Wydanie: MWM 03/2018

Agitata da due venti, czyli subiektywny wybór nagrań Vivaldiego

Article_more
Kiedy mowa o wykonywaniu muzyki XVII czy XVIII wieku, słuchacze, zwłaszcza ci bardziej zapaleni, mają tendencję do okopywania się na jednym z dwóch biegunów. Zasadniczo dzielą się na zwolenników tak zwanego wykonawstwa historycznego (znanego też pod skocznym kryptonimem HIP – historically informed performance), powstałego w latach siedemdziesiątych XX wieku, którzy odrzucają wcześniej ukształtowaną estetykę jako neoromantyczną i ciężkawą, oraz na tych, których drażni „brzęczący” dźwięk starych instrumentów, „wątpliwy” strój i rozhulane tempa. W ten sposób powstaje targana sprzecznymi wiatrami fala (uczuć) na wzburzonym morzu (przekonań), niczym w słowach przebojowej arii: „Agitata da due venti freme l’onda in mar turbato”. Ale muzyka Vivaldiego jest wyrozumiała dla obu typów podejścia; doskonale radziła sobie z nimi na przestrzeni lat i wbrew padającym czasami argumentom ostatecznym, odwołującym się do jakiegoś mitycznego autentyzmu, jest w stanie przyjąć różne nastawienia – bez straty dla samej siebie. Tolerancja ta znalazła odzwierciedlenie w sporządzonym przez nas subiektywnym wyborze nagrań tego kompozytora.

Cecilia Bartoli, Giovanni Antonini, Il Giardino Armonico, Viva Vivaldi! Arias & Concertos, Art Haus, 2001 (DVD); Cecilia Bartoli, Giovanni Antonini, Il Giardino Armonico, Arnold Schoenberg Chor, The Vivaldi Album (Decca 1999)
Zestawienie nagrań Vivaldiego, które z różnych względów zapadły nam w pamięć, zaczniemy od rejestracji o tyle szczególnej, że połączonej z wizją. Ta zaś w przypadku Cecilii Bartoli bynajmniej nie jest zaniedbywalna – trudno powiedzieć, czy większym doznaniem przy pierwszym kontakcie z arią Agitata da due venti w jej wykonaniu są wrażenia dźwiękowe, czy wzrokowe (i to jeszcze, a może zwłaszcza, sprzed czasów, kiedy artystka uzależniła się od PhotoShopa). Ale żarty na bok – Bartoli to śpiewaczka niezwykle zasłużona dla recepcji muzyki Vivaldiego, a może i baroku w ogóle, a wcześniej także Rossiniego i Mozarta, po tym, jak odkrył ją… Herbert von Karajan! Jest ona nie tylko wykonawczynią mniej lub bardziej znanych partytur XVIII- i XIX-wiecznych, lecz także poszczycić się może niemałą pracą muzykologiczną nad zapomnianymi rękopisami twórców muzyki dawnej. Prezentuje przy tym zazwyczaj najwyższy poziom techniczny i łączy niezwykłą efektowność z wybitnymi walorami estetycznymi.

 

Wielu słuchaczy po raz pierwszy zapoznało się z jej pomysłami i umiejętnościami wykonawczymi właśnie w zetknięciu z recitalem Cecilii Bartoli z paryskiego Théâtre des Champs Elysées z 2001 roku z towarzyszeniem Il Giardino Armonico pod batutą Giovanniego Antoniniego (muzycy ci mieli wtedy nieco mniejszą skłonność do szarżowania aniżeli dzisiaj). Nie byłoby sukcesu ani wspominanego recitalu, ani rejestracji na DVD, gdyby nie wcześniejsza produkcja fonograficzna Cecilii Bartoli, ta bowiem okazała się przełomowa nie tylko dla jej kariery, ale w jakiejś mierze dla współczesnego wykonawstwa w dziedzinie opery barokowej. To właśnie na tej płycie – już legendarnej, choć niespełna dwudziestoletniej – słuchacze po raz pierwszy mieli okazję zetknąć się z niebywale żywiołową prezentacją dzieł Vivaldiego, która objechała świat i znalazła wielu naśladowców. Choć mało kto zna większe fragmenty oper, takich jak Griselda, La fida ninfa czy L’Olimpiade, to dzięki Bartoli arie z tych dzieł wybrane są powszechnie kojarzone – ich popularność dała asumpt wielu wykonawcom do zainteresowania się operami Vivaldiego w całości.

 

Montserrat Caballé, Montserrat Caballé canta Vivaldi e altri compositori del'700 (Ricordi/Orizzonte 1978)
Zainteresowanie melodyjnymi, dającymi pole do popisu numerami wokalnymi Vivaldiego w wieku XX nie zaczęło się bynajmniej dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych – po arie z jego oper sięgały również niekiedy gwiazdy starszych pokoleń. Zanim rozpowszechniło się wykonawstwo historyczne, od sięgania po tego rodzaju repertuar nie stroniły tak wybitne artystki jak Montserrat Caballé – w bardziej lirycznych wersjach, z towarzyszeniem fortepianu, utwory te nabierały szczególnie belcantowego charakteru i pokazywały, że między muzyką baroku a muzyką romantyzmu wcale nie ma przepaści, lecz istnieje ciągłość, ujawniająca się w filozofii śpiewu jako czegoś organicznego, wiążącego frazę bezpośrednio ze słowem i oddechem. A tym ostatnim Caballé posługiwała się w sposób niezrównany. Trudno nie dać się oczarować lekkości ozdobników i piana oraz ścisłości legata w wielu zarejestrowanych wykonaniach tej śpiewaczki, jak Sposa son disprezzata (często zachowanych jako nagrania nie zawsze oficjalne). Włoska firma Ricordi proponuje wybór arii barokowych, którymi Caballé lubiła urozmaicać swoje występy na całym świecie – poza wspomnianą arią na płycie można znaleźć inne fragmenty oper Vivaldiego nagrane przez artystkę jeszcze w dobrej formie z towarzyszeniem pianisty Miguela Zanettiego – choć może akurat Agitata da due venti nie była jej najbardziej trafionym wyborem repertuarowym.

James Bowman, Christopher Hogwood, Academy of Ancient Music, Vivaldi. Stabat Mater. Nisi Dominus (L’Oiseau-Lyre / Decca 1998)
Vivaldi kojarzony jest głównie z twórczością świecką – od dawna z koncertami skrzypcowymi, a od nieco mniej dawna również z operami. Ważny wyjątek od lat stanowi jego Stabat Mater. W przypadku tej płyty chcielibyśmy jednak bardziej skierować uwagę słuchaczy na Nisi Dominus RV 608, umuzycznienie psalmu 127 (126), w którym odnaleźć można fragmenty zarówno bardzo kontemplacyjne (Cum dederit), jak niemal operowo popisowe (Surgite), a wszystko precyzyjnie urzeczywistnione przez Christophera Hogwooda, którego zaliczylibyśmy do mniej agresywnego nurtu wykonawstwa historycznego – owszem, Hogwood bywa wojowniczy, ale nie walczy o przeforsowanie własnego ego i epatowanie tanimi efektami, lecz o klarowność retoryczną przekazu połączoną z piękną jakością dźwięku. Do spełnienia tej wizji dyrygent znalazł idealnego partnera w osobie Jamesa Bowmana, znakomitego brytyjskiego kontratenora o dość ciemnej barwie głosu, ogromnej dokładności i znakomitym wyczuciu. Dzięki temu jest historycznie, a nie histerycznie, zaś medytacje biblijne Rudego Księdza nie giną, jak u co poniektórych wykonawców, pod naporem autopromocyjnych ciągot.

 

Burkhard Glaetzner, Ingo Goritzki, Christine Schornsheim, Karl Suske, Antonio Vivaldi. The Oboe Sonatas (Capriccio 1988)
Artyści, których możemy podziwiać za sprawą tego nagrania, nie należą może do grona najbardziej komercyjnych (ponieważ najwyraźniej gros swojej uwagi poświęcają muzykowaniu), ale niewątpliwie zasługują na baczną uwagę i najwyższe uznanie. Mimo że nagranie powstało dość dawno, w 1988 roku – a może właśnie dlatego? – wciąż można się nim cieszyć i, podobnie jak w przypadku Hogwooda i Bowmana, mamy tu do czynienia z artystami, którzy swoją pasję kanalizują za pomocą muzykowania rzetelnego, co nie znaczy, że pozbawionego wyrazistej ekspresji. I wbrew tytułowi płyty nie chodzi wyłącznie o zasługę oboistów – Burkharda Glaetznera i Ingo Goritzkiego, choć grają oni doskonale – lecz także o muzyków realizujących basso continuo na czele ze wspaniałą Christine Schornsheim przy klawesynie (jej Das Wohltemperierte Klavier to interpretacyjny i audiofilski klejnot wśród nagrań tych cyklów). Jedyną wadą tego wykonania może być to, że aż nie wiadomo, czego bardziej słuchać – meandrującego oboju, oplatającego proste, chwytliwe melodie Vivaldiego wyrafinowanymi ozdobnikami, czy akompaniamentu, w którym klawesyn brzmi jak Herbertowska „kukułka zaplatana w gąszczu srebrnych liści”.

 

 

Fabio Biondi, Europa Galante, Vivaldi – Concerti con molti strumenti (Erato cz. 1: 2002, cz. 2: 2005)
Europa Galante pod dyrekcją Fabia Biondiego jak najbardziej reprezentuje główny nurt wykonawstwa historycznego i to, niestety, nurt zanadto czasem porywający muzyków, przez co niekoniecznie porywający słuchaczy, którzy nie mają ochoty utonąć w morzu efektów. Trudno jednak zaprzeczyć, że Biondi i jego zespół mają swój urok – zwłaszcza w takich nagraniach jak omawiane, nie najnowszych, tylko ze środkowego okresu ich działalności. Mowa o koncertach mandolinowych i koncertach na wiele instrumentów, w tym na mniej oczywiste, jak tubmaryna czy szałamaja. Wykonania zarejestrowane na tych dwóch płytach bywają ryzykowne pod względem czystości brzmienia i koncepcji estetycznej w ogóle – z doświadczenia wiemy, że takie eksperymenty zwykle lepiej sprawdzają się w studiu, gdzie można to i owo wyczyścić, niż na koncertach. Nie da się jednak ukryć, że podejście Biondiego et consortes jest ważną częścią krajobrazu wykonawczego muzyki barokowej.

 

Leonid Kogan, Pawieł Kogan, Jelizawieta Gilels, Orkiestra Radiowa ZSRR, Antonio Vivaldi (Miełodija 1971)
Mimo boomu na arie i opery Vivaldiego najbardziej emblematyczne dla jego twórczości wciąż pozostają chyba koncerty skrzypcowe. Pomimo mnogości wykonań współczesnych i zalewu najnowszych chętnie wracamy do nagrań z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX stulecia. Do szczególnych cymesów wśród nich należy płyta zawierająca rejestrację Koncertu na troje skrzypiec i orkiestrę RV 551, w której spotkała się niezwykła trójka skrzypków: Leonid Kogan, jego żona Jelizawieta Gilels (siostra pianisty Emila Gilelsa) oraz ich syn, Pawieł Kogan. (Ten winyl jest rzadkością, ale wszystkim zainteresowanym pojęcie o tym, jak cała trójka potrafiła brzmieć razem, daje dostępny w internecie fragment ich występu telewizyjnego z tym koncertem w programie Голубой огонек.) Ich grę cechuje perfekcyjna intonacja i szczere, nieudawane zaangażowanie, któremu ufa się od pierwszych taktów – słychać, że ta muzyka płynie wartkim, naturalnym strumieniem, a nie została precyzyjnie sklejona w studiu z setek różnych ujęć (bo wówczas, na szczęście, nie było takiej techniki). I chociaż Koganów i Gilels kojarzymy głównie z repertuarem XIX- i XX-wiecznym, to podchodzą do Vivaldiego świeżo i wcale nie rozjeżdżają go romantyczną urawniłowką.