Wydanie: MWM 01/2018

Mniej

Article_more
Coraz mniej lubię minimalizm. Przez lata całe fascynowały mnie pomysły na pracę z czasem, ograniczanie bodźców na rzecz ich znaczenia, konceptualne zapętlenia, nawarstwienia podświadomych znaczeń, które pojawiają się podczas godzinnej kontemplacji dźwięku linii wysokiego napięcia, nieznacznie modulującej w subtelnych odcieniach.

Podoba mi się idea muzyki jako pewnej przestrzeni, do której wchodzi się w dowolnym momencie i wychodzi z niej, przestrzeni spowolnionego dziania się, miejsca ekologicznie czystego, odfiltrowanego z szumu informacyjnego, kojącego codzienną nerwicę. Skłaniającego do zatrzymania, wejścia w siebie, autorefleksji, uważności. Takie idee ciągle na nowo wzbudzają nadzieję na dobre wykorzystanie czasu, który poświęcam muzyce. W ośmiu przypadkach na dziesięć dopada mnie jednak wątpliwość: czy ktoś mnie tutaj nie nabija w butelkę?

 

Każdy, nawet najlepszy pomysł, wcielany wielokrotnie w życie, może się z czasem wyradzać. Podziwiam prace Reicha czy Glassa z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, intrygują mnie proste i wyrafinowane pomysły Luciera, z rozkoszą zatapiam się także w „głębokim słuchaniu” Pauline Oliveros (to już lata dziewięćdziesiąte). Fascynuje La Monte Young, który razem z Marian Zazeelą po dziś dzień kreuje instalacje Dream Houses. Jednak nie zawsze „mniej znaczy więcej”. Niektóre z późnych utworów Henryka Mikołaja Góreckiego budzą już moje podejrzenia: czy nie stąd bierze się ich popularność, że poprzeczkę dla odbiorcy ustawiają bardzo nisko? Nie tylko twórcy elektroniki o tanecznym rodowodzie, którzy postanowili zabrać się do pisania „muzyki poważnej”, także akademicko wykształceni, zawodowi kompozytorzy idą dziś ścieżką prostoty i wygładzania kantów. Filharmonie to uwielbiają, cenią organizatorzy festiwali. Zagrało się muzykę współczesną, bilety się sprzedały.

My, orędownicy nowej muzyki, ciągle marzymy o jej komunikatywności i powszechności jej odbioru, a jednak razi nas, kiedy staje się zbyt łatwa. Wolelibyśmy, żeby to inni wyćwiczyli sobie uszy, wyrafinowali gust. Mówiąc wprost: żeby mieli te same upodobania, co my! Nasza wieża z kości słoniowej nie powinna jednak otwierać swoich drzwi zbyt szeroko – tak nam się zdaje, choć wstyd się do tego przyznać. A przecież te wszystkie rozwodnione wersje partytur Philipa Glassa, rozmazane kopie reichowskich zapętleń, sprzedawane w setkach wersji, reklamowane jako elitarne i kultowe doświadczenie, dowodzić mają, że oto awangarda zdobywa nowych zwolenników. Głównym walorem minimalizmu nie jest wszak złożoność czy oryginalność. Zasada jego działania bliższa jest konceptualizmowi, w którym ważniejszy jest pomysł, idea, niż konkretny dźwiękowy efekt. Kryteria oceny przenoszą się w sferę bardzo umowną, bo czym tych parę długich dźwięków granych przez Oliveros góruje nad performansem innego muzyka? Dźwięk jest tylko dźwiękiem – w przypadku muzyki, która polega na zapętlaniu kilku zaledwie tonów skali i niepostrzeżonym, sukcesywnym podmienianiu ich na inne tony, nie powinno mieć znaczenia, których konkretnie dźwięków użyjemy.

 

Jest jednak w sztuce coś takiego, jak talent i oryginalność. Jeden improwizuje zajmująco, inny bełkotliwie, jeden używa zgranych szablonów, inny nad każdym ze swoich pomysłów zaczyna pracę od zera. Świeże idee nie pojawiają się codziennie, a niektóre z nich dojrzewają z czasem; wzbogacają codzienną praktykę, bo oswajamy się z nimi. Na początku jednak są trudniejsze do zrozumienia, zaskakujące. Prawdopodobnie można tworzyć sztukę głęboką, ale nieawangardową, przystępną, ale współczesną. Przeprowadzić słuchacza za rękę, nie sponiewierać go, nie zaskoczyć, ale mimo to – dać do myślenia. Prawdopodobnie można, ale jest to bardzo trudne. Nie osiąga się tego za pomocą odbitek kserograficznych. Dlatego, z upływem lat, coraz mniej lubię minimalizm.