Autor: Hanna Lachert
Wydanie: MWM 01/2018

W poszukiwaniu głębi

Article_more
Pierwsze kontakty

Miałam szczęście dobrze poznać Bernsteina, choć do Filharmonii Nowojorskiej trafiłam już za czasów Pierre’a Bouleza, w 1972 roku. Kilka lat wcześniej Lenny zrezygnował z funkcji dyrektora orkiestry i współpracował z nami tylko jako laureate conductor. Wtedy też spotkałam go po raz pierwszy. Julius Bloom, ówczesny dyrektor Carnegie Hall i szef Jeunesses Musicales, zaprosił mnie na nowojorski koncert Bernsteina. Byłam pod wrażeniem jego interpretacji. Nagle, ku mojemu osłupieniu, w momencie jakiejś ekspresyjnej kulminacji Lennie podskoczył w górę. W życiu czegoś takiego nie widziałam! Byłam w szoku, nie wiedziałam, co o tym myśleć, ale kiedy potem przyszedł do nas na próbę, otworzyło się przede mną niebo… Trudno ukryć, że Bernstein był jednak postacią dość kontrowersyjną. Wywoływał w ludziach skrajne emocje. Jednych wyraźnie irytował. Inni, jak ja, skoczyliby za nim w ogień.

 

Praca

Na początku próby zwykle sporo opowiadał. Był fenomenalnym przewodnikiem po muzyce, potrafiącym świetnie objaśniać intencje kompozytora. Dobrze je rozumiał, sam będąc przecież twórcą. Forma, w jakiej przekazywał swoje uwagi, była tak przystępna i ciekawa, że brzmiało to wszystko bardzo sugestywnie. Lenny umiał przekonywać ludzi do swoich wizji artystycznych, ale zdarzały się również koncerty, podczas których jego dyrygowanie było wręcz na granicy rozpadu. Przeżyliśmy wspólnie mnóstwo występów na całym świecie. Najlepiej wspominam jednak jego cudowny, ostatni okres. Nagrywaliśmy wtedy dużo Czajkowskiego i przede wszystkim Mahlera. To były niezapomniane, wspaniałe momenty.

 

Mahler

Muszę przyznać, że Piątą grałam w życiu ponad sto razy, oczywiście z różnymi dyrygentami. Mimo to cały Mahler jest we mnie utrwalony, wręcz wyryty w interpretacji Bernsteina. To dla mnie absolutny wzór, punkt odniesienia, do którego odnoszę każde inne wykonanie. Sam Lenny jako mahlerzysta przeszedł pewną ewolucję. Jego wczesne nagrania są zupełnie inne niż te, które zrobił choćby z Filharmonikami Wiedeńskimi. Różnią się także znacząco od naszych wspólnych wykonań. Na czym polegał fenomen jego mahlerowskich interpretacji? To chyba kwestia emocjonalnego dotarcia do każdego odbiorcy. W ujęciu Bernsteina cudowne Adagietto z Piątej było wręcz bolesne do grania. Fraza wprost pękała, tworząc w muzyce ogromne napięcie, które udzielało się wszystkim. Czy Mahler tego właśnie sobie życzył? To odwieczny problem wierności intencjom kompozytora i swobody interpretacji artystycznej. Charyzma Bernsteina polegała na tworzeniu kolosalnego napięcia dynamicznego, demonstracji uczuć – miłości, tkliwości, nawet sentymentalizmu; na budowaniu szalonych kulminacji, rozciągniętych w czasie do granic wytrzymałości. Jak lina, która może w każdej chwili pęknąć… Nie można było przejść obok tego obojętnie. W filmie The Gift of Music widać, jak Lenny prowadzi próby do którejś symfonii Mahlera. Jak zawsze – maksymalnie zaangażowany. Dawał siebie w dwustu procentach i odkrywał się w muzyce całkowicie.

 

Orkiestra

Bernstein miał ogromny szacunek do muzyków. Nieraz mówił, że dyrygenci, w tym on sam, uczą się od orkiestr. Twierdził, że istnieje jakiś zbiorowy instynkt zespołu, którego należy słuchać i uczyć się od niego. Ta tradycja jest w naszej orkiestrze wciąż żywa, bo choć ja już w niej nie gram, ludzie do dziś pytają mnie, jak się coś grało z Bernsteinem. Czasem chodzi o zakończenie frazy, czasem o wejście trąbki na początku Piątej czy cały szereg detali interpretacyjnych.

               

Osobowość

W kontaktach z muzykami Lenny z pewnością nie był autorytarny. Zapamiętałam go raczej jako wspaniałego kolegę, który rzucał wszystkim kwiaty po koncercie i całował każdego z nas. Był z nami absolutnie bezpośredni. Kiedyś, podczas jednej z naszych prywatnych rozmów, powiedział mi, że najważniejsze w życiu są relacje międzyludzkie. Najistotniejszy był dla niego zawsze drugi człowiek. Ten muzyczny geniusz miał jednak olbrzymie kłopoty z samym sobą. Przeżywał potężne rozterki wewnętrzne, poszukując siebie samego – artysty, dyrygenta, kompozytora, człowieka. Powszechnie znane były jego problemy emocjonalne, związane także z własną orientacją seksualną. Z każdego z nas wyciągał energię na estradzie, bo było mu to potrzebne. Ale kiedy z kimś rozmawiał poza sceną, nic innego się dla niego nie liczyło. Pamiętam dzień, kiedy czternastoletnia Midori grała Serenadę Bernsteina, debiutując u jego boku w Tanglewood. W przerwie poszłam się z nim przywitać w garderobie. Był tak szczęśliwy, że spóźnił się z tego powodu na drugą część koncertu! Cała sala czekała na jego powrót, a on chciał po prostu ze mną porozmawiać. Lenny’emu wszystko się jednak wybaczało. Przy drzwiach na estradę zawsze czekał jego asystent ze szklaneczką whisky i papierosem. Potrzebował specjalnych bodźców do pracy, ale wszystko mu uchodziło.

Za murem

Nie przyznawał się do swych korzeni, choć wiedział, że jestem Polką. Opowiadał mi jednak, jak przeżył swój przyjazd do Polski w 1989 roku. To był specjalny koncert z okazji pięćdziesiątej rocznicy wybuchu wojny. Lenny poznał wtedy Wałęsę, często to wspominał. Tego samego roku mieliśmy wspólny występ w Berlinie z okazji upadku muru. Niesamowite przeżycie, trudne do wyobrażenia. Bernstein poprowadził dwa koncerty z międzynarodową orkiestrą, chórem i solistami – miały być symbolem braterstwa obu państw niemieckich oraz aliantów, reprezentowanych przez Filharmoników Nowojorskich, Londyńską Orkiestrą Symfoniczną, Orkiestrę Teatru Maryjskiego w Petersburgu i Orchestre de Paris. Próby zaczynały się w Monachium. Maestro spóźnił się o jeden dzień, bo nagrywał w Londynie swojego Kandyda i zaraził się tam tzw. angielską grypą. Nigdy się już z niej nie wyleczył. Przyjechał na próbę chory i wszedł na estradę. Siedziałam wtedy w drugich skrzypcach, blisko podium, a on podszedł do mnie i na powitanie pocałował w usta. Prawdziwy Lenny…

 

Próby były trudne. Bernstein był bardzo zmęczony, ale wszędzie panowała tak niesamowita atmosfera, że wszystkim udzielała się ekscytacja. Podczas koncertu w Berlinie Wschodnim ludzie wprost płakali z emocji, słuchając Dziewiątej Beethovena. To było historyczne wykonanie, nigdy go nie zapomnę. Następny koncert graliśmy w Berlinie Zachodnim. Wielkie wydarzenie, transmitowane na telebimach. Wzruszenie ogarniało na widok tłumów, biorących się za ręce i śpiewających Odę do radości. Na tę okazję Maestro specjalnie zmienił słowo „radość” na „wolność”. Wieczór wigilijny spędziliśmy – Lenny, moi koledzy z orkiestry i ja – w małym gronie w hotelu. Kulminacją wieczerzy było odczytanie przez Bernsteina poematu napisanego w tym samym dniu i dedykowanego nam. Kiedy wracaliśmy samolotem z Berlina, wyjątkowo był sam. Usiadłam więc obok niego i zaczęliśmy rozmawiać o życiu. Nigdy nie były to banalne tematy, zawsze chodziło o sprawy najważniejsze. W podróży pisał wiersze, ale tworzył też kalambury. Uwielbiał zabawy słowem.

 

Od Haydna do Lutosławskiego

Bernstein często dyrygował Haydnem. Jego zdaniem, wszyscy prawdziwi dyrygenci potrafią wykonywać jego muzykę i od niej też powinni zaczynać. Kto umie zadyrygować Haydna – jak twierdził – zyskuje przepustkę do dalszej pracy. On sam potrafił wszystko. Kochał Gershwina, był nawet solistą w jego Błękitnej rapsodii. Uwielbiał też współczesną muzykę amerykańską: Davida Diamonda, Williama Schumanna, Charlesa Ivesa, a szczególnie Aarona Coplanda, jego bliskiego przyjaciela. Potrafił przekonać ludzi do każdej muzyki i dostawał za nią zawsze wielkie owacje. Graliśmy oczywiście także jego utwory, choćby pełną jazzowych rytmów West Side Story. Bywało to dla mnie na początku trudne, ale moi koledzy mieli te rytmy we krwi i znali to na pamięć. Pamiętam też świetne wykonania jego II Symfonii czy Koncertu fortepianowego Lutosławskiego z Krystianem Zimermanem. Rozumieli się doskonale. Często grałam z nim, mając ściśnięte gardło, a to mi się rzadko zdarza.

 

Motto

Powiem bez wahania – to najwspanialsza postać, jaką miałam okazję poznać. Największa indywidualność, jaką w życiu spotkałam. Lenny stale poszukiwał głębi, nigdy się nie poddawał i niczego nie wstydził. Wierzył  w siebie, wierzył w swój instynkt, swój wewnętrzny głos i człowieczeństwo. Takim go zapamiętałam.