Wydanie: MWM 02/2018

Gould, Mozart i drony

Bartosz Waglewski – wywiad
Article_more
Bartosz Waglewski to człowiek wielu talentów. Od lat z powodzeniem realizuje się jako wokalista, autor tekstów i instrumentalista. Jego konsekwentna postawa artystyczna zaowocowała uznaniem publiczności i krytyków – otrzymał Paszport „Polityki” i wielokrotne nominacje do Fryderyków. Każda premiera fonograficzna opatrzona jego nazwiskiem (bądź nieodłącznym pseudonimem „Fisz”) cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem i jest wydarzeniem na polskiej scenie. To też człowiek wybitnie rodzinny. Żonaty, ma trójkę dzieci. Z bratem Piotrem Waglewskim (Emade) nagrał i wydał dziesięć płyt, w tym ostatnią zatytułowaną Drony. Szeroko komentowana i doceniona została też współpraca braci z ojcem, założycielem Voo Voo, Wojciechem Waglewskim.

Michał Kwiatkowski: Zanim porozmawiamy o muzyce, chciałbym poruszyć tematy filmowe. Czy jakiś konkretny tytuł zrobił na panu mocne wrażenie ostatnimi czasy?

Bartosz Waglewski: To akurat trudna sprawa. Ze względu na dzieci raczej rzadko jestem w stanie pozwolić sobie na oglądanie filmów, zwłaszcza w domu. Zdominowały mnie seriale. Tak się składa, że przynajmniej niektóre z nich są naprawdę znakomite. Wracając jednak do filmów, tym który zrobił na mnie duże wrażenie, był słynny zresztą Manchester by the Sea. To chyba ostatni, na którym byłem w kinie, jakieś pół roku temu. Tak więc muszę nadrobić zaległości, bo filmy zawsze bardzo mnie inspirowały.

 

Wspomniał pan dzieci, połączmy więc te wątki. Akademia pana Kleksa nadal wywołuje u pana gęsią skórkę?

Przerabiałem z dzieciakami te wszystkie piosenki. Piłowałem tę płytę bardzo długo, zresztą Brzechwa był bardzo dobrym tekściarzem. Mam, właściwie zawsze miałem problem z twórczością dla dzieci. Twórczością, która bardzo udaje, jest wręcz infantylna albo z drugiej strony zupełnie przemądrzała i wtedy ten środek trudno znaleźć. Kiedyś byłem fanem Akademii, zresztą w tej materii nie było za dużego wyboru i sentyment pozostał. Świetnie ogląda mi się też trylogię Powrót do przyszłości, przede wszystkim pierwsze dwa filmy. Okazuje się, że bawią również moje dzieci więc jest to chyba dobra rekomendacja.

 

Wracamy do teraźniejszości. Na pana ostatniej płycie Drony nie znajdziemy watahy wilków, ale równie groźne, zwłaszcza dla współczesnego człowieka, tematy związane z wszechwładzą telefonów komórkowych, komputerów. Czy czuje się pan analogowym mężczyzną w cyfrowym świecie czy wręcz odwrotnie? Okiełznał pan wszystkie zagrożenia, o których możemy usłyszeć na płycie, ale zostawia nam słuchaczom do rozważenia kilka swoich obserwacji?

To są ważne pytania, ale ja nie znam na nie odpowiedzi. Jestem jedną nogą cały czas analogowy, ale drugą głęboko zanurzony we współczesności. Naszej muzyki nie byłoby, gdyby nie komputery czy samplery, których do dzisiaj używamy. To była dla mnie ogromna rewolucja. Pamiętam pierwsze kasety demo, które nagrywaliśmy i z którymi próbowaliśmy dotrzeć do ludzi. A potem  pojawiły się media społecznościowe, zyskaliśmy możliwość bezpośredniego kontaktu z naszymi fanami – i to jest świetne! Tyle że ja pamiętam, co to znaczy „napisać coś ręką”, wiem, co to znaczy umówić się na kawę i rozmawiać przy niej całą noc, wspólnie pójść na jakiś film. Obserwując moje dzieciaki, zastanawiam się, jak mocno ten świat się zmienił. Jak często teraz takie spotkania rozmywają się, stając się czymś płytkim i narcystycznym? Od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: „w jakim kierunku to wszystko zmierza?”. Czuję też, że muzyka się zmienia, ta, w którą byłem kiedyś bardzo mocno zaangażowany, hip-hop czy muzyka elektroniczna, jej przekaz. Drony to też płyta o tym chaosie, w którym bardzo łatwo o wszystkie teorie spiskowe, manipulowanie ludźmi, sprzedaż zupełnie nieprawdziwych informacji czy wręcz wyprowadzanie ludzi na barykady.

 

To nowe tematy.

To są dla mnie rzeczy nowe zupełnie. Ale nie ukrywam, że jako człowiek niemający specjalnych problemów z nałogami wiem na przykład, jak można uzależnić się od przeglądania informacji. Jest tego po prostu za dużo. Zresztą kiedyś, żeby kupić płytę, musiałem wszystko przemyśleć. Wyprawić się do sklepu, być może nawet wyjechać z Polski, by poszukać muzyki w miejscach, których jeszcze w naszym kraju nie było. A dzisiaj jest tego tyle, że sam się w tym wszystkim gubię. Pytanie tylko, na ile to jest kryzys wieku średniego, a na ile przeładowanie bodźcami? Lubię się odciąć i zapomnieć o tym wszystkim. Mieszkam w Warszawie, ale gdy wyjeżdżam na wieś, to wydaje mi się, że tęsknota za naturą, z której jesteśmy dość drapieżnie wyrwani, cały czas w nas tkwi. I wtedy okazuje się, że zupełnie inne myśli pojawiają się w głowie, bo chyba niemożliwe, aby w tym przeładowanym  świecie zatrzymać się i samego siebie zapytać: „Po co? Dlaczego? Gdzie?”.

Dodam kolejne pytanie: płyta kompaktowa czy mp3?

Dzisiaj mp3, a dla wybranych płyta winylowa. To jest ta jedna noga umoczona w cyfrowym świecie, druga w tym bardzo analogowym. Format płyty winylowej, duża okładka i jej brzmienie są mi bardzo bliskie. Nie ukrywam, że na wielu płytach jestem w stanie znaleźć rzeczy, które mnie cieszą i których jednocześnie nie znoszę. W momencie kiedy szykuję się do audycji, a przygotowanych utworów jest mnóstwo, cenię sobie możliwość ściągania pojedynczych ścieżek. Ale to też jest pytanie o to, jak postrzegamy płytę, czy traktujemy ją jako określoną całość. Teraz młodzi ludzie przede wszystkim wybierają utwory.

 

Wśród najbardziej inspirujących płyt wymienia pan albumy takich wykonawców, jak Beastie Boys, Talking Heads czy John Coltrane. Muzyka klasyczna też była ważna? 

Była ważna, a właściwie teraz jest. W muzyce klasycznej widziałem manieryzm, pewien snobizm. Fascynacja Beastie Boys, wcześniej post-punkowymi rzeczami, sprawiała, że te drzwi długo pozostawały zamknięte. Teraz jest zupełnie inaczej. Nie ukrywam, że najbardziej lubię muzykę minimalistyczną, zapoczątkowaną przez Erika Satie, który tak naprawdę był też wariatem robiącym pieśni dla swoich piesków, zwierząt. Wydaje mi się, że dziś mamy do czynienia z wysypem płyt z tzw. nową klasyką. Max Richter, Jóhann Jóhannsson, Nils Frahm, to ludzie, którzy kontynuują tradycję muzyki klasycznej w sposób, który łączy się z hip-hopem, samplowaniem. To często powtarzanie pewnych motywów, dokładanie do coraz gęstszej faktury kolejnych śladów. A przy okazji jest to pozbawione patetyzmu, co przyciągało mnie już do muzyki post-punkowej bardziej niż na przykład do Pink Floyd. W muzyce klasycznej podoba mi się sporo. Okazuje się, że muzyka Góreckiego może być bardzo intrygująca, a przy okazji bardzo słowiańska, bardzo polska. Z wielkich kompozytorów najbardziej lubię Bacha, ale to może przez Goulda, bo jednak Bach grany na fortepianie najbardziej do mnie przemawia. Czasami też Mozart. Długo walczyłem z całą tą otoczką muzyki klasycznej i to, co robi Marcin Masecki, który do filharmonii przychodzi ubrany w dres, to akcja, która bardzo mi się podoba. Wydaje mi się, że wielu ludzi łatwiej dotarłoby do muzyki klasycznej, gdyby posłać ją tam, gdzie podobno nie wypada jej grać. A ponieważ znam życiorys, chociażby Mozarta, wiem, że była grywana bardzo chętnie.

 

Sztaluga również jest panu bardzo bliska. Był Bach to może Basquiat?

Kiedyś tak, a dzisiaj bardziej Gerhard Richter. Mniej ekspresyjnego malowania, za to dużo klasyki, której nie trawiłem zupełnie. 

 

Bartosz Waglewski i Wojciech Waglewski. Od kilku lat w Trójce razem prowadzicie „Magiel Wagli”, ale czy poza anteną syn często odwiedza ojca na koncertach i vice versa?

Nie, nie... Mój ojciec był chyba dwa razy na moim koncercie, ja na jego występie byłem bardzo dawno temu. Kiedyś chodziłem często, na każdy warszawski koncert. Teraz wszystko wynika z tego, że gramy w podobnych terminach i rzadko się zdarza, że występujemy w tym samym miejscu. Poza tym inaczej też odbieramy relację ojciec–syn. Kiedyś to było łatwiejsze. Dziś to zupełnie inne emocje niż oglądanie jakiegokolwiek innego artysty, weźmy na przykład Radiohead. Ale te wszystkie lata, kiedy obserwowałem Voo Voo na scenie, to momenty, które pamiętam bardzo dobrze.