Muzykę można zobaczyć

Ari Dykier – wywiad
Article_more
Ari Dykier – artysta wizualny, współpracujący m.in. z orkiestrą Arte dei Suonatori, operator pracujący przy wielu znanych serialach telewizyjnych.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Festiwale, występy na żywo, strona internetowa Visual Art z klimatycznymi wizualizacjami, zdjęciami oraz wideo clipami o tajemniczych tytułach: „Dream Town”, „Presto”, „Vintage Memoir”… Takim Cię nie znałam. Wytłumacz mi, co to wszystko oznacza.

Ari Dykier: Mniej więcej cztery lata temu poczułem, że potrzebuję jakiejś równowagi dla pracy zawodowej. Pracuję z kamerą przy serialach, a więc jest to praca atrakcyjna, interesująca, ale bywa także rutynowa. W dodatku pracuje się w zespole, gdzie wykonuje się jakąś jej część. Toteż pewnym momencie poczułem, że chcę robić coś własnego.

Około cztery lata temu trafiłem na takie zjawisko nazwane przez niektórych wigilingiem, które polega na tworzeniu wizualizacji do muzyki. Bardzo mnie to zaintrygowało i w rezultacie pojechałem na festiwal, który odbywał się w RPA, żeby naocznie zobaczyć, co ludzie robią, a także wziąć udział w warsztatach. Miałem wtedy okazję przyjrzeć się temu zjawisku bliżej.

Kiedy po powrocie pokazałem swój projekt mojej siostrze, stwierdziła, że kojarzy się jej z czymś, co oglądaliśmy kiedyś na DKF-ie. Rzeczywiście, choć sobie tego do końca nie uświadamiałem, tworząc pierwszy projekt nie inspirowałem się, jak większość, Terry Gillamem i Monty Pythonem, tylko – podświadomie - „Labiryntem ” Jana Lenicy. Podobne postaci pojawiły się w mojej animacji: pan z melonikiem czy różne stwory. Pod wpływem siostry uświadomiłem wówczas sobie, jak mocno ukształtowały mnie pewne obrazy.

 

Czy wtedy zdecydowałeś się zająć wizualizacjami? Uznałeś, że tego właśnie szukasz?

Wtedy jeszcze nie podjąłem takiej decyzji, zbyt byłem zajęty pracą i nie miałem czasu na przygotowanie kolejnego clipu.. Minęły kolejne dwa lata, zanim w 2015 roku zdecydowałem się wziąć udział w festiwalu, który odbywał się w Rzymie (Live Performers Meeting). Oczywiście przywiozłem własny projekt. Miałem już wówczas świadomość, że nie chcę kopiować tych uczestników, którzy tworzą rzeczy generatywne, cyfrowe, a takie prace przeważały. Mnie natomiast interesowała animacja, a zrealizowany projekt miał charakter surrealistyczny – takimi drogami prowadziła mnie wyobraźnia. Bazowałem głównie na XIX-wiecznych ilustracjach, kojarzących się z epoką wiktoriańską.

 

I wtedy zająłeś się tym na poważnie…

Jeszcze nie nadszedł taki czas. Wprawdzie projekt spodobał się, ale minęły kolejne dwa lata i dopiero w 2017 zdecydowałem się pojechać ze swoją pracą na festiwal. Postanowiłem uatrakcyjnić wizualnie i rozwinąć już istniejący projekt. Przywiozłem go do Amsterdamu na Live Performers Meeting. Projekt bardzo się spodobał – usłyszałem pochwały od wielu osób. Sądzę, że wyróżniał się na tle innych swoją odmiennością. Dostałem wówczas propozycję udziału w turnieju mappingu organizowanego przy Kongresie Kulturalnym w Guadalajarze w Meksyku. Moje animacje nie sprawdziły się na specyficznej powierzchni, na której były prezentowane, ale samo doświadczenie uczestnictwa w kongresie było wspaniałym przeżyciem.

 

Widziałam twoje zdjęcia z różnych egzotycznych miejsc…

Tak, bo oprócz Meksyku trafiłem także do Barcelony na festiwal Visual Brasil, na którym łączy się muzykę miksowaną przez DJ-ów z wizualizacjami. Doświadczyłem tam zupełnie niespodziewanie, jak jeden z nich użył mojego projektu podczas gorącej zabawy w wielkim parku. Nagle postawiono mnie za konsoletą i miałem sobie jakoś radzić przez godzinę. Początkowo wydawało mi się, że moje wizualizacje zupełnie nie pasują do tego klimatu, a tymczasem okazało się, że wszystkim bardzo się spodobały. Dało mi to duży zastrzyk pozytywnej energii, szczególnie, że co chwilę ktoś podchodził i wyrażał swoje zadowolenie, które przybierało różne zabawne formy – byłem np. wielokrotnie raczony piwem . Najważniejsze jednak było to doświadczenie, że w formach animacji, które zaprezentowałem, ludzie odnajdywali coś znajomego, kojarzącego się np. z klasyczną animacją czy światem wokół nas. Doświadczyłem, jak moje wizualizacje łączą się z muzyką służącą do zabawy i tańca.

Aplikowałem, także z sukcesem, na festiwal w Tübingen, niewielkiej, ale za to uroczej niemieckiej miejscowości. Również w październiku odwiedziłem niesamowity festiwal Patchlab w Krakowie.

Jakie korzyści daje uczestnictwo w tych wszystkich imprezach?

Takie festiwale służą nie tylko prezentacji swoich projektów przed publicznością, ich weryfikacji przed różnymi odbiorcami, ale również nawiązywaniu kontaktów.

 

No tak, artysta nie może tworzyć w próżni, choć teraz takim „miejscem” prezentacji swojej twórczości stał się Internet. Ty jednak prezentowałeś się ostatnio na żywo i to w towarzystwie muzyków wykonujących utwory klasyczne. To dopiero eksperyment!

To historia mająca swoje źródło w zamierzchłej przeszłości. Piętnaście lat temu byłem na koncercie Arte Dei Suonatori w Oratorium Marianum we Wrocławiu i tak bardzo mi się spodobał, że odtąd zacząłem bywać na nich regularnie.

 

Tak, pamiętam, bo i ja bywałam na tych koncertach.

Nie tylko słuchałem muzyki, ale również zaprzyjaźniłem się z członkami zespołu i dwa lata temu postanowiliśmy z Arkiem Golińskim zrobić coś wspólnie. W rezultacie w ubiegłym roku przygotowałem dla zespołu rodzaj surrealistycznego clipu, ale powstał też pomysł, na to, żeby obrazy towarzyszyły zespołowi podczas koncertu. Połączyliśmy performance z muzyką w ten sposób, że podczas gdy muzycy interpretowali muzykę klasyczną, ja “na żywo” miksowałem przygotowane wcześniej animacje, by w efekcie stworzyć jedno wspólne doświadczenie łączenia przepięknej muzyki i obrazu. Zawsze jednak był to rodzaj improwizacji inspirowanej muzyką słuchaną w czasie rzeczywistym. To było moje widzenie tej muzyki, któremu dawałem wyraz.

Podczas przygotowywania projektu długo zastanawiałem się nad tym, jak mają wyglądać wizualizacje. A ponieważ Arek Goliński pozostawił mi pełną swobodę, zdecydowałem, że będą miały charakter surrealistycznych, animowanych kolaży, których poetyka była mi w tym czasie najbliższa. Tymczasem zespół przygotowywał się do swoich koncertów jak zwykle, jednakże istotną zmianą, która nastąpiła, było wyciemnienie sceny podczas występu, któremu towarzyszyła projekcja.

 

Czy to się podobało tradycyjnej publiczności, szczególnie że koncerty odbywały się w nobliwych miejscach, a nie w otwartej przestrzeni, do której wejść mógł każdy?

Koncerty z Arte dei Suonatori odbywaly się w Bar Studio w Warszawie, we wspaniałej Filharmonii im. Karłowicza w Szczecinie, gdzie zawsze była pełna widownia, a także w Aula Nova w Poznaniu. Mam nadzieję, że publiczności też się ów eksperyment podobał, choć mam także świadomość, że filharmonijna widownia woli tradycyjne koncerty. Mimo moich obaw, otrzymałem dużo pozytywnych komentarzy i to mnie cieszy.

 

To bardzo ciekawe! Sama chętnie „obejrzałabym” taki koncert. Czy to oznacza, że będziesz rozwijał swoje eksperymenty właśnie w tym kierunku?

Gdybyśmy mieli kontynuować tę współpracę, chciałbym zmieniać mój projekt, bo interesują mnie poszukiwania i ciągły rozwój. Projekty wizualne tworzyłem już wcześniej, choć pod wpływem innego rodzaju muzyki, np. Pink Floydów. Nie wiadomo, czym będą się żywić kolejne projekty, bo dla mnie samego to jest zawsze niespodzianka.

Tak czy owak po tym, co się wydarzyło, mam ogromną ochotę kontynuować tego rodzaju działalność – tworzyć nowe projekty, które we mnie dojrzewają. Może będzie to coś zupełnie nowego? Zależy to od rodzaju muzyki, który mnie zainspiruje – dawnej czy może współczesnej.

Łączenie obrazu z materią dźwiękową daje bardzo ciekawe efekty. Od czasu do czasu zamieszczam swoje clipy na Instagramie i otrzymuję propozycje współpracy od różnych muzyków. Może na coś się zdecyduję, kto wie…