Wydanie: MWM 03/2018

Jeśli kwietniowego dnia Szigeti

Article_more
1. Zabierasz się do słuchania płyty z występem Bartóka i Szigetiego w waszyngtońskiej Bibliotece Kongresu. Robisz tak co roku na początku kwietnia: rozluźniasz się, wytężasz uwagę, oddalasz od siebie każdą inną myśl. Słuchasz trochę na pożegnanie zimy, a trochę na pohybel własnym meteopatycznym przypadłościom. Myślisz, że skoro tak zagrali, ledwie co opuściwszy brnącą w wojnę Europę i rozfaszyzowane na całego Węgry, to i w mrok świata, który ciebie otacza, coraz szczelniej, coraz medialniej, rzuca ich gra światło inne i całkiem skądinąd.

2.
Zdobyłeś porządną edycję wydaną przez Vanguard Classic. Zaszedłeś do internetowego sklepu i kupiłeś egzemplarz. Zaszedłeś po cyfrowych łączach, ach, wyobraź sobie, po cyfrowych łączach, by kupić dźwięk skopiowany z szelakowej płyty. Jarzyły się ciekłe kryształy, po światłowodach mknęły cyfry twojego PIN-u, a co słyszałeś?... co słyszałeś? Prehistoryczny szum igły od patefonu. Postąpiłeś słusznie. Wszak inżynierowie dźwięku nie nadużyli zaklęć remasteringu, pozostali przy skromnym symbolu AAD, wierząc, że zechcesz wrócić, naprawdę wrócić do momentu, kiedy Hitler, troskliwy ogrodnik, przeflancował do Ameryki kwiat muzycznego modernizmu: Bartóka, Schönberga, Strawińskiego, Hindemitha, Křenka.

 

3.
Wszak wytwórnia zaufała snobizmowi melomanów, pozwalając działać legendzie recitalu. Wierząc, że nie odstępem sygnału od szumu będą karmić swoje NAD-y i Marantze, kolumny Infinity na alchemicznie highendowych kablach, lecz tym, co przez Atlantyk przewiozło dwóch Węgrów wyplutych przez Europę. Jeśli tamtego kwietniowego dnia Bartók miał za pazuchą podróże z Zoltánem Kodályem, włóczęgę po wiejskich drogach, z których dopiero co opadł wielki kurz Austro-Węgier, to z tego kurzu wychynęło życie już nie do zamknięcia w tonalnych czy politycznych granicach. Jeśli tamtego kwietniowego dnia Szigeti miał na sobie dyskretną elegancję, to uprzejmie ironiczną w szorstkim tonie skrzypiec i nienagannie trzeźwą – tak samo wobec amerykańskiego snu, któremu pościelono na grobie Indian i bizonów, jak wobec węgierskich snów o Hunorze i Magorze.

 

4.
Nigdy nie słuchasz leżąc, więc tym razem też usiądź w fotelu po babci Scholastyce. Przypomnij sobie jej syna, wujka Heńka Zaleskiego, i Marzenie Schumana grane przez niego na rodzinnych zjazdach. Z ckliwością, której rozwibrowany patos chciał cię na zawsze zatrzasnąć w sercu dziecka – tam, gdzie do końca życia mieszkał wujek i jego alkohol. Z piruetami glissand, pasażami łkań, którymi Heifetz ukąsił pokolenia słuchaczy. Usiądź i poczekaj, aż odezwie się zwięzły, rzeczowy Szigeti – przeciw skrzypcowej doktrynie, nieubłaganej jak majaczenia o turańskiej albo sarmackiej krwi. Tamte drzwi lepiej zamknąć: tam zawsze gra wujek Heniek, tam strzałokrzyżowcy leczą narodową dumę, zranioną traktatem w Trianon. Tam zakłada się kaptur na Marsz Niepodległości, a 10 kwietnia odgrywa się z pamięci sentymentalne resentymenty. Powiedz im to od razu: Nie, nie chcę oglądać telewizji. Zaczynam słuchać płyty z koncertem Bartóka i Szigetiego.

 

5.
Chwileczkę, spójrz na okładkę płyty. A niech to! To, co wziąłeś za mowę ciała uciekinierów z tonącej Europy, jest ich mową ciała jeszcze na pokładzie, na występie w Berlinie dekadę wcześniej. Jedno rozszczelnienie pociąga za sobą następne. Dźwięk rzucony 13 kwietnia 1940 roku zaczyna się rozchodzić kręgami w czasoprzestrzeni. Cztery dni przedtem Niemcy atakują Norwegię, ale cóż po dzielności Strzelców Podhalańskich, skoro za trzy miesiące upadnie Francja, lżej niż domek z kart. Dla Węgrów to na razie same dobre wieści: odzyskali Ruś Zakarpacką, a drugi arbitraż wiedeński zwróci im inne skrawki terytorium i dumy. Lecz rok po waszyngtońskim koncercie Wehrmacht pomaszeruje w stronę Jugosławii, a 3 kwietnia 1941 roku premier Pál Teleki, autor bon motu, że prędzej wysadzi linie kolejowe, niż pozwoli, by skorzystali z nich Niemcy w ataku na Polskę, strzela sobie w głowę.

6.
A zatem płyta, której zacząłeś słuchać z takim przejęciem, ma nie tylko fotografię na okładce inną, niż sądziłeś, ale także muzykę z ukrytym wątkiem polskim. Jeśli tamtego kwietniowego dnia Szigeti obudził w strunach metal z kuli pistoletu, którą rok później wystrzeli do siebie Teleki, to była w nim także stal z kolejowych szyn, po których nie pojechał do Polski Wehrmacht, ale w 1920 pojechało 30 tysięcy karabinów Mauser i 60 milionów sztuk amunicji, podarowanych nam przez Węgrów na wojnę z bolszewikami. Jeśli tamtego kwietniowego dnia Bartók wydobył spod czarnego wieka fortepianu harmoniczne i melodyczne strzępy czardaszy i lamentów, to był w nich przecież jeszcze inny kwiecień, ten kwiecień z Wiosny Ludów, kiedy Lajos Kossuth ogłosił niepodległość, a rewolucyjną armią dowodził Józef Bem.

 

7.
Zabrałeś się do słuchania płyty z koncertem Bartóka i Szigetiego w waszyngtońskiej Bibliotece Kongresu. Aby uchwycić to, co się stało w głowie Bartóka pomiędzy II Sonatą skrzypcową, bliską ekstrawagancjom Schönberga, acz zawsze jedną nogą na gruncie tonalności, a I Rapsodią, opartą na motywach spoza akademii. Tymczasem przypominasz sobie, czym była węgierska Republika Rad, „biały terror” Miklósa Horthyego i jątrzący się potem przez lata narodowy ressentiment, na który lekiem mieli być Hitler z Mussolinim. Ale jeśli tamtego kwietniowego dnia Bartók myślał o swoim kraju, to raczej z perspektywy papieża Sylwestra, wybitnego matematyka, znawcy globusa i arabskich cyfr, który wysyła półpogańskiemu księciu Vajkowi późniejsze serce Węgier – Świętą Koronę.

 

8.
Jeśli tamtego kwietniowego dnia Szigeti myślał o swoim kraju, to mówił o nim zwięźle, lakonicznie. Że na państwo i naród nie da się patrzeć bez ironii, skoro król Stefan nawet nie dotknął Korony nazwanej jego imieniem, bo wykonano ją sto lat po słynnej koronacji. Że hrabia Pál Teleki był lepszym kartografem niżeli politykiem, a jego mapy mogłyby stawać w szranki nawet z pół wieku późniejszym systemem GPS. Że Bema i jego armaty byliśmy winni Węgrom za księżniczkę Kingę, która ruszając w drogę z Ostrzyhomia, zabrała ze sobą górników od soli. Cóż to w końcu była za nagroda dla niej i dla siostry, skoro z dwóch Bolesławów jeden okazał się Wstydliwy, a drugi Pobożny.

 

9.
Rozluźnij się. Wytęż uwagę. Oddal od siebie każdą inną myśl. Bartók jeszcze pracuje w etnograficznym archiwum Uniwersytetu Columbii, jest jeszcze w miarę zdrowy i jako tako wiąże koniec z końcem. Szigeti dawno wyrósł z Jóski Singera, żydowskiego chłopaka, którego ciotka uczyła grać na cymbałach, ale wyjechał do Stanów już w 1939, zresztą razem z rosyjską żoną, która wcześniej doświadczyła podobnej ewakuacji – po rewolucji w 1917. Nie mogło być lepszego momentu na ten koncert. „Kreutzerowską” Beethovena grają z paradoksalnie metodyczną pasją, jakby rozliczali się naraz z Niemcami i z Austrią. I Rapsodia Bartóka, dedykowana Szigetiemu, brzmi nie tyle bardziej osobiście, ile w tonie przekornego usprawiedliwienia: za całą przeszłą arcynieksiążęcość i za przyszłe niedorośnięcie do zachodnich standardów.

 

10.
Posłuchałeś płyty z koncertem Bartóka i Szigetiego w waszyngtońskiej Bibliotece Kongresu. Myślałeś o przyjaźniach: między ludźmi, między narodami i między instrumentami, jeżeli trafią w odpowiednie ręce. Płyta, po którą sięgnąłeś na półkę, okazała się, zgodnie z rytuałem, inna niż ta, której wysłuchałeś do końca. Masz na tej samej półce zawrotnego Haifetza, kryształowego Ojstracha, rozmedytowanego Kuijkena, lecz jeżeli słuchasz kwietniowego dnia, niech to będzie Szigeti.