Wydanie: MWM 02/2018

Orfeusz Gardinera

Krystian Adam Krzeszowiak – wywiad
Article_more
Na początku to był tylko Maestro i czułem wielki dystans. Obecnie nasza relacja jest bliższa, bardziej ojcowska. Myślę, że Gardiner ma do mnie większe zaufanie i nie narzuca interpretacji, daje więcej wolności. Cenię też w nim to, że jest wymagający i stale coś zmienia w śpiewanych przez nas rolach. To piękna cecha człowieka, który oczekuje od nas, że będziemy równie twórczy.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, w 2013 roku, opowiadałeś o tym, jak starałeś się o tytułową rolę Orfeusza w operze Monteverdiego, którą przygotowywał John Eliot Gardiner. Udało się, i wyruszyłeś z Orfeuszem w dużą trasę koncertową. Potem można było przeczytać w „New York Timesie”, że „prawdziwą gwiazdą tej produkcji był tenor Krystian Adam”. A mnie interesuje to, co się kryje pod podszewką tych słów, bo przecież takich sukcesów nie osiąga się łatwo. Przypuszczam, że ciągle dojrzewałeś do tej roli. Jak nad nią pracowałeś i jakie odczucia pozostały po koncertach?
Krystian Adam Krzeszowiak:
Sądzę, że nadal dojrzewam do tej roli. Zaśpiewanie jej z Gardinerem nie przyszło wcale łatwo! A wszystko zaczęło się dużo wcześniej, w Wenecji. Już tam zacząłem się przygotowywać, żeby dobrze się zaprezentować. Pracowałem z pewnymi oporami. Na szczęście, kiedy znalazłem się w Dreźnie, spotkałem zaprzyjaźnionych włoskich dyrygentów, z których jeden miał duże doświadczenie operowe, miałem więc sposobność ćwiczyć z nim tę rolę przez dłuższy czas, ustalając zarazem sposób interpretacji. Dopytywałem, czy te wszystkie melizmaty, wariacje i ornamenty mam wykonywać w określonym tempie. Twierdził, że absolutnie nie, bo to jest rola stworzona do improwizacji. Uszczęśliwiony, przećwiczyłem rolę Orfeusza w tym duchu. Tymczasem pojawił się Gianluca Capuano, również dyrygent operowy, z którym wielokrotnie współpracowałem w czasach nauki w konserwatorium w Mediolanie, i kiedy dowiedział się, nad czym pracuję, także zaoferował mi pomoc. Również jego zdaniem rolę Orfeusza należało tworzyć w poczuciu wolności, intuicyjnie. Przekonany, że kroczę właściwą drogą, pojechałem na pierwszą próbę do Johna Eliota Gardinera. Ledwo zacząłem, natychmiast mi przerwał i stwierdził, że śpiewam w niewłaściwym tempie. Wróciłem do domu skonsternowany i bardzo przejęty. Sądziłem dotąd, że mam twardą skórę, ale nie mogłem spać i ciągle tylko myślałem o tym, jak tu się w krótkim czasie uporać z tą rolą, aby zabrzmiała tak, jak chce tego sir John. Ostatecznie umówiłem się z jego organistą i poćwiczyłem z nim rolę tak, jak tego chciał Maestro. I udało się – tym razem zaakceptował moją interpretację Orfeusza. Wkrótce też zaczęliśmy tournée po Europie, a później pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych.

 

Obsada była podwójna?
Tak, tę samą rolę wykonywał także bardzo dobry tenor, Andrew Tortoise. Gardiner jest znany z tego, że bada wytrzymałość śpiewaków. O obsadzie decydował często tuż przed koncertem. I właśnie podczas koncertu w USA, kiedy zmęczony niekończącymi się podróżami leżałem na ławce i próbowałem się zregenerować przed występem, poradził mi, ku mojemu zaskoczeniu, abym dziś szczególnie się postarał, bo od tego zależy, kto będzie wykonywał rolę Orfeusza w Carnegie Hall (śmiech). Byłem tak zmęczony i zestresowany, że postanowiłem po prostu zrobić to najlepiej, jak umiałem w tych okolicznościach. Ale nie byłem z siebie jakoś szczególnie zadowolony. Tymczasem po przedstawieniu Gardiner podszedł do mnie i zapytał… czego się napiję. Odparłem przytomnie, że jeśli dobrze mi poszło, to szampana. W odpowiedzi zamówił dwie butelki (śmiech). I tak stałem się Orfeuszem na koncercie w Carnegie Hall. Po upływie roku powróciliśmy do tej roli, traktując ją jednak inaczej niż do tej pory. Gardiner jest człowiekiem twórczym i poszukującym, chciał więc, aby rola Orfeusza zabrzmiała inaczej, bardziej świeżo. Pojechaliśmy z tą nową interpretacją w sześciomiesięczną trasę, którą zaczęliśmy w kwietniu, a skończyliśmy w październiku. To było interesujące doświadczenie.

 

Nadal lubisz tę rolę? Ciągle odkrywasz w niej coś nowego?
Uwielbiam! Taka rola jest zawsze twórczą przygodą i ciągle staram się wykonywać ją inaczej, interpretować na nowo. Czasami decyduje o tym przypadek. Zdarzyło mi się, że przed jednym z koncertów złapałem wirusa i praktycznie nie mogłem śpiewać, jedynie piano. Początkowo uznałem, że nie zaśpiewam i że wobec tego potrzebuję zastępstwa, ale Gardiner namówił mnie, abym jednak spróbował. Zaryzykowałem. Po koncercie, ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy mi gratulowali… nowej, interesującej interpretacji.

 

Okazuje się, że trudności i przeszkody uskrzydlają cię…
Tak, ale to dużo kosztuje.

 

Orfeusz nie jest twoim pierwszym zetknięciem się z Monteverdim. Wcześniej były Nieszpory. Wprawdzie to muzyka religijna, wymagająca innego rodzaju interpretacji, ale chyba nie tak bardzo odmienna muzycznie…
Rzeczywiście. Ciągle zresztą wykonuję Nieszpory. Niedługo będziemy je prezentować w Paryżu, w Wersalu oraz w Pizie. A potem wyruszamy z tym repertuarem do Chicago. Rok wcześniej zarzekałem się, że już nie będę śpiewał Monteverdiego, że teraz zajmę się Mozartem czy Donizettim, ale kiedy usłyszałem propozycję od Gardinera i pomyślałem, że zobaczę te wszystkie piękne miejsca, w dodatku z takim mistrzem, nie zawahałem się. Kocham zresztą tę muzykę, choć wydaje mi się, że muszę od czasu do czasu wykonywać także inny repertuar.

 

Jest też wspaniały Powrót Odysa do Itaki Monteverdiego, którego mogliśmy wysłuchać podczas tegorocznego festiwalu Wratislavia Cantans. Śpiewasz w nim rolę Telemaka. Czy do niej także musiałeś odbyć przesłuchania?
O nie, tym razem Gardiner nie tylko zaangażował mnie do tej opery bez przesłuchań, ale pozwolił też wybrać sobie rolę. Oczywiście chciałem zaśpiewać Ulissesa (śmiech), ale Maestro stwierdził, że jestem jeszcze do tego za młody. Wobec tego zdecydowałem się na Telemaka, szczególnie, że śpiewałem już tę rolę z Rinaldo Alessandrinim w La Scali i miałem świadomość, że jest w niej duży potencjał. To wyjątkowo długa opera i na końcu może budzić zniecierpliwienie niezdecydowanie Penelopy, która długo nie może rozpoznać w Odysie swego męża.

 

Muszę wyznać, że kiedy słuchałam tej opery, byłam zdumiona, jak prawdziwa psychologicznie jest ta Penelopa. Kiedy po dwudziestu latach nieobecności przybywa mężczyzna, który twierdzi, że jest jej mężem, to możemy się domyślić, jak bardzo się zmienił, nie tylko fizycznie. A poza tym dzięki takiemu rozwojowi akcji zyskujemy kolejne piękne arie. A już ostatni duet, kiedy małżonkowie rozpoznają się, odwołując się do przeszłości, był niezwykle wzruszający.
To rzeczywiście piękny moment, także dzięki swojej muzycznej prostocie. Dodam, że we Wrocławiu wykonaliśmy zmienioną wersję Powrotu Ulissesa do Itaki. Poprzednie były skrócone o około pół godziny, wycięto także arię, którą śpiewam do matki. 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.