Wydanie: MWM 01/2018

Muzyka, ludzie i... kozy

Article_more
Tanglewood

Miałem dwadzieścia trzy lata, kiedy beztrosko stanąłem na czele orkiestry symfonicznej w Słupsku, będąc wtedy najmłodszym dyrygentem-szefem w Polsce. Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji dyrygującego Bernsteina. Przeżyłem prawdziwy szok. Byłem do szpiku wstrząśnięty, zarówno jego widokiem, jak i tworzoną przez niego spontanicznie interpretacją. Lenny wydawał mi się absolutnie fenomenalnym zjawiskiem. Geniusz, który kreował muzykę całą swoją osobowością, osiągając natychmiast fantastyczne efekty. Postanowiłem, że muszę u niego studiować, jakkolwiek abstrakcyjnie to wtedy w Polsce brzmiało. Wkrótce jednak wyjechałem na wymarzone stypendium do Eastman, prosząc listownie Bernsteina, by zechciał mnie przesłuchać. Ku mojemu zdziwieniu odpisał osobiście, proponując spotkanie w Tanglewood. To legendarne miejsce, słynny festiwal orkiestrowy, gdzie studiowali najwięksi: Claudio Abbado, Seiji Ozawa… Kiedy się pojawiłem, rozpoznał mnie od razu. Miałem wrażenie, że wyraźnie ucieszył się na mój widok. Okazało się, że poza mną miał jeszcze dwóch innych uczniów. Wszystkim nam wyznaczył utwory do przygotowania, wśród nich jedną z symfonii Brahmsa. Traf chciał, że moi koledzy nie mieli odwagi się jej podjąć, bo wiedzieli, że Brahms to jego specjalność. Mimo to postanowiłem spróbować. Po próbie Bernstein podszedł, by mnie pochwalić, i nieoczekiwanie wpisał mi w partyturze autorską dedykację: „Dla mojego Grzegorza. Leonard Bernstein”. To było niezapomniane przeżycie. Długo pracowaliśmy później nad tym Brahmsem i wieloma innymi utworami. Zależało mu na tym, by warsztat był dla nas jedynie środkiem do osiągnięcia artystycznego celu. A ten wymagał skupienia się na formie, dźwięku, frazie i kolorze.

 

Technika

W jego dyrygowaniu czuło się świetną technikę, ale było ono zarazem bardzo spontaniczne, pochodzące z fizycznego wnętrza. Jego gest był szeroki, wyraźny, narzucający muzykom jednoznaczne wskazówki interpretacyjne. W odróżnieniu od innych Lenny używał do dyrygowania nie tylko dłoni, ale całego ciała, które w cudownie elastyczny sposób przekazywało jego artystyczne intencje. Uważał, że każdy gest musi być muzycznie uzasadniony, powodować określoną reakcję muzyków. Nigdy się nie powtarzał, reagował na bieżąco na wykonanie, modyfikując je za każdym razem. Na podium był absolutnie niezwykły. Kołysał się, tańczył, czasem nawet podskakiwał. Co ciekawe, nie był tego na ogół świadomy. Jego ruchy wynikały z potężnych emocji, które wymuszały na nim takie reakcje.

 

Kariera

Lubił Polskę, bo jego kariera zaczęła się dzięki Polakowi. Kiedy Sergiej Kusewicki zainaugurował kursy w Tanglewood, szefem Filharmonii Nowojorskiej był Artur Rodziński, który właśnie szukał amerykańskiego asystenta. Kusewicki polecił mu młodego, świetnie się zapowiadającego dyrygenta o nazwisku Bernstein. Rodziński zaprosił Lenny’ego do Nowego Jorku i tak zaczęła się jego legendarna, czterdziestoletnia współpraca z orkiestrą. Bernstein miał z Rodzińskim świetny kontakt, podzielał nawet jego dziwne hobby. Rodziński skupywał bowiem kozy, chcąc na swej farmie w Massachusetts produkować masowo kozie jogurty i zaopatrywać w nie Nowy Jork. Bernstein pomagał mu więc, jak mógł, jeździł z nim na tę farmę i doił jego kozy… Wszystko dla zdrowia oczywiście. To był prawdziwy oryginał. Zdarzało się, że przed koncertem lubił, jak Napoleon, wypić sobie nieco dla kurażu, ale na estradzie i tak był potem fantastyczny.

Charyzma

W życiu kierowała nim miłość do ludzi i muzyki. To był kompletny pasjonat. Absolutnie szczery w swym podejściu do muzyki, zaskakiwał zarazem doskonałą analizą partytury i wiedzą o intencjach kompozytora. Poszukiwał idealnego wykonania, nie kopiując żadnych wzorców i nie ulegając istniejącej tradycji. Samodzielnie drążył szczegóły w partyturze, zawsze maksymalnie kompetentny i przekonujący. Orkiestra ochoczo więc podchwytywała jego pomysły i angażowała się we wspólne kreowanie muzyki. Jako dyrygent był oczywiście niezwykle dominujący. Potrafił docenić indywidualną inicjatywę, o ile muzycy umieli go zainspirować. Jego własne pomysły interpretacyjne były jednak tak sugestywne, że muzycy szli za nim jak w ogień. Zawsze dużo opowiadał, ale wszystko, co mówił, miało ogromny sens. Miał przemyślaną interpretację i chciał do niej przekonać orkiestrę. Nawet kiedy czas próby się kończył, a muzycy mieli w planie inne zajęcia, zostawali i pracowali z nim bardzo intensywnie, dając potem rewelacyjny koncert.

 

Twórczość

Właśnie wróciłem z Rzymu, gdzie wraz z Krystianem Zimermanem wykonywałem II Symfonię Bernsteina „The Age of Anxiety”. To właściwie koncert fortepianowy, z solowo traktowanym instrumentem. Muzyka jest tu silnie zrytmizowana, ma wiele jazzowych akcentów. Krystian fantastycznie to gra, zresztą sam Bernstein był zachwycony jego interpretacją. Twórczość Lenny’ego jest bardzo charakterystyczna. Wszędzie czuje się tendencję do swingu i skłonność do łączenia gatunków. Orkiestracja wymaga od muzyków wielkiej koncentracji i zaangażowania, ale orkiestry lubią grać jego utwory. Pamiętam kompozytorski koncert Bernsteina w Tanglewood. Słuchając, wdychaliśmy każdą sekundę jego pracy. W tym przypadku nie pozwalał jednak nikomu na najmniejsze odstępstwa.

 

Mahler

Wszystkim dyrygował świetnie, ale w przypadku Mahlera ten związek był absolutnie wyjątkowy. Bernstein stał się wręcz idealnym interpretatorem jego muzyki. To głównie dzięki niemu wróciła ona na estrady, bo przecież kiedyś niemal go nie grywano. Jego muzyczne idee traktowano z pewnym lekceważeniem i dopiero dzięki takim artystom jak Bernstein publiczność zaczęła odkrywać geniusz Mahlera i uznawać jego wielkość. Zawsze poznaję mahlerowskie nagrania Lenny’ego. Myślę, że decyduje o tym jego emocjonalna spontaniczność i subiektywne podejście do tej muzyki. On każdy temat traktuje niezwykle indywidualnie, analizując jego treść i znaczenie dla całej formy. Wciąż rozpoznaję jego rękę. Kiedy dyrygent nagrywa ten sam utwór z różnymi orkiestrami, często brzmi on za każdym razem inaczej. W przypadku Bernsteina jest odwrotnie – każdą orkiestrę kształtuje jak plastelinę, dostosowując ją do swojej koncepcji. Z łatwością można poznać, że to jego interpretacja, a muzycy przyjmują ją bez cienia wątpliwości.

 

Ulubione interpretacje Bernsteina? Z Mahlera prawie wszystko! Szokiem była dla mnie I Symfonia, której nagranie zabrzmiało wtedy bardzo nośnie. Zachwyciła mnie też Piąta, ale wszystkie jego symfonie były dla mnie genialnym objawieniem. Bernstein opowiadał nam o Mahlerze, a ja – młody chłopak z Polski – nadrabiałem zaległości, studiując po nocach jego partytury. To spotkanie niesamowicie wpłynęło na całe moje życie.