Po prostu Seiler

Article_more
„Grösste Pianoforte-Fabrik Ost-Deutschlands”. Taki napis widniał na żeliwnych ramach fortepianów produkowanych w Legnicy. Największa fabryka we wschodnich Niemczech, wśród ambasadorów marki Enrico Caruso, Arthur Nikisch i Ruggiero Leoncavallo. Czyli po prostu Seiler, Ed. Seiler.

Rok 1849 był to dziwny rok, pełen nadziei w polityce i biznesie. Jeszcze trwała Wiosna Ludów, wybuchały powstania i rewolucje, Niemcy śniły sen o jedności i demokratycznych swobodach, a Eduard Seiler zakładał w Liegnitz fabrykę fortepianów. Fabryka to brzmi dumnie, ale trochę na wyrost, bo Seiler zaczynał od skromnego warsztatu przy Breslauer Strasse (dziś: ulica Wrocławska). Miał już trzydzieści pięć lat i spore doświadczenie w naprawianiu oraz strojeniu fortepianów. Czas było zbudować własny instrument.

 

XIX-wieczna Legnica miała ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców, ale każdy aspirujący do elity chciał mieć w salonie fortepian. Talenty nie były potrzebne, liczył się piękny mebel. Modę podsycali krążący po Europie wielcy wirtuozi, fetowani jak dzisiaj gwiazdy rocka. I nawet tak małe miasta jak Liegnitz miały okazję przekonać się, co potrafi fortepian pod palcami mistrza. W lutym 1843 roku przyjechał tu Ferenc Liszt, ściągnięty przez legnickich „ojców miasta”, którzy nachodzili maestra po jego wrocławskich koncertach, namawiając na małą wycieczkę z dużym zarobkiem. A gdy Liszt się w końcu zgodził, przygotowali estradę w dopiero co otwartym Teatrze Miejskim.

 

Mieli się czym pochwalić, bo został wybudowany w rynku według projektu wybitnego architekta, Carla Ferdinanda Langhansa i należał do najpiękniejszych oraz najnowocześniejszych scen Śląska. Wyglądał jak florencki pałac, mógł pomieścić ośmiuset widzów. Tylko fortepianu brakowało. Liszt („wysoki i szczupły młodzieniec z długimi gęstymi włosami okalającymi mu twarz”, jak pisała prasa) zagrał na instrumentach sprowadzonych z Wrocławia. Na estradzie stanęły dwa fortepiany, ale o ich jakości nic dzisiaj nie możemy powiedzieć, bo dziennikarz „Liegnitzer Stadtblatt” nie był przygotowany do recenzowania takich wydarzeń. Jak zagrał „nowy Orfeusz”, „heros sztuki z chaosu”, też nie wiemy – gazeta, opisując kunszt Liszta, posiłkowała się tekstem z „Frankfurter Journal” – ale wiemy, że entuzjazm publiczności był ogromny. Co dobrze wróżyło projektom na muzyczny biznes. Po co sprowadzać fortepian z Breslau, jeśli można pochwalić się własnym?

 

Jak zdobyć złoty medal

Seiler już po ośmiu latach budowania fortepianów – ręcznie i z najlepszych materiałów – mógł zatrudnić czternastu pracowników i przenieść firmę na Goldberger Strasse 33 (Złotoryjska). Tam jednak jeszcze szybciej zrobiło się zbyt ciasno, więc w 1860 roku Eduard znowu się przeprowadził, tym razem do budynków dawnego seminarium jezuickiego przy Steinmarkt 3 (ulica Ojców Zbigniewa i Michała), natomiast przy Złotoryjskiej urządził sklep. O jego firmie można już było mówić „fabryka”, bo w 1865 roku wypuszczał w świat instrument numer 500. I świat doceniał dzieła Seilera, czego dowodem są medale na wystawach w Kassel (1870), w Linzu, Moskwie i Poznaniu (1872) oraz w Wiedniu (1873). Chwalono doskonałą jakość i piękny dźwięk, ulegano znakomicie prowadzonemu marketingowi.

 

Eduard miał środki i, co ważniejsze, perspektywy na rozwój, więc w latach 1873–1874 wybudował nową siedzibę fabryki przy Wilhelmstrasse (ulica Senatorska). Ponad stu pracowników, maszyny z napędem parowym i ponad trzy tysiące już wyprodukowanych instrumentów – imponujący bilans dzieła życia. Bilans, bo Eduard Seiler zmarł w 1875 roku.

 

Legnica nie przestała być jednak „zagłębiem fortepianowym” (jakkolwiek źle by to nie brzmiało) – wdowa, Hedwig Seiler, oraz dziesięcioro dzieci Eduarda rozwijało dalej rodzinny interes. Co ważne, sukces Seilera skłonił innych legniczan do zainteresowania się tą branżą. Do 1945 roku w Legnicy pracowało, oprócz warsztatu Seilera, ponad dwadzieścia przedsiębiorstw produkujących fortepiany i pianina. A jeśli do tego doliczmy zakłady wytwarzające podzespoły, same klawisze czy klawiatury, to Legnica wyrasta na fortepianową potęgę.

 

Trzeba jednak przyznać, że z konkurentów Seilera poza rynek lokalny wyszedł tylko Eudard Sponnagel, który od 1875 roku prowadził firmę wspólnie z Gustavem Selinke, a od 1889 roku pracował samodzielnie. Mógł się pochwalić wyprodukowaniem ponad dwudziestu tysięcy pianin i fortepianów. Ceniony organmistrz miał na koncie kilka wynalazków i innowacji; na paryskiej wystawie światowej w 1900 roku instrumenty Sponnagela dostały złoty medal. Firmę zniszczył ostatecznie wielki kryzys z końca lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale pianina Sponnagela wciąż wystawiane są na sprzedaż.

Zięć umie więcej

Firma Seilera przetrwała wszystkie kryzysy, a do I wojny światowej bardzo się rozwinęła. Fabryką kierowali synowie Eduarda – najpierw Paul i Max, a po ich przedwczesnej śmierci w 1879 roku, zaledwie dwudziestoletni Johannes Seiler. Natomiast mężowie córek, August Lauterbach i Oswald Kasig, zajęli się sprzedażą. „Seiler” musiał się rozbudować, bo klientów przybywało, więc w 1896 roku i w 1907 roku wzniesiono nowe budynki fabryczne. Zatrudniano trzystu pięćdziesięciu pracowników i sprzedawano rocznie około dwóch tysięcy pianin i fortepianów. „Seiler” otworzył też swoje filie we Wrocławiu i w Berlinie, a w Hamburgu, Dreźnie i w Londynie na Oxford Street miał magazyny handlowe.

 

Instrumenty oceniano nadal bardzo wysoko, wyróżniane były na wystawach w Melbourne, Chicago, Berlinie i Mediolanie, promowali je między innymi Enrico Caruso oraz Rugiero Leoncavallo, grały na festiwalu w Bayreuth i w berlińskim konserwatorium, a współwłaściciele dostali w 1911 roku tytuły nadwornych dostawców Wielkiego Księcia Hesji i Królowej Matki Włoch (Małgorzaty Sabaudzkiej, wdowy po zamordowanym w 1900 roku królu Humbercie).

 

Jednak szczyt rozwoju firma osiągnęła w epoce Antona Dütza, zięcia Johannesa Seilera.

 

Dütz pochodził z Warszawy, z rodziny budowniczych fortepianów. Dziadek, imigrant z Wiednia, założył z synem wytwórnię tych instrumentów, więc Antoni już w pieluchach poznawał przyszły zawód. A ożeniwszy się z Marianną Seiler, zajął się naprawdę wielkim biznesem. Przejął stery firmy w 1923 roku i faktycznie mógł reklamować się jako Grösste Pianoforte-Fabrik Ost-Deutschlands: czterystu trzydziestu pracowników, jedna sala koncertowa w legnickiej fabryce i druga w Hamburgu, nowy tartak. W 1928 roku wyprodukowano 2675 instrumentów, najwięcej w historii „Seilera”. Instrumentów znakomitych i drogich, bo zwykłe pianino w wersji podstawowej kosztowało prawie 1500 reichsmarek, czyli nauczyciel musiał na taki instrument pracować ponad pół roku. W czasie wielkiego kryzysu firma była wprawdzie zmuszona zwinąć skrzydła, zamknąć przedstawicielstwa, ale niemal do końca II wojny światowej nadal produkowała.

 

Cień dawnej świetności

W 1945 roku Liegnitz zamieniła się w Legnicę, Seiler-Dützowie musieli uciekać, ale wywieźli modele z płyt żeliwnych i rysunki konstrukcyjne. Samą fabrykę zajęli Rosjanie, którzy dopiero w 1947 roku przekazali ją stronie polskiej. Oddali też fabrykę klawiatur „Hermann Stamnitz” przy ulicy Franciszkańskiej i fabrykę instrumentów muzycznych „Franz Liehr” (istniała od 1871 roku, wyprodukowała prawdopodobnie około dziesięciu tysięcy pianin i fortepianów). Niestety, bez wyposażenia, które wywieziono do ZSRR. Budynki też były zniszczone i to aż w siedemdziesięciu procentach.

 

Ale mimo to zdecydowano się uruchomić Legnicką Fabrykę Fortepianów i Pianin. Zatrudniono część dawnych pracowników „Seilera” i kaliskiej Fabryki Pianin i Fortepianów „Arnold Fibiger” (notabene historia zatoczyła koło, bo Fibiger zdobył u Seilera papiery mistrzowskie), ściągnięto wyposażenie innych dolnośląskich wytwórni muzycznych – fabryki pianin Olbricha z Kłodzka, brzeskiej „A. Schütz & CO” oraz fabryki fisharmonii M. Schlaga z Lwówka Śląskiego – i zaczęto produkcję. Do 1998 roku, gdy fabryka upadła, wypuszczono ponad 163 tysiące instrumentów pod nazwami „Legnica”, „Balthur”, „Rosenbach”, „Lindbergh”, „Schillmayer”, „Offberg”, „Ravenstein”, „Chopin”, a nawet „Th. Betting” (marka kaliska, odkupiona w 1992 roku).

 

Rodzina Seiler-Dützowów też zdecydowała się reaktywować firmę i już w 1951 roku uruchomiła produkcję w Kopenhadze, korzystając z gościnności fabryki fortepianów Brødrene Jørgensen. Po wypuszczeniu około dwóch tysięcy „seilerów”, w 1957 roku firma wróciła do Niemiec. Najpierw do Langau, a w 1962 roku – do Kitzingen. Z dużym sukcesem, który jednak skończył się w 2008 roku. Załamanie się amerykańskiego rynku doprowadziło firmę do bankructwa, prawa do marki kupiła koreańska firma Samick, która pod nazwą „Seiler”, „Eduard Seiler”, „Johannes Seiler”, produkuje trzy różne serie fortepianów. Ale z legnickim „Seilerem” mają wspólną tylko nazwę.

 

Przedwojenne „seilery” możemy jednak kupić na aukcjach, zobaczyć w prywatnych domach i muzeach, między innymi we wrocławskim Pałacu Królewskim i w Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. „Seiler” opolski, rocznik 1919, stał na estradzie festiwalowej w 1964 roku, gdy nastąpiło oberwanie chmury, a ponieważ ani widownia, ani estrada nie były zadaszone, wszystko było zalane wodą, i ludzie, i instrumenty. Widzowie wpadli w panikę i zaczęli uciekać, ale wtedy na scenie pojawił się Jacek Fedorowicz, który powiedział: „Zdaje się, że u państwa nieco mży. U mnie też troszeczkę pokapuje, o ile jestem w stanie to zauważyć, ale jestem przekonany, że zaraz przejdzie, będzie cudowna pogoda, znowu będziemy mogli się opalać, tak jak na koncertach popołudniowych”. I ludzie zostali. Ale instrumenty nie chciały zagrać, więc Lucjan Kydryński zaproponował, by wspólnie zaśpiewać bez akompaniamentu. Po chwili cały amfiteatr nucił pierwszy przebój tamtego festiwalu „O mnie się nie martw”.

 

„Seiler” niestety zamilkł na zawsze, ale i tak jest bardzo cennym eksponatem. Bo jak się ma dobrą historię, to już nic więcej nie potrzeba.