Wydanie: MWM 01/2018

Muzyka to miłość

Article_more
Spotkanie

Moje spotkanie z Bernsteinem to najbardziej niezwykła historia, jaka mogła wydarzyć się w życiu jakiegokolwiek muzyka. Zdecydował zupełny przypadek. W końcu lat siedemdziesiątych nagrałem dla Polskich Nagrań dwanaście sonat Scarlattiego. Nie było to wówczas takie powszechne, grano je raczej na bis i nie traktowano poważnie. Płyta zrobiła wrażenie w Polsce, ale też szybko zdążyłem o niej zapomnieć. Kilka lat później, w pewien niedzielny poranek Leonard Bernstein, budząc się w swym mieszkaniu, jak zwykle włączył radio publiczne. Nagle usłyszał, że ktoś gra ciągiem sonaty Scarlattiego. Podobno bardzo go to zafascynowało, był szczerze zaciekawiony. Niestety nie dowiedział się z radia, kim był wykonawca, zlecił więc śledztwo swojemu asystentowi. Sprawa nie była jednak łatwa, bo okazało się, że w radiu mieli wtedy „dziurę” i trzeba było coś puścić. Prezenter wypełnił ją przypadkowo znalezioną taśmą.

 

To był rok 1983, kilka lat po publikacji mojej płyty. Jak się potem wydało, ktoś z Polski, być może Jan Weber, przekazał taśmę z nagraniem do radia nowojorskiego. Nie można było rozszyfrować opisu, poszukiwania pianisty trwały więc kilka miesięcy. W końcu asystent Lenny’ego, Harry Kraut, dodzwonił się do Pagartu. Wkrótce dostałem stamtąd telegram, że maestro Bernstein mnie poszukuje i prosi o kontakt ze swoim asystentem. Zupełnie osłupiałem. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Zadzwoniłem do pana Krauta, by mu powiedzieć, że jestem zaszczycony, ale przebywam właśnie w Rzymie i zupełnie nie wiem, jak mielibyśmy się spotkać. Na panu Kraucie nie zrobiło to wrażenia, polecił mi, żebym przyjechał za tydzień do Mediolanu, gdzie Bernstein miał dyrygować swoją operą w La Scali.

 

Ja byłem tam stosunkowo dobrze znany, czułem się więc w Mediolanie bardzo swobodnie. Wyszedłem z pociągu, zadzwoniłem do Krauta, a on, widząc mnie na dworcu, zaczął przecierać oczy ze zdumienia. Spodziewał się bowiem spotkać starego mędrca, który studiuje Scarlattiego, a zobaczył młodego, spontanicznie reagującego chłopaka. Sam Bernstein też był zaskoczony moim widokiem. Zaprosił mnie do pokoju z pianinem i poprosił, bym mu coś zagrał. Najpierw oczywiście Scarlattiego, potem jeszcze walce Chopina. Cała La Scala się zleciała.

 

Odniosłem duży sukces, dyrektor zaproponował mi recital, a Lenny – wspólny koncert w Tanglewood.

Wpływ

Osobowość Bernsteina zostawiła głębokie ślady w mojej psychice. Dzięki niemu jestem człowiekiem, który niczego się nie boi. Zyskałem ogromną samowiedzę muzyczną i pewność tego, co robię. Od niego nauczyłem się, że trzeba kochać ludzi, wtedy muzyka nabiera innych wymiarów. Kiedy on stawał przed orkiestrą, wszyscy go uwielbiali. Pokazał mi, że wychodzi się na estradę nie po to, żeby się bać, ale by dawać ludziom muzykę i miłość. Pamiętam pewną historię z rzymskiej Akademii św. Cecylii. W przerwie koncertu jeden z muzyków wszedł na estradę z małym, może dwuletnim dzieckiem. Bernstein spontaniczne wziął je w ramiona i zaczął się z nim bawić. Nie wstydził się uczuć, nie ukrywał swych reakcji. Także i tego, że lubi sobie czasem przed koncertem łyknąć whisky… Wszyscy go rozumieli.

 

Brahms

Kiedyś, po występie w Berlinie, dostałem telefon od Krauta z pytaniem, który koncert Brahmsa mógłbym zagrać niebawem z Lennym. Skłamałem, że pierwszy, choć grałem go tylko raz, i to dawno – na studiach. Natychmiast rzuciłem się do nut, ćwiczyłem dniami i nocami. Wkrótce Lenny zaprosił mnie do Tanglewood. To było niesamowite przeżycie. Grałem koncert Brahmsa z Bernsteinem i jedną z najlepszych orkiestr świata, bostońskimi symfonikami. Na próbie zorientowałem się jednak, że Lenny chce dyrygować bardzo wolno. Podczas wspólnej kolacji wyjaśnił mi, że to Gould zmusił go kiedyś do takiego tempa. Bernstein odciął się wtedy publicznie od jego koncepcji. Powiedział, że gra z Glennem tylko dla sportu, co jest zresztą utrwalone na płycie. Dodał, że potem tego żałował. Szczególnie kiedy Harold Schoenberg napisał w recenzji pamiętne słowa: „Pierwszy raz usłyszałem, jak dyrygent zdradza na koncercie swojego solistę”.

 

Następnego dnia odbywaliśmy otwartą próbę z koncertem Brahmsa. Przyszedł Harry Kraut z batutą Bernsteina. Wszyscy byli bardzo przejęci, ktoś przyniósł whisky, czuło się pewne napięcie. Kiedy dołączył Lenny i zaczęliśmy pracować nad koncertem, szybko zorientowałem się, że tempa są strasznie wolne. Bardzo mi to przeszkadzało. Byłem wtedy jak młody źrebak, temperament mnie ponosił, a on wciąż ściągał mi cugle. Nie bardzo nam szło, rozegrałem się dopiero w finale, kiedy mi trochę odpuścił i pozwolił grać po swojemu. Zwłaszcza kiedy przyszła fuga, którą genialnie dyrygował. Ale w pierwszej części przeżyłem prawdziwe katusze. Za to orkiestra grała jak uskrzydlona. Lenny miał tak niezwykłą charyzmę, że zawsze potrafił wznieść muzyków na bardzo wysoki poziom. Po latach pracy nad sobą i zdobyciu wielu doświadczeń wiem, że to on miał wtedy rację. W jego tempach pięknie było słychać polifonię. Gdybym dziś miał szansę z nim zagrać, pewnie nie rwałbym już do przodu, poddałbym się całkowicie jego woli.

 

Kontakty

Największy mój dramat polegał na tym, że po koncercie z Bernsteinem żaden dyrygent w Polsce nie zaproponował mi wspólnego występu z muzyką Brahmsa. Nie wiem dlaczego, ale tu na pewno mi to nie pomogło. Do dziś jestem bardziej lubiany za granicą niż w kraju. W świecie nazwisko Bernsteina bardzo mnie promuje. Gdyby Lenny żył, pewnie trwałoby to nadal. Spotkaliśmy się jeszcze tylko raz. Zaprosił mnie na swój koncert w Warszawie w 1989 roku. Chciał, bym zagrał na nim Chopina. On sam dyrygował wtedy uwerturą Beethovena i własnymi Chichester Psalms. Zagrałem Poloneza As-dur, nigdy tego nie zapomnę.

 

Inspiracja

Dziś jestem profesorem na Uniwersytecie w Ankarze. Uczę tam między innymi czytania partytur i dyrygowania. Wiem, że obcowanie z partyturami jest niezwykle przydatne w zawodzie pianisty. I cały czas czerpię w pracy inspiracje z uwag zasłyszanych od Bernsteina.