Wydanie: MWM 02/2018

Sestyna o życiu po śmierci Davida Munrowa

Article_more
Pod koniec lat sześćdziesiątych wyglądał jak jeden z hipisowskich trubadurów w typie Donovana, a później trochę jak Elliott Gould w Długim pożegnaniu, ale kiedy pierwszy raz usłyszałem jego Consort, nie mogłem tego wiedzieć, bo nie było jeszcze książki adresowej twarzy, a przeszłość miała zupełnie inną przepustowość. Wystarczyło S’on me regarde, żebym ani tamtego lata, ani już nigdy nie pojechał do Jarocina,

chociaż to żaden powód do dumy nigdy nie pojechać do Jarocina,

nie widzieć młodej Kory, Budzyńskiego, Brylewskiego i innych trubadurów

tej samej kruchej sprawy, o której w S’on me regarde

słuchałem apriorycznie dojrzały, postpunkowo gorzki. W jego pożegnaniu

i wyjściu po angielsku w zupełnie inną przeszłość

niż ta, którą odgrywał z inkasko-kaukaskim akcentem, było coś, o czym wiedzieć

 

nie miałem czelności, choć mając siedemnaście lat, dobrze jest wiedzieć,

co się stało z Morrisonem, Hendriksem, Joplin, bez których nie byłoby Jarocina,

i dlaczego dla Nicka Drake’a czy Kurta Cobaina wyprowadzka w przeszłość

była przedsięwzięciem bardziej komercyjnym niż dla średniowiecznych trubadurów,

aczkolwiek plotkarskie portale rozpisują się o ich pożegnaniu

z niemodną dzisiaj anonimowością. Podobno do S’on me regarde

 

przyznał się niejaki Guillaume z Amiens, do tego S’on me regarde,

które było anonimowe, kiedy całowałem się z dziewczyną, nie mogąc wiedzieć,

że będę miał z nią ślub, syna, dom i rozwód, a po pożegnaniu

akurat mnie przypadnie dwupłytowa Muzyka Ery Gotyku. Świat sprzed Jarocina

i Monteverdiego miał już wcześniej swoich trubadurów:

Dellera, Binkleya albo profesora Piwkowskiego, który w przeszłość

patrzył przez oko fletu wystrugane w domu na tokarce, zaś przeszłość

odpowiada coraz to nowym echem S’on me regarde,

lecz coraz to kunsztowniejsze usta nowych trubadurów

z La Reverdie czy Alla Francesca nie potrafią wiedzieć

tyle, ile on wiedział o pewnym niedoszłym absolwencie Jarocina.

Miałem siedem lat, kiedy się minęliśmy, przy tym pożegnaniu

 

nie był już Donovanem, tylko Eliottem Gouldem w Długim pożegnaniu,

w którym Altman improwizował na cantus firmus Chandlera, skoro przeszłość

można tak zapętlić, żeby z krzywuły wyrósł saksofon, a z Jarocina

zrobił się Przystanek Woodstock. Z ronda S’on me regarde

do dziś nie potrafię zjechać, więc skąd mogę wiedzieć,

czy nie stetryczałem jak meloman heavy metalu, baroku albo Krawczyka i Trubadurów,

 

skoro dorastałem w erze punkowych trubadurów, już po jego pożegnaniu

z przyszłością, o której dobrze było wiedzieć, że jej nie ma. Jest uchylona przeszłość,

on patrzy z niej, coraz młodszy, i słychać S’on me regarde jakby grane z Jarocina.