Wydanie: MWM 03/2018

Wszystkie wcielenia Vivaldiego

Article_more
Ksiądz, skrzypek, genialny wirtuoz, autor znakomitej muzyki instrumentalnej, religijnej i operowej, impresario, twardo negocjujący biznesmen, uzdolniony nauczyciel. Antonio Vivaldi miał wiele twarzy.

Będąc księdzem, nie odprawiał mszy, ponieważ skarżył się na problemy zdrowotne i przeszywający ból w klatce piersiowej. Ten nie przeszkadzał mu jednak w podejmowaniu uciążliwych podróży, komponowaniu muzyki, odbywaniu wielogodzinnych prób z muzykami i dyrygowaniu operami w późnych godzinach nocnych. Kłamał z łatwością. Jako impresario teatru operowego był wielokrotnie wzywany do sądu, oskarżany o niewypłacanie honorariów zakontraktowanym artystom, sprzedaż starych kompozycji jako nowych. Plotkowano, że ma romans ze swoją uczennicą – śpiewaczką Anną Girò. A do tego był jeszcze niecierpliwy, ale też spontaniczny i żywiołowy. Działał w pośpiechu, co dotyczyło także procesu komponowania. Świadczy o tym choćby wpis na partyturze opery Tito Manlio głoszący „muzyka skomponowana w pięć dni”. Wystąpił przed papieżem i cesarzem, a król Francji Ludwik XV odznaczył go orderami w uznaniu dla jego talentu. Po śmierci został zapomniany. Przypomniany przez badaczy twórczości Johanna Sebastiana Bacha, autor Czterech pór roku jest dzisiaj jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców muzyki klasycznej. I jednym z najbardziej oryginalnych. Jego wpływ na muzykę kolejnych pokoleń jest nie do przecenienia.

 

Syn skrzypka i fryzjera
Antonio Vivaldi urodził się w Wenecji 4 marca 1678 roku w bardzo złym stanie, grożącym noworodkowi śmiercią. W tej sytuacji akuszerka Margarita Veronese podjęła decyzję o natychmiastowym ochrzczeniu chłopca. Na szczęście kolejne doby przynosiły poprawę, niebezpieczeństwo śmierci zostało zażegnane i dwa miesiące później, 6 maja, Antonio został oficjalnie ochrzczony w kościele San Giovanni Battista in Bragora (św. Jana Chrzciciela na Bragorze). Antonio był najstarszym synem Giovanniego Battisty Vivaldiego i jego żony Camilli Calicchio. Miał czterech braci i pięć sióstr, jednak tylko on spośród licznego rodzeństwa wykazywał zdolności muzyczne. W tej sytuacji ojciec chłopca, człowiek wielu profesji – fryzjer, golibroda, uzdolniony skrzypek, członek orkiestry w Bazylice św. Marka, impresario, a może też kompozytor – zaczął udzielać synowi pierwszych lekcji gry na skrzypcach. Co prawda, do dziś badacze snują rozważania, czy Antonio był uczniem Giovanniego Legrenziego, kierującego wówczas zespołem św. Marka, lub Arcangela Corellego w Rzymie, ale z braku wiarygodnych źródeł głównym przewodnikiem Vivaldiego po świecie dźwięków pozostaje do dziś jego ojciec. A także rozbrzmiewająca muzyką Wenecja i on sam jako autodydakta, kopiujący dzieła ówczesnych mistrzów.

 

Rozwój muzyczny Antonia przebiegał bardzo szybko, mimo to w kręgu rodzinnym postanowiono, że chłopiec zwiąże swoje życie z Kościołem. Po dziesięciu latach terminowania i odebraniu nauki w zakresie języka włoskiego, łaciny, arytmetyki, geometrii i geografii, 23 marca 1703 roku Vivaldi został wyświęcony na księdza. Od tej pory, ze względu na rudy kolor włosów oddziedziczony po ojcu, bywał nazywany Il Prete rosso – Rudy Ksiądz. Muzyki, szczęśliwie, nie porzucił. Jeszcze w tym samym roku, we wrześniu, został maestro di violino, czyli nauczycielem gry na skrzypcach w jednym ze sławnych weneckich sierocińców przeznaczonych dla dziewcząt – Ospedale della Pietà. Z instytucją tą, podobnie jak z rodzinnym miastem, będzie związany z przerwami przez całe życie. Jaka zatem była Wenecja Vivaldiego, z której utkana jest jego muzyka pełna kolorów, energii, magii, czasami zamglona, innym razem przeszywająca i roziskrzona, ale zawsze piękna jak jego rodzinne miasto? I czym było tak specyficzne osiągnięcie Serenissimy jak ospedale?

 

Wenecja Vivaldiego
Carlo Goldoni, komediopisarz, autor odnoszących wielkie sukcesy oper komicznych, wenecjanin, w swoich Pamiętnikach zauważał: „Wenecja jest miastem tak niezwykłym, że nie sposób nabrać o niej właściwego pojęcia, jeśli się jej nie widziało. Mapy, plany, modele, opisy nie wystarczą, trzeba ją zobaczyć. Wszystkie miasta świata są do siebie mniej lub więcej podobne – to nie przypomina żadnego. Ilekroć widziałem je znowu, po dłuższej nieobecności, stanowiło dla mnie nową niespodziankę. W miarę jak dojrzewałem, jak wzrastał zasób moich wiadomości i mogłem czynić porównania, odkrywałem w niej nowe osobliwości i nowe piękno”.

 

Oprócz zjawiskowego położenia na lagunie, zachwycającego Canale Grande z urokliwymi pałacami, szalonego karnawału, na który przybywali turyści z całej Europy, obyczajowej swobody, urozmaiconych sezonów teatralno-operowych, miasto miało jeszcze jeden atut: nieustannie rozbrzmiewało muzyką. „Cała Wenecja rozbrzmiewa w dzień i w nocy muzycznymi koncertami” – zanotował w swoim dzienniku Włoch Giovanni Rossi. I, jak podkreślał francuski podróżnik i literat Ange Goudar, muzyka nie była w Wenecji rozrywką zarezerwowaną tylko dla wyrafinowanych uszu, lecz „przeniknęła także do świata żebraków; biedni ludzie śpiewają, kiedy proszą o jałmużnę… Przykro mi, że nie ma cię tu, panie, ponieważ zorganizowałbym dla ciebie wspaniały koncert na środku placu św. Marka w wykonaniu pięćdziesięciu muzyków, żebraków z profesji, którzy razem wytworzyliby tyle dźwięku co Opera Paryska. Nie wyobrażaj sobie, że ci wirtuozi czytają muzykę a vista, ponieważ większość z nich to niewidomi”.

 

Muzykowanie, o którym wspominają cytowani autorzy, odbywało się zatem wszędzie, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej, świeckiej i kościelnej, w wykonaniu profesjonalnych muzyków oraz amatorów. Muzyka towarzyszyła zwykłym czynnościom zwykłych ludzi, ale też stanowiła oprawę ważnych uroczystości państwowych z udziałem doży i patrycjuszy. Przemieszczanie się w gondolach spowodowało zaś, że miasto nie znało pośpiechu, a przewożący ludzi gondolierzy umilali im podróż, śpiewając wymyślone przez siebie piosenki opowiadające o miłości i życiu. Takim rozwibrowanym dźwiękami miastem karmiła się wyobraźnia Antonia Vivaldiego, a wielka miłość wenecjan do muzyki dała też impuls do powstania ospedali.

 

Kuźnia talentów
Ospedale dosłownie oznacza szpital, w rzeczywistości jednak weneckie ospedali były instytucjami opiekuńczo-wychowawczymi dla sierot, dzieci porzuconych i pochodzących z nielegalnych związków patrycjuszy, a także dla ludzi biednych, chorych, starych i w wyjątkowych sytuacjach dla samotnych podróżników. Dzieciom, zarówno chłopcom, jak i dziewczętom, zapewniano podstawowe warunki egzystencji, przystosowując do późniejszego, samodzielnego już życia dzięki nauce zawodu, czytania, liczenia, pisania. Chorym zapewniano opiekę i godną śmierć.

 

W Wenecji funkcjonowały cztery główne ospedali: Ospedale di San Lazaro e dei Mendicanti, Ospedale di Santa Maria dei Derelitti, znane też pod krótszą nazwą Ospedaletto, Ospedale degl’Incurabili i Ospedale della Pietà, z którym związany był Rudy Ksiądz, a do którego przyjmowano tylko dziewczynki. Około 1738 roku w Pietà było ich ponad tysiąc. Dzieci przyjmowano w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Jedynie w Pietà funkcjonowała mała wnęka w zewnętrznym murze budynku, ówczesne „okno życia”, w którym można było zostawić noworodka. Dziewczętom, oprócz typowych zajęć przypisywanych kobietom, jak szycie, robienie na drutach, gotowanie, pielęgnowanie innych itp., proponowano też naukę muzyki, ale tylko tym, które mogły poszczycić się zdolnościami muzycznymi. Nazywano je wówczas figlie del coro.

Ich głównym obowiązkiem, poza nieustannym doskonaleniem własnych umiejętności, były występy podczas codziennych nabożeństw w kościołach należących do ospedali, uroczystych świąt i proszonych koncertów w pałacach weneckiej arystokracji. Utalentowane muzyczki zazwyczaj pozostawały niewidoczne dla oczu swoich słuchaczy, ustawione na specjalnym podwyższeniu, ukryte przed ciekawskimi i pożądliwymi spojrzeniami za kratami albo przesłonięte stosownym materiałem, co dodatkowo wzbudzało zainteresowanie ich sztuką. Straszliwie narzekał na tę sytuację Jean-Jacques Rousseau, który skądinąd bardzo wysoko oceniał umiejętności dziewcząt: „Nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej rozkosznego, wzruszającego niż ta muzyka: wysoki artyzm, wyborny smak melodii, piękność głosów, doskonałość wykonania”. Artystki wprawiały w osłupienie grą na różnych instrumentach, także tych zwyczajowo przypisywanych mężczyznom, jak rogi, flety, fagoty czy kontrabasy. Sukces dziewcząt był możliwy tylko dzięki współpracy z najwybitniejszymi muzykami – kompozytorami, instrumentalistami, nauczycielami. Jednym z nich był Antonio Vivaldi, który dla podopiecznych z Ospedale della Pietà stworzył zdecydowaną większość swoich koncertów instrumentalnych i muzyki religijnej z przepiękną Gloria i oratorium łacińskim Juditha triumphans na czele.

 

Rudy Ksiądz w teatrze
W maju 1713 roku Vivaldi zadebiutował jako twórca operowy dziełem Ottone in villa do libretta Domenica Lalliego, wystawionym w Teatro delle Garzerie w Vicenzy. Utwór przywołujący postać cesarza Ottona poświęcającego dobro Rzymu dla własnych przyjemności i miłosnych żądz został dobrze przyjęte przez publiczność. Już w kolejnym roku, tym razem w rodzinnej Wenecji, w Teatro Sant’Angelo, kompozytor pokazał nową operę zatytułowaną Orlando finto pazzo do libretta Grazia Braccioliego. Tym samym rozpoczął się intensywny związek Vivaldiego z tą sceną jak i z teatrem operowym w ogóle, zarówno w funkcji impresaria, jak i twórcy.

 

Kompozytor utrzymywał, że napisał dziewięćdziesiąt cztery opery, chociaż tylko około pięćdziesięciu można dzisiaj połączyć z jego osobą. Z tej liczby w postaci partytur zachowały się dwadzieścia trzy dzieła, między innymi Armida al campo d’Egitto, Tito Manlio, La verità in cimento, Il Giustino, Orlando furioso, Farnace, Olimpiade. Pozostałe przetrwały jedynie w postaci librett. Dziewiętnaście spośród jego dzieł po raz pierwszy zabrzmiało w Teatro Sant’Angelo. To nie był teatr należący do pierwszej ligi scen operowych Wenecji. Mały, z ciemną sceną, wzbudzał jednak sensację za sprawą intrygujących dekoracji i tanich biletów. Vivaldi nie mógł też liczyć na występy sławnych kastratów, jak Farinelli czy Caffarelli, lub primadonn tej rangi co Faustina Bordoni, ale to nie oznacza, że w jego teatrze śpiewali słabi wokaliści lub że jego utwory nie wymagały wirtuozerii. Wręcz przeciwnie. Zachowane dzieła to kompozycje wymagające wokalnej „pirotechniki” (szczególnie te skomponowane po 1725 roku pod wpływem stylu kompozytorów neapolitańskich), równocześnie ujmujące liryzmem wolnych części, przejmującymi modulacjami, ale i wspaniałym udziałem orkiestry z pełnymi finezji oraz subtelności partiami solowymi różnych instrumentów – fletów, skrzypiec, wiolonczeli, mandoliny czy fagotu.

 

Kompozytor, podobnie jak jego współcześni, pisał pod głosy konkretnych śpiewaków. Jego ulubioną artystką przez lata pozostawała Anna Girò (Giraud), poznana w Mantui, gdzie w latach 1718–1720 Vivaldi pełnił funkcję maestro di cappella da camera na dworze księcia Filipa Hesse-Darmstadt (do jego obowiązków należało tworzenie muzyki świeckiej – oper, serenat, kantat i muzyki instrumentalnej). Anna została jego uczennicą. Czegóż nie napisano o tej relacji! Annina, jak również nazywano śpiewaczkę, czyli mała Anna Rudego Księdza, uważana była za jego muzę i kochankę, z czego kompozytor musiał się gęsto tłumaczyć przed władzami kościelnymi. Cytowany już Goldoni pozostawił znakomity opis swojego pierwszego spotkania z Vivaldim, (które odbyło się przy okazji pracy skrzypka nad operą Griseldą), kilka słów poświęcając też wokalistce. Pisał: „Nie była piękna, lecz miała wdzięk, miłą figurkę, ładne oczy i włosy, ponętne usta, głosik mały, lecz dobrą mimikę”. Według Vivaldiego potrafiła zaśpiewać wszystko. Kompozytor nie wyobrażał sobie opery bez jej udziału, co potwierdza jego operowy dorobek i kariera Girò, która począwszy od Farnace (1726) do Catone in Utica (1740) śpiewała głównie w dziełach Rudego Księdza. W asyście swojej siostry Pauliny, w roli przyzwoitki, towarzyszyła mu w licznych podróżach artystycznych – do Rzymu, Mantui, Werony, Florencji, Wiednia, Pragi i Amsterdamu, czyli wszędzie tam, gdzie chciano słuchać muzyki Vivaldiego.

 

Smutny koniec
Lata trzydzieste to jednak stopniowy zmierzch kariery Rudego Księdza. Nadal co prawda komponował nowe opery i pasticcia, ale z żadnym z rodzimych teatrów operowych nie udało mu się już nawiązać stałej współpracy. Również poza Wenecją jego dzieła przyjmowano raz lepiej, raz gorzej. I tak Catone in Utica wystawiony w Weronie (1737) odniósł sukces, ale już prezentacja Siroe w Ferrarze (1739) zakończyła się klapą. Wenecjanie, ale nie tylko oni, żyli teraz nowymi dziełami Hassego, Porpory, Giacomellego. „Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – pisał współczesny Vivaldiemu – widzę, że nie jest tu tak ceniony, jak na to zasługuje, moda jest wszystkim w Wenecji, gdzie jego dzieła są słyszane od tak dawna i gdzie muzyka minionego roku nie zarabia pieniędzy. Człowiekiem dnia jest sławny Sassone (czyli Hasse)”. Vivaldiemu została właściwie już tylko współpraca z Ospedale della Pietà, dla którego komponował kolejne koncerty instrumentalne i gdzie nadal uczył dziewczęta. Jednak i tę regularną pracę Rudy Ksiądz stracił w 1738 roku, chociaż nadal utrzymywał kontakty z ospedale, pisząc dla tej instytucji pojedyncze kompozycje religijne, jak choćby psalm na podwójny chór Lauda Jerusalem czy Magnificat RV 611.

 

Ostatecznie jednak między 12 a 24 maja 1740 roku Antonio Vivaldi opuścił Wenecję (jak się miało wkrótce okazać – na zawsze) i udał się do Wiednia. Prawdopodobnie liczył tu na większy szacunek i hojny mecenat cesarza Karola VI, który cenił jego muzykę. Wydaje się też, że wyjeżdżał z projektami operowymi w głowie, planując nawiązanie współpracy z Kärtnertortheater w stolicy Habsburgów. Jednak cesarz zmarł 20 października 1740 roku, a początek wojny o sukcesję austriacką położył kres nadziejom artysty. Vivaldi zmarł nagle, złożony chorobą 28 czerwca 1741 roku. W dokumentach poświadczających jego śmierć nazywany jest po prostu „księdzem”, wydaje się więc, że nikt w jego nowym otoczeniu nie był świadomym, jak sławnego muzyka żegna Wiedeń. O tym fakcie świadczy też skromna uroczystość pogrzebowa i dźwięk dzwonów towarzyszących pożegnaniu biednych. Nie zachował się niestety ani dom, w którym kompozytor zmarł, ani miejsce jego pochówku.

 

Antonio Vivaldi był jednym z największych i najbardziej cenionych wirtuozów skrzypiec swoich czasów. Skomponował ponad pięćset koncertów na różne instrumenty i zespoły, w tym zdecydowaną większość na swój instrument. Sławni złośliwcy mawiali, że był to jeden koncert napisany pięćset razy, ale to bardzo krzywdząca i niesprawiedliwa opinia. Styl Vivaldiego zmieniał się. Forma jego koncertów dojrzewała, nabierały one większych rozmiarów, a kompozytor coraz śmielej wykorzystywał skrzypce i pozostałe instrumenty. To prawda jednak, że od początku do końca jego muzykę charakteryzuje swoiste podobieństwo ekspresji – tylko jemu właściwa żywiołowość, witalność, gwałtowność, niesamowita energia początkowych motywów kompozycji, które nadają jej wyrazisty charakter. No i nie da się zapomnieć o niezrównanym liryzmie wolnych części. Pierwsze opus zawierające koncerty Vivaldiego czyli L’estro armonico op. 3 wyznaczyło model dla niezliczonej rzeszy naśladowców i wielbicieli wenecjanina, w tym samego Johanna Sebastiana Bacha. Popularność tych koncertów z dnia na dzień uczyniła z Vivaldiego gwiazdę europejskiej muzyki instrumentalnej. Także La stravaganza op. 4 czy Il cimento dell’armonia e dell’invenzione op. 8 z przesławnymi czterema pierwszymi koncertami, czyli Czterema porami roku, fascynowały słuchaczy i wykonawców. Szczególnie Wiosna zdobyła serca Francuzów rozmiłowanych w muzyce ilustracyjnej. Do dzisiaj to najczęściej nagrywany cykl w historii muzyki klasycznej. Stanowi jednak swoiste przekleństwo kompozytora, ponieważ nadal przysłania dziesiątki jego niezwykle wyrazistych i pięknych kompozycji – koncertów na inne instrumenty, sonat, oper i muzyki religijnej.

 

Koniec życia Vivaldiego napawa smutkiem. To jedna z tych wielkich postaci muzyki dawnej, która zakończyła swe życie w zapomnieniu. Rudy Ksiądz był wolnym strzelcem, biorąc na siebie całe ryzyko takiej sytuacji w XVIII wieku. Praca w ospedale dawała mu co prawda okresowo regularne wynagrodzenie, ale było ono niewystarczające. Dwa lata spędzone na dworze w Mantui i komponowanie przede wszystkim kantat, nie okazały się spełnieniem marzeń. Vivaldi wziął więc sprawy w swoje ręce, wyprzedzając tym samym całą epokę. Na pewno był też ofiarą szybko zmieniających się w Italii mód. Czuł to i dlatego próbował ocalić swoją reputację, wyjeżdżając do Wiednia. Jego plan niestety nie powiódł się. Miejmy jednak nadzieję, że obecne zainteresowanie osobą i dziełem Vivaldiego nie przeminie.