Wydanie: MWM 01/2018

Platon po amerykańsku

Article_more
„Uważany jest za typowego kompozytora amerykańskiego nowych czasów”. Elżbieta Pawlak napisała to zdanie dawno temu – w drugiej połowie XX wieku, może nawet pod koniec lat siedemdziesiątych, skoro zostało opublikowane w pierwszym tomie Encyklopedii muzycznej PWM (1979). Tak rozpoczynała się krótka charakterystyka twórczości Leonarda Bernsteina.

I dalej jego muzykę charakteryzowała w ten oto sposób: „odznacza się zaletami współczesnego warsztatu kompozytorskiego, aczkolwiek wiele cech w jego twórczości można uznać za reproduktywne”. Autorka naturalnie podkreśliła fakt, że Bernstein należy do wąskiej grupy współczesnych kompozytorów, którzy „komponując w języku eklektycznym – potrafili zjednać dla własnej muzyki wielu zwolenników”. Encyklopedyczne hasło winno być obiektywne, więc nie zarzucam Elżbiecie Pawlak braku obiektywizmu, lecz wyczuwam kryjące się głębiej jakieś „ale”, w odniesieniu do wielu zjawisk muzyki XX wieku często przywoływane, że – tak to sobie próbuję uporządkować – może jednak zbyt mało tu „awangardowości”, że Bernstein burzycielem nie był, ani rewolucjonistą. Za to postępował śladem już przetartym, garściami czerpał od innych. Autorka tamtego hasła nie dodała jeszcze (chyba nie wypadało), że nie bał się kiczu…

 

Czasy się zmieniły i to, co kiedyś mogło stanowić zarzut, dziś – w epoce prawie doszczętnie wypranej z oryginalności, ciągle żywiącej się przeszłością, tę przeszłość pożerającej i trawiącej – staje się atutem. To, co eklektyczne, zmiksowane i przetarte, zestawione na zasadzie bądź to analogii, bądź kontrastu, cieszy się wzięciem największym. A Leonard Bernstein z „typowego kompozytora amerykańskiego nowych czasów” awansował do grona… no właśnie – chyba jeszcze nikt nie zastanowił się nad nośną etykietką dla niego i jemu podobnych twórców. Na klasyka jednak zbyt potargany, nie nosił żabotu i peruki, nawet tużurka, a na powiązanie ze współczesnymi eko-hipstersko-alternatywnymi nurtami za mało elektryczny czy technologiczny, no i palił papierosy, więc też odpada. 25 sierpnia minie sto lat od jego narodzin, więc w ciągu najbliższych miesięcy Bernsteinem będziemy się żywić – i to w skali całego muzycznego świata.

Niespełna rok temu opisywałem tu jego II Symfonię „The Age of Anxiety”. Jako symbol naszych czasów (w końcu jak dotąd „wieku niepokoju”) – byłaby jak znalazł; chyba jeszcze bardziej niż przed rokiem. Czy mogłaby też być jakoś miarodajna dla dorobku kompozytorskiego Bernsteina? Nie, jednak w tej roli wolę pięć lat późniejszą (z 1954 roku) Serenadę na skrzypce solo oraz zespół towarzyszący. Właśnie nie orkiestrę, bo Bernstein (może wykorzystując pomysły Bartóka?) ograniczył skład instrumentalny do smyczków, harfy i instrumentów perkusyjnych. Pisał Serenadę w bardzo płodnym i barwnym okresie, bo oprócz niej jego uwagę twórczą absorbowały również broadwayowskie musicale (Wonderful Town), opera (Trouble in Tahiti), oryginalna muzyka filmowa (On the Waterfront), a za moment pojawił się słynny Candide (o tym dziele można napisać całą epopeję) i powstało wielkie West Side Story.

 

Serenada to teoretycznie gatunek „lekki”, ale akurat to dzieło zdecydowanie „lekkie” nie jest, blisko mu do ambitnych koncertów instrumentalnych XX wieku, z wyraźnie przeciwstawionymi sobie partiami solowego instrumentu i orkiestry. Dodatkowo Bernstein skomplikował wszystko, bo w podtytule odniósł muzyczną materię do Uczty, jednego z najsłynniejszych i najważniejszych dialogów Platona. Każda z cząstek Serenady odwołuje się do wystąpienia wybranych uczestników platońskiej dysputy o miłości: w pierwszej są to Fajdros i Pauzaniasz (muzyka podpowiada tu taneczną aurę, chociaż metrum jest na przemian dwu- i trójdzielne), w drugiej pojawia się emanujący zmysłowością Arystofanes, w trzeciej – lekarz Eryksimachos (rozgadany, ba – trajkoczący). Część czwarta jest poważna – wiadomo, Agaton swoją mowę o Erosie podsumowuje hymnem na jego cześć. A w ostatniej, najbardziej rozbudowanej, przemawiają Sokrates i Alkibiades – całość kończy się jakoś namiętnie aluzjami do swingujących, a może nawet bluesowych nastrojów.

 

30 sierpnia 1954 roku w liście do Williama Schumana (kolegi po fachu) Bernstein donosił, że Serenada na papierze wygląda „okropnie pięknie”. Podkreślił zresztą fakt, że w notce w „Sunday Times” utwór beztrosko przypisano właśnie Schumanowi. Nie bardzo się tym dziennikarskim bykiem przejął, a po premierze w Wenecji był niezwykle zadowolony – bo Isaac Stern grał ponoć „jak anioł”. Ciekawe, że cały pomysł z powiązaniem samej muzyki z wątkami Uczty pojawił się podobno już po skomponowaniu Serenady. Jeśli nawet, to był to strzał w dziesiątkę, w amerykańskim stylu. A że troszkę kiczowaty? Milan Kundera napisał: „w chwili, kiedy pojmujemy, że kicz jest kłamstwem, przestaje on być kiczem. Traci swą autorytatywną władzę i jest wzruszający jak każda inna ludzka słabość”.