Potem trzeba napisać mostek, ale nie musi to być wcale dobra kompozycja, bo i tak większość słuchaczy tej części nie zapamięta. Na koniec znów powtarzamy nasze pierwsze osiem taktów i gotowe. Tak powstaje klasyk. Łatwizna”.

 

Wzorzec ten ilustruje właśnie melodią Sweet Sue – napisaną w 1928 roku przez Victora Younga do słów Willa Harrisa, wykonywaną kolejno przez dziesiątki amerykańskich artystów od The Mills Brothers, przez Benny’ego Goodmana, Binga Crosby’ego, Louisa Armstronga po Ellę Fitzgerald. „Piosenka – tłumaczy Bernstein – jest w rękach muzyka jazzowego jak manekin, którego ten stroi następnie w swoje własne interpretacje i improwizacje. To samo robił już Mozart, pisząc swoje Wariacje na temat „Ah vous dirai-je, Maman”, piosenki znanej dziś jako Twinkle, twinkle little star. Istnieje nieograniczona liczba sposobów, w jakie można zagrać jedną melodię. To wykonawca, improwizując, tworzy jazz”.

 

W swym muzycznym wykładzie Bernstein znajduje też czas, by ponarzekać na to, że dziś nikt już nie tańczy do jazzu. „Kiedyś nowy taniec mieliśmy praktycznie co miesiąc: the Lindy Hop [nazwany tak na pamiątkę pierwszego »skoku« przez Atlantyk w wykonaniu pilota Charlesa Lindbergha w 1927 roku], the Peabody [od nazwiska nowojorskiego policjanta, porucznika Williama Franka Peabody’ego, który, choć słusznych rozmiarów, słynął ze swojej słabości do tańca, w którym poruszał się z zaskakującą lekkością], the Shag, the Big Apple, Boogie Suzie-Q… – wylicza z nostalgią narrator. – Teraz tańczą co najwyżej entuzjaści mambo, a i to wymaga od nich atletycznej siły. Dziś, żeby tańczyć, trzeba zapisać się do szkoły tańca!” – pomstuje nasz przewodnik.

 

Wraz z rozwojem technik rejestracji dźwięku muzyka przestała być tylko zaproszeniem na parkiet, a stała się jakością samą w sobie: „Słuchamy jak nigdy dotąd. Ciekawi nas, jakie nuty są grane, jak dobrze, jak szybko, jak oryginalnie – wylicza dyrektor Filharmoników Nowojorskich. – Nie da się słuchać wnikliwie bopu, jednocześnie tańcząc i szepcząc czułe słówka do partnerki w tańcu. Jazz stał się formą muzyki kameralnej”. Zmienili się też jazzowi wykonawcy. Jazzman spoważniał. Uczesał się. Włożył lepsze ciuchy i okulary w rogowej oprawie. Stał się wykształconym w konserwatorium intelektualistą. „Jazz jest cool – opisuje kompozytor. – Podobnie jak jazzowa publiczność, którą w klubach na całym świecie można spotkać, niekiedy i bez drinka w dłoni”. 

By zilustrować swoją tezę, maestro zaprasza do gry (choć nie przedstawia nikogo z nazwiska) Milesa Davisa i jego kolegów: tenorzystę Johna Coltrane’a, pianistę Reda Garlanda, basistę Paula Chambersa i perkusistę Philly’ego Joe Jonesa. Prym wiedzie tu Trane, a melodia Sweet Sue znika gdzieś za muzyczną smugą. „Nie ma znaczenia, czy nazwiesz ten dziwny kawałek szalonym czy cool, futurystycznym czy modernistycznym. Jazz wkracza w świat poważnej muzyki koncertowej. A dlaczego to jeszcze jazz? Bo grają go muzycy jazzowi, na jazzowych instrumentach, sięgając korzeniami do ducha muzyki jazzowej, a nie Bacha – definiuje celnie Leonard Bernstein. – Dla niektórych z owego »nowego jazzu« bierze swój prawdziwy początek amerykańska muzyka poważna. Oto wreszcie nasi kompozytorzy zyskali własną formę ekspresji. Konsekwencją tej tezy musi być uznanie, że cała dotychczasowa symfoniczna muzyka amerykańska jest jedynie zaadaptowaną imitacją europejskiej tradycji od Mozarta do Mahlera. Czasem, muszę przyznać, wydaje mi się, że jest w tym twierdzeniu coś na rzeczy – zmierza do pointy nasz przewodnik. – Jazz idzie jednak dalej, wytyczając nowe ścieżki, a czasem odkrywając na nowo te stare. Z każdym krokiem poszukując tego, co świeże”.

 

Na koniec stawia diagnozę: „W każdej prawdziwie żywej i poszukującej dziedzinie sztuki pojawiają się podziały, spory i stronnictwa. Jak w malarstwie, gdzie miecze krzyżują ze sobą abstrakcjoniści i naturaliści; w poezji imażyniści z surrealistami; w jazzie mamy wielką bitwę między tradycjonalistami i progresywistami. Ci drudzy pragną jak najdalej uciec od rozwiązań sprzed półwiecza. Eksperymentują z nowymi brzmieniami, wykorzystują relacje między dźwiękami, które nie były dotąd używane w »starym jazzie«. Ogółem: starają się utrzymać jazz jako sztukę żywą i interesującą poprzez poszerzenie jej zakresu” – mówi Maestro głosem zapisanym na płycie sześćdziesiąt jeden lat temu.

 

W stulecie urodzin Leonarda Bernsteina wykład What is Jazz? jest kolejnym dowodem jego muzycznej (a także retorycznej) błyskotliwości. Zaskakujące pozostaje, jak bardzo aktualna jest zarówno jego definicja jazzu, jak i charakterystyka stron wciąż żywego ideologicznego sporu mainstreamu z awangardą. W jazzie, jak chyba w żadnej innej formie muzycznej aktywności, bezustannie powracają pytania: co to jest jazz?; czy to jeszcze jazz? I czy, czekając na satysfakcjonującą odpowiedź na pytania powyższe, jazz przypadkiem nie umarł.
 

Bernstein znał jazz chyba z każdej strony. Za młodu grał go w barach przy pianinie. Później spisywał dla wydawnictw nutowych solówki Colemana Hawkinsa i innych wielkich mistrzów improwizacji. Jazz wkradał się więc i do jego języka kompozytorskiego – choćby w II Symfonii „The Age of Anxiety” na fortepian i orkiestrę. Jako dyrygent, na płycie Leonard Bernstein Conducts Music of Our Time, połączył w jeden program improwizacje na orkiestrę i solistów jazzowych Larry’ego Austina z utworami Mortona Feldmana i Györgya Ligetiego. Nawet podczas słynnych, emitowanych przez telewizję koncertów edukacyjnych Young People’s Concerts znalazł czas, by wprowadzić młodzież w świat trzeciego nurtu, prezentując kompozycje Gunthera Schullera. Pół wieku temu Bernstein pracował odważniej niż wielu dyrygentów, kuratorów i kompozytorów współcześnie – w muzycznej rzeczywistości, która ponoć słyszała już wszystko i jest post-wszystkim.

 

Na koniec swojego wykładu Maestro pozwala raz jeszcze zagrać kwintetowi Davisa Sweet Sue – jazz, jak to określa, „w czasie teraźniejszym: ugruntowany na solidnej przeszłości, przed którym stoi otworem ekscytująca przyszłość”. Oby i w tym nasz drogi Jubilat się nie pomylił.