Wydanie: MWM 02/2018

Rzeźnicy z Bejrutu

Article_more
Kiedy w sierpniu 1975 roku w Bejrucie urodził się Mazen Kerbaj, libańska wojna domowa trwała już od kilku miesięcy. Kiedy rok później urodził się Sharif Sehnaoui, walki rozlały się na cały kraj, a masakry osiągnęły swoje apogeum. Dziś tak Kerbaj, jak i Sehnaoui są uznanymi artystami, ale wojna – trwająca z mniejszym lub większym natężeniem przez piętnaście lat do 1990 roku – wywarła olbrzymi wpływ na ich życie. Wpływ, do którego chętnie się przyznają, ale i od którego starają się uciec – zależnie od okoliczności.

Ot, choćby kwestia wyboru instrumentu. Mały Sharif pobierał lekcje muzyki i grywał Bacha na fortepianie, ale przestał, kiedy ze względu na wojnę rodzina musiała kilkukrotnie przeprowadzać się z miejsca na miejsce, zostawiając dość nieporęczny w transporcie instrument własnemu losowi. A że ten sam problem z logistyką pojawił się już później, kiedy jako nastolatek Sharif zaczął grać na perkusji, ostatecznie muzyk zdecydował się na znacznie praktyczniejszą gitarę.

 

W 1995 roku Sehnaoui – już wtedy grający na gitarze – podarował Kerbajowi trąbkę. Ważny prezent, bo po nastoletniej fascynacji psychodelią i eksperymentalnym rockiem dwaj przyjaciele poznali jazz oraz muzykę improwizowaną – stało się to przypadkiem, kiedy Mazen ukradł ze sklepu zmierzający już ku free jazzowi album Ole Johna Coltrane’a. „Miałem wielkie szczęście – mówił potem w wywiadach Kerbaj – bo gdybym ukradł, dajmy na to, bardziej tradycyjne Giant Steps, pewnie uznałbym tę płytę za okropność”. Sehnaoui w połowie lat dziewięćdziesiątych wyjechał na studia filozoficzne do Paryża i przez lata był dla Kerbaja jedynym łącznikiem ze światem. W ciągu kilku lat tych dwóch zafascynowanych coraz bardziej radykalnym free jazzem i swobodną improwizacją zapaleńców – jeden odwiedzający kraj tylko na czas studenckich wakacji, drugi bez żadnego przygotowania muzycznego – stworzy od podstaw w niewielkim Libanie najciekawszą na świecie scenę muzyki improwizowanej poza jej tradycyjnymi centrami w Europie, Ameryce Północnej i Japonii.

 

„Kiedy środowisko jazzowe usłyszało naszą muzykę, uznano nas za wariatów. To nie może być na serio – mówili – to nie jest muzyka. Mieli nas za idiotów” – wspomina początki działalności Kerbaj. Tak, podobne opinie muzycy awangardowi słyszą od swoich bardziej tradycyjnie nastawionych kolegów na całym świecie – od Tokio po Los Angeles – ale na maleńkiej bejruckiej scenie takie odrzucenie miało znacznie większe konsekwencje. Na wsparcie instytucji kultury młodzi entuzjaści też nie mieli co liczyć – w powoli wydobywającym się z chaosu kraju decydenci mieli na głowie sprawy ważniejsze niż popularyzacja free improvu. Z niespodziewaną pomocą przyszedł muzykom Jack Gregg, amerykański kontrabasista osiadły w Libanie, członek Libańskiej Orkiestry Symfonicznej, występujący w zespole Fairouz, narodowej diwy Libanu, udzielający lekcji konwencjonalnego jazzu. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Gregg regularnie nagrywał jednak z tak ważnymi dla historii free jazzu postaciami, jak Gunter Hampel czy Marion Brown. Pewnie dlatego kontrabasista całym swoim autorytetem amerykańskiego jazzmana bronił prawa początkujących muzyków do eksperymentów i dodawał im wiary w siebie. Obsztorcowani z każdej strony przez swoich, ale podniesieni na duchu przez freejazzowego weterana z Ameryki, Kerbaj z Sehnaouim założyli własną wytwórnię płytową. Nazwali ją Al Maslakh – po arabsku „Rzeźnia”.

 

Oczywiście krytycy mieli wtedy rację – młodzi nie umieli jeszcze grać. Zwłaszcza Kerbaj pominął wszystkie etapy przejściowe i od razu rzucił się na głęboką wodę trąbkowych preparacji i technik rozszerzonych. Niektórych uczył się, znając je tylko z opowieści Sharifa – bo przecież nigdy w życiu nie widział w Bejrucie koncertu muzyków parających się swobodną improwizacją (do czasu, aż sam zaczął te koncerty organizować). Słuchał płyt, próbując dociec, w jaki sposób powstaje dany dźwięk, potem starając się odtworzyć go po swojemu – najczęściej błędnie, ale dzięki temu ćwiczył ucho i wyobraźnię (dziś koncertowy zestaw Kerbaja rozrósł się do ogromnych rozmiarów i może zawierać dosłownie każdy przedmiot codziennego użytku: od narzędzi kuchennych po zabawki dla dzieci, z firmowymi balonami na czele).

 

Okrzepli już muzycy zaczęli występować regularnie, zapraszać artystów z zagranicy (Peter Brotzmann, Micheal Zerang i inni), wydawać płyty (jako pierwszą – solowy album Kerbaja pod dobrze oddającym charakter muzyki tytułem Brt Vrt Zrt Krt), a grono czynnych muzyków powiększyło się o zajmującego się elektroniką i video Raeda Yassina, saksofonistkę Christine Sehnaoui, grającego na klarnetach oraz flecie ney Bechira Saadé i innych.

 

Świadomie obraną strategią pierwszego okresu istnienia Al Maslakh i skupionych wokół niej artystów była wierność radykalnej improwizacji oraz wystrzeganie się jakichkolwiek orientalizmów czy odniesień do wojennej historii Libanu. Innymi słowy, muzycy z Bejrutu chcieli być dostrzeżeni jako interesujący twórcy i to poddani tym samym wpływom zglobalizowanego świata co wszyscy, a nie jako egzotyczna ciekawostka z niebezpiecznego kraju. „Przez jakiś czas wręcz odrzucaliśmy zaproszenia od wszystkich festiwali posługujących się hasłami wolności czy pokoju dla Libanu – mówi Sehnaoui. – Prowadzi to bowiem do sytuacji krępującej dla wszystkich: dla organizatorów, dla publiczności i dla nas. Pamiętam występ w Baltimore, reklamowany w gazecie tamtejszej społeczności arabskiej. To było ekstremalne przeżycie: przyszło mnóstwo ludzi chcących posłuchać Libańczyków. Wystroili się, przyszli w strojach wieczorowych i garniturach. Zajęli miejsca, a my zaczęliśmy grać. Po dziesięciu minutach wszyscy poderwali się z miejsc i ruszyli do wyjścia”.

Naturalnie, oba zjawiska, których tak chcieli uniknąć, czyli – mówiąc językiem samego Sehnaoui – egzotyzm i sensacjonalizm, zaważyły mocno na rozpoznawalności Al Maslakh na początku jej istnienia. Wytwórnia muzyczna z Bejrutu? Wydająca ekstremalną awangardę? O nazwie „Rzeźnia”? Trudno o tym nie napisać, trudno nie sięgnąć po taką płytę. Z biegiem czasu również w samej muzyce pojawiało się coraz więcej odniesień do tradycji (jak przypominające kanun czy santur brzmienie ułożonej w poziomie gitary Sharifa, której struny były uderzane pałeczkami) i do popularnej muzyki arabskiej (Johnny Kafta Anti-Vegetarian Orchestra). „Nawiązania do muzyki tradycyjnej mogą się pojawić, podobnie jak do rocka, na którym też się wychowałem – tłumaczy Sehnaoui. – Ale jeśli ktoś oczekuje, że pomaluję twarz w libańskie barwy narodowe, to się nie doczeka.”

 

Mazen Kerbaj, raczej odporny na pokusy taniego orientalizmu, przez lata starał się za to unikać w swojej grze motywów i dźwięków mogących kojarzyć się z wojną. „Mimo to ludzie i tak mówili, że gram odgłosy wojny – mówi. – Bo jestem z Libanu. A kiedy Axel Dörner gra takie same rzeczy, mówią mu, że to wiertło dentystyczne, a nie śmigłowiec”. Jako popularny rysownik oraz twórca komiksów Kerbaj problemy polityczne i społeczne otwarcie poruszał od lat, unikał ich jednak w swojej działalności muzycznej. Kerbaj nigdy też nie zdecydował się na zrobienie artystycznego użytku z nagrań dokonanych w czasach wojny domowej, które namiętnie kolekcjonował. Ale Bliski Wschód nie jest miejscem, w którym łatwo uciec od przemocy i śmierci.

 

W lipcu 2006 roku w odwecie za uprowadzenie dwóch żołnierzy i ostrzał rakietowy izraelska armia rozpoczęła systematyczne bombardowania baz Hezbollahu na terenie Libanu. Kerbaj wysłał swoje dzieci w góry, ale sam, mimo wielu propozycji wyjazdu, między innymi ze strony ambasady francuskiej, został w Bejrucie: „Nie chciałem, żeby mnie ktoś zmusił do wyjazdu z kraju. A już szczególnie nie izraelskie bomby”.

 

Jeszcze w 2006 roku ukazało się nagranie Starry Night, będące fragmentem muzycznego dziennika, jaki Kerbaj prowadził podczas drugiej wojny libańskiej. Idea była, jak sam powiada, prosta: „Stałem na balkonie, grałem i robiłem w gacie ze strachu, kiedy spadały bomby. Ale i tak było to lepsze niż robienie w gacie ze strachu w salonie bez grania”. Na Bejrut spadały pociski, Kerbaj z trąbką na balkonie grał, słuchał, nagrywał. Mieszkał w tamtym czasie na chrześcijańskich przedmieściach Bejrutu, gdzie nie było siedzib Hezbollachu – bombardowano więc głównie inne dzielnice, choć zdarzały się też tragiczne pomyłki. Jednak kilkuminutowy dokument z pogranicza ekstremalnego field recordingu i muzyki improwizowanej robi dziś piorunujące wrażenie. Również dlatego że sens, jaki przypisujemy gwałtownym dźwiękom eksplozji, i emocje, jakie w nas one wywołują, są odległe od pierwotnego kontekstu. Kerbaj wyjaśnia: „Dla nas, Libańczyków, którzy przeżyli wojnę domową, odgłos bomby to dobra wiadomość. Bo jeśli ją słyszysz, to nie spadła na ciebie”.

 

Może nas to pokierować w stronę koncepcji tanatosoniki amerykańskiego etnomuzykologa Martina Daughtry’ego, który zajmuje się przemocą dźwiękową oraz dźwiękowym aspektem działań wojennych. Wyciągnąwszy wnioski z badań terenowych w Iraku, zwraca on uwagę na informacyjną warstwę odgłosów wojny, których właściwe rozpoznanie jest podstawową umiejętnością umożliwiającą przeżycie. Słowa Kerbaja potwierdzają wyniki badań Daughtry’ego: „Kałasznikow, katiusza, RPG rozmaitych kalibrów… Tego się nie zapomina. Do dziś potrafię powiedzieć, które odgłosy w filmach wojennych są prawdziwe, a które nie. Wszystko umieliśmy rozpoznać. Wiedziało się, czy pocisk właśnie nadleciał, czy został wystrzelony. Jeśli słyszało się gwizd, było się bezpiecznym, bo wiadomo było, że nie trafi we mnie, a tylko nade mną przelatuje. Kiedy byliśmy dziećmi, to było jak gra. Wiedzieliśmy, że jeśli spadają bomby, to jutro nie będzie szkoły”.

 

Dziś Mazen Kerbaj i Sharif Sehnaoui nadal z powodzeniem prowadzą Al Maslakh, organizują też eksperymentalny festiwal Irtijal o zasięgu znacznie przekraczającym sam Liban, współpracują z elitą światowej sceny muzyki improwizowanej. Sehnaoui wrócił do Bejrutu, gdzie oprócz uprawiania sztuki zajmuje się filozofią czasu. Kiedy zaczynali, kraj był kulturalną pustynią; dziś powstają kolejne instytucje, wraca normalność, a co zamożniejsi znów kupują fortepiany, żeby uczyć swoje dzieci grać Bacha. Wszystko to jednak odbywa się w cieniu tego, co dzieje się za wschodnią granicą – a w czteroipółmilionowym Libanie znajduje się półtora miliona uchodźców z Syrii.

 

„Wiem, że to brzmi dziwnie – mówi Kerbaj – ale swoje dzieciństwo określiłbym jako zupełnie normalne. Powiedzmy. Agresję izraelską z 2006 roku byłem skłonny wytrzymać i zostałem. Ale nie zniósłbym kolejnej wojny. Wziąłbym dzieci i opuściłbym kraj bez wahania. Najmniejszego”.