Bilse i jego bilsiści

Article_more
Zaczynał od grania na legnickich weselach i pogrzebach, potem został pierwszym skrzypkiem w orkiestrze Johanna Straussa ojca, wreszcie stworzył jedną z najlepszych orkiestr w ówczesnej Europie i został ojcem berlińskich filharmoników. Nazywał się Bilse.

Syn oberżysty z Liegnitz, rocznik 1816, przyszedł na świat w gospodzie Zum Schwarzkretscham (przy dzisiejszej ulicy Głogowskiej 32, tuż za mostem na Czarnej Wodzie) i został ochrzczony jako Johann Ernst Benjamin w sędziwej Marienkirche, sławnej farze miasta, od czasów reformacji pozostającej nieprzerwanie w rękach ewangelików. Jako czternastolatek zaczął pobierać lekcje u muzyka miejskiego, Ernsta Friedricha Scholza, i choć uczył się grać na różnych instrumentach – harfie, trąbce, rogu – najważniejsze stały się skrzypce. Razem z Scholzem występował na uroczystościach rodzinnych i miejskich, a nawet na koncertach w piwnicy ratuszowej. Młody, zdolny, dobrze rokował, ale pewnie zmarnowałby swój talent, bo nie miał pieniędzy na dalsze kształcenie; ojciec zmarł, gdy Benjamin – tego imienia używał – miał piętnaście lat, a wdowa z piątką dzieci z trudem wiązała koniec z końcem. Na szczęście dwóch zamożnych obywateli Legnicy, ziemianin i kupiec, złożyło się na stypendium dla Bilsego i wysłali chłopaka do Wiednia.

 

A ty noś długie włosy

Uczył się dyrygentury i doskonalił grę na skrzypcach u Josepha Böhma, znanego wirtuoza i profesora w Konserwatorium Wiedeńskim, a poza tym dorabiał w orkiestrach Lannera i Johanna Straussa. Cudne czasy, biedermeierowski Wiedeń żył muzyką, jedna z miejscowych kronik doliczyła się w jednym tylko karnawałowym dniu 297 bali, a inna podawała, że bywały wieczory, gdy na parkiecie szalała jedna czwarta obywateli miasta, czyli ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Wszystkim trzeba było zagrać do tańca i do kotleta, więc Johann Strauss stworzył przedsiębiorstwo muzyczne, wielki zespół, który dzielił na kilka mniejszych kapel, szkolił, firmował swoim nazwiskiem i posyłał do pracy, obdzielając jednego wieczora nawet kilkanaście sal.

 

Bilse przeszedł w Wiedniu dobrą szkołę, ale wrócił do Legnicy. Miał dwadzieścia sześć lat i potrzebę pracy na swoim – dostał posadę dyrygenta miejscowej orkiestry. Niby awans, ale magistrat nie był hojnym pracodawcą i początkowo finansował rocznie tylko sześć koncertów, odbywających się w Teatrze Miejskim. Trudno więc uwierzyć, że mimo braku pieniędzy Bilse zdołał ściągnąć młodych zdolnych i stworzyć znakomicie wyszkolony zespół. Co nie dograli, to dowyglądali, bo stylizowali się na Liszta albo Paganiniego i uwodzili publiczność długimi włosami. Ale na honoraria ciężko pracowali, występując w okolicznych miasteczkach.

 

Lekarstwem na biedę okazał się pociąg, który do Legnicy przyjechał po raz pierwszy 18 października 1844 roku. Bilse uczcił to historyczne wydarzenie komponując Liegnitzer-Breslauer Eisenbahn Gallop. Linia z Wrocławia była pierwszym odcinkiem drogi łączącej stolicę prowincji śląskiej z Berlinem i początkiem budowy dużego węzła kolejowego, ale dla Bilsego oznaczała przede wszystkim możliwość podróżowania z koncertami do Breslau oraz śląskich i czeskich uzdrowisk. Musiał przecież zarobić, a że jego orkiestra zachwyciła publiczność, więc zaproszenia płynęły coraz szerszym strumieniem.

 

Kwiaty polskie dla żałobników

Legnicki magistrat na sławę swojej orkiestry patrzył kosym okiem: prawie nigdy ich nie ma, grają dla obcych, powinni siedzieć w domu. Opinia krzywdząca, bo przecież rozsławiali miasto, a poza tym trzeba było lepiej im płacić, to by nie wycierali tak często cudzych sal koncertowych. Jednak w 1865 roku doszło do wyjątkowo poważnego konfliktu, bo Rada Miejska nie chciała dać dyrygentowi urlopu na czas tournée do Lipska. Bilse był rozżalony i wściekły, bo uważał, że jest źle traktowany – ograniczono mu możliwości zarabiania, a jednocześnie tolerowano występy konkurencyjnej orkiestry Regimentu Grenadierów Królewskich, kierowanej przez Georga Goldschmidta. Zerwał kontrakt z Legnicą i orkiestra pojechała w świat. Do Berlina, Drezna, Frankfurtu, Lipska, Berlina, Bremy, Kolonii, Monachium, Paryża, Amsterdamu, Warszawy – lista jest długa i, co najważniejsze, w tym wielkim świecie przyjmowano ich równie gorąco jak na Śląsku.

 

Do Warszawy zespół Bilsego zaczął jeździć w 1857 roku, koncertując najczęściej w Dolinie Szwajcarskiej. Za pierwszym pobytem czarował warszawiaków uwerturami oper Berlioza i Wagnera, walcami Straussa oraz symfoniami Schumanna i Mendelssohna Bartholdy’ego. A gdy zjawił się trzy lata później, poruszył jeszcze strunę patriotyczną. W czerwcu 1860 roku umarła Katarzyna Sowińska, wdowa po generale Józefie Sowińskim, bohaterskim obrońcy Woli, znana działaczka charytatywna; jej pogrzeb na cmentarzu kalwińskim zebrał tłumy, które następnie przeniosły się do Doliny Szwajcarskiej. Ludzie byli podekscytowani, spotkanie przerodziło się w manifestację, orkiestra się do niej włączyła, grając wiązankę popularnych polskich melodii ludowych i pieśni patriotycznych, takich jak Kwiaty polskie, Tam na błoniu błyszczy kwiecie, a nawet kilka taktów z Mazurka Dąbrowskiego. Ze strony Bilsego to nie był muzyczny koniunkturalizm, bo lubił Polaków, a swoją podberlińską rezydencję (po wyprowadzce z Legnicy osiadł bowiem w stolicy Prus) nazwał „Varsovia”. W 1872 roku orkiestra legnickiego muzyka grała podczas pogrzebu Stanisława Moniuszki marsza żałobnego Chopina.

 

Lepszy niż Strauss

Bilse-Kapelle nie była jedyną zapraszaną do Doliny Szwajcarskiej, ale z konkurencją wygrywała w cuglach. „Król walców i polek, jak niektórzy zowią wiedeńskiego muzyka, nie wydał nam się jednak wczoraj prawdziwym królem. Orkiestra jego bowiem, złożona z trzydziestu kilku osób, nie odznaczała się dotychczas ową jednością duchową, którą dał nam poznać Bilse – pisał 23 maja 1870 roku „Kurier Warszawski” o występie orkiestry Josefa Straussa. – Korpus muzyczny lignickiego dyrygenta wydawał się nam zawsze legionem harmonii, obecna zaś orkiestra wczoraj grała dość efektownie walce i polki, ale za to kompozycje poważniejsze egzekwowała bez należytej precyzji. Niech pan Józef Strauss nie sądzi, żeśmy się dotychczas nie nauczyli abecadła muzyki”.

Tydzień później gazeta dokonała precyzyjnej wiwisekcji wiedeńczyka, niszcząc go bez litości, a jednocześnie wychwalając Bilsego. Strauss nie panował nad orkiestrą, a Bilse swój zespół prowadził żelazną ręką, Strauss był tanim efekciarzem, schlebiającym najgorszym gustom słuchaczy, a Bilse sięgał po ambitny repertuar, szanując melomanów. „Orkiestrę Bilsego cechowała jedność, bezwarunkowa i ślepa uległość magicznej pałeczce dyrygenta, dokładność wykonania najdrobniejszych odcieni i zachcianek kompozytora, a nade wszystko to, że członkowie orkiestry znali się wybornie wzajemnie i wskutek długiego wspólnego grywania przywykli myślą porozumiewać się z sobą dokładnie. Zresztą prawie każdy członek orkiestry Bilsego był wirtuozem” – pisał 30 maja 1870 roku „Kurier Warszawski”.

 

Nad piękną, modrą Sekwaną

Johann Strauss, brat Josefa, chyba by się z tą opinią zgodził. W 1867 roku Paryż organizował Wielką Wystawę Światową (na stu pięćdziesięciu tysiącach metrów kwadratowych). W pobliżu dzisiejszej wieży Eiffla rozłożyło się czterdzieści dwa tysiące wystawców. Francuzi zapewnili im wspaniałą oprawę – ogromne pawilony, park z egzotycznymi roślinami i wodospadami, akwaria – a oni zwabili prawie cztery miliony zwiedzających, w tym legion koronowanych głów. Johannowi Straussowi zamarzyły się występy przed takim audytorium, ale potrzebował orkiestry. Pojechał do Wrocławia spotkać się z Bilsem i miał szczęście, bo akurat w Dolinie Szwajcarskiej trwał remont pawilonu koncertowego, więc legnicki kapelmistrz miał wolne „moce przerobowe” i zgodził się podbijać ze Straussem Paryż.

Zespołem mieli dyrygować wspólnie, Bilse utworami poważniejszymi (uwertury, symfonie), a Strauss muzyką taneczną.

 

Zaczęło się bajkowo, bo orkiestra Bilsego, ale pod kierownictwem Straussa, zagrała na balu wydawanym przez księżną Paulinę, żonę księcia Metternicha, posła austriackiego w Paryżu, w siedzibie poselstwa przy Fauburg St. Honoré. Pierwszego kadryla prowadził cesarz Napoleon III z cesarzową Eugenią, a w drugiej parze dreptała królewska para z Belgii. Ale późniejsze trzy koncerty nie przyniosły najlepszych recenzji, no i pieniędzy. Strauss jednak nie zrezygnował, znalazł nową salę – na terenach wystawowych – i wydrukował afisze zapowiadające także koncerty promenadowe, które mieli prowadzić Johann Strauss „Chef de Musiques des Bals de la Cour imperial et royale d’Autriche” i Benjamin Bilse „Directeur de Musique de sa Majeste le Roi de Prusse”. Melomani ugięli się pod ciężarem tych tytułów i zaczęli przychodzić.

 

Koncerty odbywały się po południu i wieczorem, Bilse dyrygował między innymi uwerturami do Oberona Webera czy Ruya Blasa Mendelssohna, a Strauss czarował Gazetkami porannymi i Nad pięknym modrym Dunajem. Ambicje muzyków (bo o pragnieniu sławy nie wypada pisać) pozostałyby jednak niezaspokojone, gdyby nie księżna Paulina. Jak to, austriacki muzyk nie jest noszony na rękach? Toż to hańba dla jej ojczyzny. Ale wystarczyło się dogadać z właścicielem i redaktorem „Figara”, żeby Paryż dowiedział się, jaką atrakcję ma u siebie. Redaktor Hippolyte de Villemessant nie umiał odmówić uroczej księżnej i napisał entuzjastyczny artykuł wstępny, Strauss zrewanżował się bankietem dla zespołu „Figara” (pomysł godny kontynuacji) i koncerty Straussa oraz Bilsego zaczęły zdobywać szaloną popularność. Paryż został zdobyty.

 

Ucieczka z orkiestry

Matecznikiem Bilsego po wyjeździe z Legnicy był Berlin. Nawiązał współpracę z Franzem Meddingiem, właścicielem Domu Koncertowego przy Leipzigerstrasse i zaczął tam ze swoim zespołem regularnie występować. Przez prawie dwadzieścia lat dał około trzy i pół tysiąca koncertów (jeden został nawet uwieczniony na płótnie przez sławnego malarza Adolpha Menzla) i stworzył armię „bilsistów”, bo tak nazywano jego wyznawców. Był wręcz niezmordowany, bo przecież w tym samym okresie odbywał ze swoją orkiestrą liczne tournées po całej Europie. Znajdował jeszcze czas na komponowanie, a jego utwory były tak popularne, że prawie wszystkie zostały opracowane na fortepian, do użytku domowego. Najbardziej znany jest chyba marsz Mit bomben und granaten, wciąż grany przez wojskowe orkiestry.

 

Niestety bomba wybuchła też w jego własnej orkiestrze, która podniosła bunt, że za dużo występuje, a za mało zarabia. W 1882 roku pięćdziesięciu czterech secesjonistów założyło własną orkiestrę, która stała się wkrótce znana jako Berliner Philharmoniker. Wprawdzie znakomitą markę berlińskich filharmoników zaczął wyrabiać Hans von Bülow, ale gdyby nie Bilse nie byłoby z czego tej orkiestry stworzyć. Maestro jeszcze próbował walczyć, odbudowywać zespół, ale ostatecznie w 1884 roku wrócił do rodzinnego miasta.

 

Miał wszystko – sławę, ordery, tytuł Królewskiego Dyrektora Muzycznego. Zmarł osiemnaście lat później. Pogrzeb zaplanował w najdrobniejszych szczegółach, sam skomponował dla siebie marsz żałobny, ale ponieważ chciał jeszcze coś w nim zmienić, a choroba uniemożliwiła mu pracę, zdecydował, że żałobnicy marsza nie usłyszą. Był perfekcjonistą do końca i chciał mieć sukces nawet nad grobem.