Wydanie: MWM 02/2018

Zwycięzca

Andrei Ioniţă – wywiad
Przed wyjściem na estradę w ostatnim etapie Konkursu im. Czajkowskiego popatrzyłem w lustro i powiedziałem: „Andrei, to ostatni raz”. I faktycznie, nie ma sensu dalej rywalizować, wygrałem najważniejszy dla wiolonczelistów konkurs. To niesamowite, jak po zwycięstwie w Moskwie, w ciągu kilku dni otworzyły się dla mnie drzwi na całym świecie – zagrałem już w Musikverein, współpracuję z maestro Valerym Gergievem, wystąpię w Carnegie Hall.

Joanna Michalska: We Wrocławiu zagra pan chyba najbardziej lubiany koncert wiolonczelowy, dzieło Dvořáka. Co przesądziło o sukcesie tego utworu?
Andrei Ioniţă
: Przed Dvořákiem nikomu nie udało się napisać prawdziwego dzieła na wiolonczelę, tak żeby pokazać nie tylko potencjał wirtuozerski, ale również moc tego instrumentu. Wszystkie melodie w tym utworze są śpiewne, bogate brzmieniowo. Mimo że to koncert z partią solisty, Dvořák poważnie potraktował rolę orkiestry i pozwolił zespołowi wykazać się jak w symfonii koncertującej. Atrakcyjne są także tematy inspirowane Ameryką, wówczas nowość w literaturze wiolonczelowej. Brahms usławszy Koncert h-moll, powiedział, że żałuje, iż sam nie napisał dużej formy na wiolonczelę.

 

Lubi pan grać ten utwór?
Bardzo, wciąż pamiętam moje pierwsze wykonanie koncertu Dvořáka, kiedy miałem siedemnaście lat – nie mogłem się doczekać występu. Dla wiolonczelisty, zwłaszcza na etapie nauki, wykonanie tego utworu to moment, na który czeka się przez całe życie.

 

Jak to możliwe, że Dvořák napisał tak udany koncert na wiolonczelę, skoro przez lata wzbraniał się przed pisaniem na ten instrument?
Trzeba pamiętać, że wiolonczela w XIX wieku, choć popularna, była mniej ważna niż fortepian czy skrzypce, i kompozytorzy nie ufali temu instrumentowi. Pierwszym wielkim romantykiem, który odważył się dać wiolonczeli partię solową w koncercie, był Robert Schumann. Myślę, że Dvořák w pewnym momencie po prostu poczuł inspirację, a natchnieniu nie można się oprzeć. Oczywiście wiemy, że kompozytor był pod wielkim wrażeniem premiery II Koncertu wiolonczelowego Victora Herberta, której słuchał w Nowym Jorku. Zaskoczyło go bogactwo możliwości instrumentu.

 

Pan, żeby odkryć możliwości wiolonczeli, porzucił jako ośmiolatek fortepian, co ciekawe za namową nauczycielki fortepianu. Dlaczego zasugerowała panu zmianę instrumentu?
Żartowała, że na świecie jest zbyt dużo pianistów. A tak naprawdę – stwierdziła, że mam na tyle dobry słuch, że nadaję się do instrumentu smyczkowego, więc szkoda tego nie wykorzystać. Na rozpoczęcie nauki na skrzypcach byłem już za duży, więc wybór padł na wiolonczelę. Tutaj wiek działał na korzyść, bo młodsze dzieci często mają za małe ręce.

 

Jak pan zareagował na propozycję zmiany?
Byłem podekscytowany. W czasie wakacji, zanim zacząłem grać na wiolonczeli, skomponowałem utwór na ten instrument, więc już wtedy wydawał mi się ciekawy.

 

Komponował pan jako ośmiolatek?
Miałem zawsze wyczucie harmonii. Pamiętam, że w podstawówce co roku przygotowywaliśmy występ z kolędami dla rodziców, a mnie przypadała rola pianisty akompaniatora, więc improwizowałem.

 

Czy nadal pan komponuje?
Nie, tylko kadencje do koncertów Haydna.

 

A wróci pan kiedyś do tworzenia?
Powiem tak: szkoda, że nie chodziłem na zajęcia z kompozycji. Może coś sobie jeszcze napiszę hobbystycznie. Za dużo jest instrumentalistów, którzy biorą się za komponowanie. Grają znakomicie, ale ich utwory są o wiele słabsze niż ich kunszt wykonawczy. Żeby tworzyć, trzeba mieć iskrę bożą.

 

Nie można się tego nauczyć?
Wiele można się nauczyć w dziedzinie kompozycji, jednak bez natchnienia muzyka – i każda inna sztuka – będzie pozbawiona przekazu duchowego. Pusta twórczość nie ma racji bytu.

 

Czy wiolonczela to nie był trudny instrument do nauki dla dziecka?
Wydaje mi się, że jest przyjemniejsza niż skrzypce, które mają wysokie rejestry i na początku nauki mały muzyk wydobywa z nich głównie piski i skrzypienie. Nauka gry nigdy nie była dla mnie walką.

 

Walką były za to niezliczone konkursy, w których wziął pan udział w ostatnich latach. Aż trudno wyobrazić sobie ciężar stresu, który pan udźwignął, rozmiar repertuaru do opanowania. Myśli pan, że warto przez to przechodzić? Czy konkursy naprawdę pokazują, kto jest artystą, a kto nie?
Przed wyjściem na estradę w ostatnim etapie Konkursu im. Czajkowskiego popatrzyłem w lustro i powiedziałem: „Andrei, to ostatni raz”. I faktycznie, nie ma sensu dalej rywalizować, wygrałem najważniejszy dla wiolonczelistów konkurs. Takie turnieje są złem koniecznym, bo stwarzają młodym muzykom wielką szansę zaistnienia. Przed publicznością, ale też dyrygentami, menedżerami sal koncertowych, wytwórni płytowych. To niesamowite, jak po zwycięstwie w Moskwie, w ciągu kilku dni otworzyły się dla mnie drzwi na całym świecie – zagrałem już w Musikverein, współpracuję z maestro Valerym Gergievem, wystąpię w Carnegie Hall. Konkurs im. Czajkowskiego obejrzało kilka milionów ludzi dzięki transmisji online w Medici TV. Jak w inny sposób my, uczestnicy, moglibyśmy wystąpić przed tak dużą publicznością? To ważne także dla upowszechniania muzyki klasycznej – byłem zbudowany faktem, że tylu osobom chce się słuchać klasyki. Konkursy są olbrzymim stresem, ale czy artysta, który tego stresu nie udźwignie, poradzi sobie z występami na estradzie, z ciągłym życiem na walizkach, ze współpracą co chwila z inną orkiestrą, innym dyrygentem? Konkursy albo wyciągają z nas to, co w nas najlepsze, albo to, co najgorsze.

Widzi pan siebie w przyszłości jako jurora konkursów?
Nie chciałbym słuchać muzyki przez dwanaście godzin dziennie.

 

A co poradziłby pan przygotowującym się do muzycznych zmagań?
Żeby mądrze ćwiczyć. Granie całymi dniami to strata energii. Lepiej się skoncentrować i grać efektywnie klika godzin. I nie można zapominać o przygotowaniu psychicznym. Ja wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać sala, publiczność, gdzie będę siedział. Oswajałem się z sytuacją. Ważne, żeby czuć się pewnym swojej gry w czasie konkursu, wtedy ma się swobodę ekspresji. I nie należy próbować utrafić w oczekiwania jury, tylko prezentować siebie. Tego chce publiczność – artysty, który ma coś do powiedzenia.

 

Najpełniej wypowiada się pan poprzez muzykę?
Muzyka sięga do najpotężniejszych elementów w człowieku. Wyraża to, czego nie da się przekazać ani słowami, ani innymi formami sztuki.

 

W którymś wywiadzie wspominał pan, że interesuje się również fizyką.
Zdałem maturę z fizyki i matematyki, bo kończyłem zwykłe liceum. Żałuję, że nie mam teraz czasu na zgłębianie nauk ścisłych.

 

A która z dyscyplin fizyki najbardziej pana ciekawiła?
Fizyka kwantowa, której uczyłem się w ostatniej klasie. Teoria względności to już prawie filozofia – także bliska mi dziedzina.

 

Czy pana rodzice byli muzykami? Ktoś z rodziny był artystą?
Nie, ale wszyscy w domu kochali muzykę. Mama zorientowała się, że mam predyspozycje, kiedy jako roczne dziecko byłem w stanie powtórzyć melodie piosenek, które śpiewała – oczywiście ja nie wymawiałem jeszcze słów.

 

Od jakiegoś czasu mieszka pan za granicą, w Berlinie, i zawsze podkreśla, jak dobrze się tam czuje. Ile jeszcze chciałby pan tam pozostać?
Ile tylko się da. Berlin jest jak wirus, jeśli raz się człowiek zarazi, już nie wyzdrowieje. Miasto stało się nawet nie europejską, ale światową stolicą muzyki. I to nie tylko klasycznej. Wszyscy tu teraz przyjeżdżają. Berlin jest moim drugim domem.

 

A jakie są pana wrażenia po kilku już pobytach w Polsce?
Za każdym razem kiedy przyjeżdżam do Polski, myślę, że tak powinna teraz wyglądać Rumunia. Mamy podobną historię, ale w Polsce życie muzyczne rozwinęło się w ostatnich dekadach wspaniale, nowe sale koncertowe są lepsze nawet od niemieckich, Polska dobrze wykorzystała fundusze z Unii Europejskiej. Tymczasem Rumunia generalnie jest bardzo mało znana, a powinna być rozpoznawalna, to przecież duży kraj.

 

Chciałby pan kiedyś wrócić do ojczyzny i wpływać na życie kulturalne?
Z chęcią. Na razie staram się być ambasadorem mojego kraju, występując na świecie. Bywam pytany, jak jest w Rumunii, co warto tam zwiedzić. Z przyjemnością odpowiadam i polecam nie tylko typowo turystyczne regiony, jak Transylwania, ale także mój rodzinny Bukareszt, który bardzo się rozwija. Za każdym razem kiedy tam wracam, zauważam zmiany, odnawia się budynki, wszędzie są młodzi ludzie i dzięki nim miasto jest pełne życia.

 

A jak pan znosi ciągłe podróże?
Bywam okrutnie zmęczony, na przykład w zeszłym roku latem. Na szczęście lubię podróżować i poznawać nowe miejsca. Artysta musi cały czas pamiętać, że to z powodu pasji do muzyki żyje na walizkach. Póki ma się pasję, można znosić związane z nią uciążliwości.

 

Rozmawiamy na dwa tygodnie przed pańskimi urodzinami, które przypadają w pierwszy dzień roku – to nietypowy termin.
Rodzice zwykle robili ciasto na sylwestra, które służyło jednocześnie za mój tort urodzinowy, więc oszczędzali sobie fatygi. Jak łatwo się domyślić, zazwyczaj świętuję w sylwestra.